Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Skłodowska myślała szalenie nowocześnie

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Skłodowska myślała szalenie nowocześnie

Skłodowska myślała szalenie nowocześnie

Jej droga do naukowych odkryć wiodła ścieżką pełną wyzwań i wyrzeczeń. Musiała zmierzyć się z samotnością w obcym kraju, nieoczekiwaną śmiercią męża i niechęcią ze strony zdominowanego przez mężczyzn środowiska naukowego - o fenomenie Marii Skłodowskiej-Curie, aktorskiej chemii i potrzebie zmieniania świata rozmawiamy z Karoliną Gruszką.


Filmowi "Maria Skłodowska-Curie" towarzyszy hasło "Poczuj chemię do Skłodowskiej". W którym momencie Ty ją poczułaś?

Gdzieś tam głęboko w środku poczułam chemię do niej już po przeczytaniu scenariusza, mimo że to był tylko scenariusz. Mówię "tylko", bo później przeczytałam całą jej korespondencję, dzienniki i stamtąd ta chemia do Skłodowskiej już ogarnęła mnie całą. Natomiast od razu po przeczytaniu scenariusza poczułam, że bardzo bym chciała nad tym pracować i że ten temat jest mi strasznie bliski na jakimś poziomie. Choć jeszcze wtedy nie do końca byłam świadoma na jakim.


Na planie "Marii Skłodowskiej-Curie". fot. Witold Baczyk/Kino Świat

Maria Skłodowska-Curie. W powszechnej świadomości funkcjonuje ona jako dwukrotna laureatka Nobla, autorytet z chemii i fizyki. Co takiego udało Ci się odkryć pod tą znaną wszystkim encyklopedyczną notką.

Skupiłam się na dokumentach, które się zachowały. Jej listy, dzienniki, autobiografia... to wszystko było dla mnie nośnikiem jej intensywnych przeżyć. Zapisem jej bardzo unikalnej wrażliwości. Targały nią ogromne namiętności i miała niezwykłą pasję do życia. Z czułością podchodziła do swoich bliskich, z niezwykłą uważnością do pracy. To wszystko bardzo mnie zaskoczyło, a jednocześnie ucieszyło jako aktorkę. Ale najbardziej odkrywcze było dla mnie to, ze w tamtych czasach Skłodowska myślała szalenie nowocześnie. Potrafiła widzieć siebie jako człowieka we wszech świecie, a nie jako kobietę uwięzioną w konwenansach.

W filmie jest parę naukowych monologów, w tym wykład dotyczący dość skomplikowanych teorii... starałaś się je pojąć czy raczej skupiłaś się na opanowaniu tekstu?

Musiałam mieć świadomość tego, o czym mówię. Wiadomo, że nie taką jak Maria Skłodowska-Curie, ale jednak. Oprócz wszystkiego, co przeczytałam, miałam więc też trochę korepetycji z chemii i z fizyki, których udzielała mi, mająca ścisłe wykształcenie, reżyserka filmu Marie Noelle. Mieliśmy też na planie osoby, które pomagały mi w tym, by moje zachowanie w pracowni było wiarygodne. Bym te wszystkie specjalistyczne przyrządy trzymała w odpowiedni sposób. Oczywiście, jakbyś mnie dziś o to spytał, to po tych dwóch prawie latach już tego tak nie pamiętam i nie przeprowadziłaby dziś wykładu (śmiech).

Ważne też było dla mnie zrozumienie samego procesu pracy Skłodowskiej, chronologii i idei, która temu przyświecała. Byłyśmy też z Marie w Paryżu, gdzie chodziłyśmy śladami Skłodowskiej - odwiedziłyśmy jej laboratorium, Sorbonę... i wszystkie miejsca, które były w jej życiu istotne. A dalej to już były próby. Przez trzy miesiące przegadaliśmy cały scenariusz i na plan weszliśmy z poczuciem, że wiemy o czym chcemy opowiedzieć.


Na planie "Marii Skłodowskiej-Curie". fot. Witold Baczyk/Kino Świat

Zdjęcia realizowaliście jednak głównie nie w oryginalnych miejscach pracy Skłodowskiej, ale w wybudowanej specjalnie na potrzeby filmu scenografii.

Laboratorium Skłodowskiej zostało zrekonstruowane na podstawie oryginalnych szkiców. Jak do niego weszłam, poczułam dlaczego ona tak uwielbiała to miejsce. Mimo tego, że to było byłe prosektorium, w którym przeciekał sufit... że warunki do pracy były fatalne. Ale z tymi wszystkimi fiolkami, naczyniami, promieniowaniem to wszystko wyglądało magicznie. Zwłaszcza wieczorem. Zrozumiałam, dlaczego Skłodowska czasami budziła się w środku nocy i chciała tam po prostu pobyć. Nawet nie popracować, ale właśnie pobyć w tej atmosferze.

