Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nie zamykajmy drogi rozwoju ludziom, którzy tworzą

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nie zamykajmy drogi rozwoju ludziom, którzy tworzą

Nie zamykajmy drogi rozwoju ludziom, którzy tworzą

- Jestem jak najbardziej za tym, żeby te dobra, które wytwarza kultura miały jak najszerszy zasięg, żeby ich obieg był jak największy. Myślę jednak, że mało kto rozumie pozycję autora, którego wartością intelektualną się obraca - mówi Anna Kazejak, reżyserka filmu „Obietnica”. W rozmowie z Legalną Kulturą opowiada o funkcjonowaniu w rzeczywistości wirtualnej, internetowym piractwie i odpowiedzialności za słowo.

„Obietnica” to już kolejny film, w którym koncentrujesz się na młodych ludziach i ich problemach. To niezbyt częsty kierunek w polskim kinie.


To się faktycznie układa w pewien cykl. „Oda do radości” była o studentach, „Skrzydlate świnie” o kibicach… Wydaje mi się, że ten etap w moim życiu się powoli kończy,  że się od młodych bohaterów oddalam... pewnie ze względu za swój wiek. Wydaje mi się jednocześnie, że filmów o młodych jest wciąż zbyt mało, a przecież to, jakie jest młode pokolenie pokazuje jakim krajem będziemy za kilka lat. Młodzież daje wyobrażenie o tym, co się dzieje w kulturze i w naszej mentalności; oni są papierkiem lakmusowym naszego społeczeństwa.

Trudno było Ci wniknąć w środowisko dzisiejszych nastolatków?

Myślę, że w to środowisko nie trzeba wnikać. Inaczej było przy okazji „Skrzydlatych świń”, gdzie mieliśmy do czynienia z subkulturą kibicowską. To, co w kinie jest dla mnie najistotniejsze, to emocje. Na nich się znam, ich szukam w kinie i chcę je dostarczać swoim widzom. Wiedziałam więc, że to będzie właśnie film o  rozemocjonowaniu, o przebodźcowaniu. Stąd wybór bohaterów nastoletnich, czyli takich, którymi emocje miotają, którzy nie mają jeszcze wykształconych narzędzi poskramiających ich namiętności.

Zdarzało się, że młodzi aktorzy, z którymi współpracowałaś mieli zastrzeżenia co do sposobu w jaki przedstawiasz ich rówieśników?

Nie. W zasadzie nic nie kwestionowali. Przeczytali scenariusz i powiedzieli „to jest to, co mnie dotyka”, ”to część mojej rzeczywistości”. Ale oczywiście przy pracy na planie czasem zdarzało się im jakąś kwestię rozbudować, czy nieco zmienić, by brzmiała w ich ustach wiarygodniej.


Jednym z takich ważnych elementów w „Obietnicy” jest funkcjonowanie w sieci. Internet, który dla tych najmłodszych pokoleń jest środowiskiem naturalnym.

Starasz się bardzo mocno akcentować pokoleniową opozycję my – oni. Ja tak na to nie patrzę. Wszyscy przecież korzystamy z komputerów, iPodów, smartfonów itp. Nawet moi rodzice świetnie się w cyberprzestrzeni poruszają. Żyjemy w świecie, w którym w cenie jest czas i informacja. Dzięki technicznym nowinkom jesteśmy w stanie żyć w tym tempie, którego życie od nas wymaga. Choć oczywiście ma to również swoje złe strony. Jednak co istotne to fakt, że w „Obietnicy” owe gadżety mają konkretną rolę do spełnienia. Komputer i telefon służą Lili do manipulacji Jankiem, do wywierania na nim ciągłej presji. To nie są jedynie elementy scenografii.

W swoim filmie pokazujesz jednak pewną sytuację graniczą, która związana jest z odpowiedzialnością za te wirtualne działania. Zdecydowanie częściej jest tak, że to dorośli od młodych ludzi uczą się poruszania w Internecie. To rodzi pytanie, kto w takim razie powinien i w jaki sposób młodych uczyć odróżniania tego, co jest dobre, a co złe w sieci?

W świecie, w którym żyjemy odwróciła się pradawna kolej rzeczy. Kiedyś dzieci uczyły się od starszych, a teraz starsi uczą się od młodych. W związku z tym nie ma kto pokazać młodszej generacji, że istnieją pewne granice. Kto im powie, że słowo, nawet rzucone bezrefleksyjnie w smsie czy na skypie, ma konkretną wartość? Uczymy się zatem na własnych błędach. Świat tak szybko gna, że nie ma czasu na definiowanie na bieżąco sytuacji niebezpiecznych. Co jest złe, groźne zawsze wiemy po fakcie, gdy już jest dla kogoś za późno. A to dlatego, że wcześniejsze pokolenie nie zderzało się z problemami, z którymi zmagają się ludzie tu i teraz. Nie ma w związku z tym doświadczenia, którym mogło by się podzielić.