Czy grając w historycznych produkcjach masz wrażenie, jakbyś przeniosła się w czasie?

Mam szansę dzięki takim filmom dotknięcia wrażliwości ludzi z tamtych czasów. Poznania trochę innej mentalności związanych z tym, że żyli w innych okolicznościach. Odczuwam to fizycznie poprzez formę, którą narzuca kostium. Poprzez formę zachowania inną niż dziś. Jeśli potrafisz się w tej formie rozluźnić, to ona wypełnia się energią jakby z tamtych czasów. I to jest super ciekawe.

W ożywianiu na ekranie przeszłości bardzo istotne są detale. Tym detalem w "Marii Skłodowskiej-Curie" były zniszczone dłonie głównej bohaterki z pietyzmem stworzone przez mistrza charakteryzacji Waldemara Pokromskiego.


Na planie "Marii Skłodowskiej-Curie". fot. Witold Baczyk/Kino Świat

Przygotowując się do tej roli oglądałam wszystkie zdjęcia archiwalne Marii Skłodowskiej, które się zachowały. W którymś momencie zwróciło moją uwagę takie specyficzne ułożenie dłoni, jakiś taki spokój i delikatność w nich. Moja wyobraźnia zaczęła pracować i myśleć o tym, że właśnie tymi opuszkami palców Skłodowska pracowała w laboratorium, nie używała rękawiczek, więc jej palce były poranione i zniszczone, a jednocześnie bardzo precyzyjne. Czułam, że musi kryć się w nich jakaś energia. Ciężko to opisać, bo to rodzaj aktorskiej intuicji, ale od tego się zaczęło. Później na planie wspólnie z Waldemarem wymyśliliśmy, że Skłodowska ma różne etapy zniszczenia dłoni. Tego nawet nie widać tak bardzo na ekranie, ale to nie ma znaczenia, natomiast dla mnie było to bardzo istotne. Działało podskórnie.

Jedną z ważnych osi filmu jest romans Skłodowskiej z Paulem Langevinem. Konsekwencją tego wątku jest scena prześladowania Skłodowskiej przez paparazzich. Masz podobne doświadczenia?

Szczęśliwie nie. Udało mi się tak ułożyć swoje życie zawodowe, że paparazzi mnie nie nękają. Jedynie kilka razy ktoś mi zrobił zdjęcie z ukrycia - jak idę po ulicy z córką. Nie wiem, co w tym jest fascynującego, ale widocznie coś jest. Ale nie mam tak, by ktoś za mną jeździł, śledził mnie i wyrywał moje prywatne chwile.

Na Skłodowską media nie rzuciły się po pierwszej ani po drugiej nagrodzie Nobla, ale właśnie po jej romansie. Jesteśmy 100 lat później. Niby społeczeństwo poszło do przodu, ale, podobnie jak wówczas, dużą część ludzi bardziej niż osiągnięcia interesują wydarzenia z życia prywatnego.

Dzisiaj szczęśliwie dla naukowców nikt ich nie śledzi. Wszystkich bardziej interesują celebryci ze ścianek. Natomiast wtedy dla Skłodowskiej to była prawdziwa trauma. Nie spodziewała się, że będzie tak atakowana nie tylko dla tego że jest kobietą, ale także ze względu na swoją narodowość. Ponieważ na drugie imię miała Salome, zrobiono z niej polską Żydówkę, która rozbiła porządną francuską rodzinę. Doszło do tego, że komitet noblowski zasugerował jej, żeby może nie odbierała drugiego Nobla. Dziś to jest nie do pomyślenia.

Maria Skłodowska-Curie to taka rola, która musi przejść do historii. Wcielasz się w wybitną postać, a film z racji tego, że powstał w koprodukcji, ma zapewnioną międzynarodową dystrybucję. Uczestniczyłaś w jego promocji w innych krajach m.in. na festiwalu w Toronto oraz w Niemczech. Jak obraz Marii Noelle jest odbierany poza Polską?


Spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Oczywiście trudno to tak do końca ocenić, bo na spotkaniach z widzami zostają na ogół ci, którym film się w jakiś sposób podobał i mówią ciepłe słowa. Ale faktem jest, że po każdym pokazie zostawała prawie pełna sala, a dyskusje były długie i ciekawe. Ale miałam też okazje porozmawiać z ludźmi tak bardziej osobiście, poza salą kinową. Ukazały się też jakieś recenzje. I, co dla mnie jest ważne, film został odebrany jako bardzo ważny współcześnie. Że jest on też o czymś, co dziś też nas dotyka.

Kobieta walcząca z przeciwnościami i uprzedzeniami w męskim świecie to rzeczywiście temat cały czas aktualny. Dlaczego po ponad 100 latach od tego, jak sufrażystki wyszyły na ulice, nadal trzeba się z tym mierzyć?