Stworzyliśmy świat, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki. W towarzyszącym nam już od kilkunastu lat Internecie panuje jednak cały czas wolna amerykanka.

Pamiętam, że gdy rozpoczynałam studia na uniwersytecie wszyscy robiliśmy notatki w zeszytach i korzystaliśmy z uniwersyteckiej biblioteki. Ale gdy studia kończyłam to najmłodsze  roczniki stukały już w laptopy i googlowały, zamiast tracić czas na wycieczki do tradycyjnej biblioteki. Patrzę na swoje dzieci i mam wrażenie, że one urodziły się z genetycznie zakodowaną umiejętnością obsługi iPoda czy smartfona. To jest niewiarygodne. Dynamika rozwoju sieci jest tak duża, że trudno za nią nadążyć. Natomiast rzeczywistość poza siecią jest kompletnie nieadekwatna do tego, co w niej. Zmiany w mentalności są dużo wolniejsze, nie mówiąc już o prawodawstwie.

Ale nie powiesz mi chyba, że jako studentka szkoły filmowej nie przeżyłaś neofickiego zachwytu siecią, w której nagle można było obejrzeć wszystkie dzieła Bergmana, Felliniego i innych mistrzów.

Nie, mieliśmy kino szkolne i zbiory VHSów, na których oglądałam klasyków. Chyba dopiero niedawno zdałam sobie sprawę ze skali internetowego piractwa. Jeśli chodzi o muzykę, to uwielbiam Spotify i korzystam z płatnego pakietu premium. Czekam na podobne rozwiązanie jeśli chodzi o film. Ten natomiast jest dedykowany dużemu ekranowi i zawsze mając wybór, będę preferowała projekcję kinową. Tylko w tej specyficznej przestrzeni, siedząc w ciemności, mogę docenić wielomiesięczną pracę twórców nad dźwiękiem, muzyką i obrazem. Ale rozumiem, że nie wszyscy są w stanie do kina dotrzeć. Niech zatem będą jak najszersze możliwości oglądania filmów w sieci, ale z uwzględnienim faktu, że twórcy też powinni jakąś gratyfikację z racji udostępnienia swojej pracy otrzymywać. Jak byłam w Danii, znajomi pokazali mi Netflix. Szkoda, że jest niedostępny w Polsce.

Podobno przymierzają się do wejścia na nasz rynek.

To znakomicie! Jak tylko wejdą do Polski, to wykupienie ich usług będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobię.


Dziś, kiedy nie jesteś już studentką, ale twórcą, który ma już jakiś dorobek, jaki jest Twój stosunek do tego, co dzieje się z kulturą w sieci?

Jestem jak najbardziej za tym, żeby te dobra, które wytwarza kultura miały jak najszerszy zasięg, żeby ich obieg był jak największy. Myślę jednak, że mało kto rozumie pozycję autora, którego wartością intelektualną się obraca. Reżyser pracuje czasem kilka lat, żeby powstał film. A wynagrodzenie otrzymuje tylko na pewnym etapie i musi ono wystarczyć na kolejne lata, które poświęci na przygotowanie następnego projektu. To naprawdę nie jest łatwy kawałek chleba, jeśli stroni się od komercyjnych pokus, jakimi są reklama czy serial. Domaganie się, by ten obrót był wolnym obrotem, żeby nie było żadnej odpłatności za korzystanie z książek, filmów, muzyki jest zamykaniem drogi rozwoju ludziom, którzy tworzą. Twórca musi mieć możliwość dokształcania się – oglądania tego, co robią inni, uczestniczenia w panelach, kursach, konsultowania własnych pomysłów z bardziej doświadczonymi. A to dlatego, że konsument kultury jest coraz bardziej wymagający i kompetentny. Na to wszystko potrzebne są pieniądze. W związku z tym jeśli one nie będą wracały do nas z pracy już wykonanej, nie będziemy w stanie tworzyć więcej i lepiej.  Niestety niewielu zdaje sobie z tego sprawę.

Wiele osób przywołuje w tych kwestiach argument ekonomiczny.

Myślę, że jeśli chodzi o kulturę to cały czas daleko nam do Europy. Lata komunizmu sprawiły, że jesteśmy 'chytrzy'. To, że komuś udało się coś pozyskać za darmo, załatwić – genialne słowo, którego nie ma chyba w żadnym innym języku – wciąż jest promowane społecznie. Wciąż wydaje się 'frajerstwem' myślenie, że należy dbać o to, co jest dookoła, co jest wspólne. To wymaga od nas wszystkich wiele pracy, ale wydaje mi się, że stara mentalność w końcu zaniknie i może moje wnuki będą żyły już w lepszej rzeczywistości. Wierzę, że gdy poziom naszej zamożności będzie podobny jak w innych częściach Europy, to zmieni się nasze myślenie. Będziemy w stanie oddać część naszych dochodów państwu po to, by nasze otoczenie wyglądało lepiej, by architektura, która nas otacza była piękniejsza, by powstawały nowe muzea, itp. Na to liczę.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Zdjęcia: Philip Skraba

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!