Chyba dlatego, że jednak struktury tego świata stworzyli mężczyźni. Kobiety wchodząc w nowe sfery, w których dotąd się nie realizowały, wchodzą w obszary zarezerwowane dla mężczyzn. W związku z tym muszą się jakoś do istniejących tam reguł podporządkować. Nie udało się, póki co, wypracować takich struktur, które byłyby wspólne i pozwalały na osiągnięcie równowagi i partnerstwo. Ale myślę, że jesteśmy na dobrej drodze do tego, by to zmienić. Jest coraz większa świadomość i solidarność wśród kobiet, ale też coraz większa solidarność mężczyzn z kobietami. To daje nadzieję na to, że uda się stworzyć takie struktury, w których będzie nam wspólnie dobrze.


Na planie "Marii Skłodowskiej-Curie". fot. Christian Hartmann/Kino Świat

Jeśli jednak śledzisz to, co dzieje się w dzisiejszej polityce na świecie - od Rosji po Stany Zjednoczone, to trudno mieć powody do optymizmu. Mamy do czynienia ze zwrotem w stronę konserwatyzmu.

Pozostaje mieć nadzieję, że jest to chwilowe. Nie jestem oczywiście specjalistką, by stawiać globalne diagnozy, ale mogę odpowiadać za to co robię przez swoją pracę i jak staram się wychowywać swoje dzieci. I w tej sferze staram się działać w duchu tego, o czym przed chwilą mówiłam.

Przez lata mieszkania w Rosji z pewnością zetknęłaś się ze zjawiskiem piractwa. 87 procent Rosjan uważa, że w pobieraniu pirackich plików z internetu nie ma nic niewłaściwego. Jakie jest podejście do tego problemu w sferach artystycznych?

Świadomość społeczna jest zdecydowanie mniejsza niż w Polsce. Mało kto zastanawia się nad tym, skąd się biorą te pliki w internecie. Nie ma publicznej dyskusji na ten temat. Z drugiej strony kino autorskie w Rosji ma ogromny problem z dystrybucją. Filmy trafią do kin w kilku kopiach i nawet jeśli dostają nagrody na topowych festiwalach, to nie ma to żadnego znaczenia i nie przekłada się to na zainteresowanie widzów. W związku z tym sami reżyserzy czasami decydują się wpuścić filmy do Internetu, bo zależy im na tym, by ludzie mogli je obejrzeć. Ale widać też, że podejście do tematu praw autorskich się zmienia. Jeszcze do niedawna z portalu vkontakte (rosyjski odpowiednik facebooka - dop.red.) można było ściągać muzykę i filmy, ale zaczęło to być kontrolowane. Są więc jakieś ruchy w tym kierunku.

Można mówić o bardzo mocnym początku roku Karoliny Gruszki. Na ekranach w krótkim odstępie czasu pojawiły się trzy filmy z Twoim udziałem. Najpierw "Szczęście świata" Michała Rosy, chwilę później "Sztuka kochania" Marii Sadowskiej i wreszcie "Maria Skłodowska-Curie". Wcześniej polscy widzowie w kinie widywali Cię dość rzadko. Nadszedł "czas Gruszki"?

To nie jest tak, że jakoś to planuję. Zawód aktora jest taki, że dostaje propozycje. Kwestia ile ich jest i czy wszystkie przyjmuje. Ja jestem bardzo mocno zaangażowana w działalność teatralną, która daje mi zawodowe spełnienie. Jeżeli decyduję się na jakiś projekt filmowy to dlatego, że też jest on dla mnie ważny. Nie jest prosto znaleźć taki scenariusz. Nie jest tak, że dostaję dziesięć propozycji z pięknymi kobiecymi rolami i zastanawiam się, co wybrać. Raczej jest tak, że te scenariusze, które dostaję, to najczęściej historie, które mnie niewiele obchodzą i których nie chciałbym być widzem. Dlatego je odrzucam. Teraz akurat przydarzyła się jakaś taka kumulacja tych istotnych filmów, ale pewnie na kolejne tak ważne przyjdzie poczekać. Tym bardziej, że ja jestem już trochę zepsuta, bo miałam do zagrania tak bogate osobowości, że trudno mi teraz przyjąć propozycje, w których bohaterka zarysowana jest powierzchownie. Na tyle długo jestem w tym zawodzie, że wiem, że są momenty, kiedy się pracuje więcej, a kiedy mniej. I trzeba wykorzystać ten okres na to, by nazbierać inspiracji i móc za jakiś czas zaproponować jakieś nowe spojrzenie, nową barwę.

Złapię Cię za słówko. Powiedziałaś, że nie dostajesz zbyt wielu propozycji pięknych kobiecych ról. Potrafiłaś przecież zagrać na scenie 60-letniego mężczyznę.

Oczywiście nie chodzi mi o to, że mają to być role piękne fizycznie czy nawet duchowo. Z wielką przyjemnością zagrałabym jakiś piękny czarny charakter.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!