Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Voo Voo to jest osobna wyspa

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Voo Voo to jest osobna wyspa

Voo Voo to jest osobna wyspa

Z fascynacji muzyką uczynił swój sposób na życie. O jego płytowej kolekcji krążą legendy, mało kto jednak wie, że obok gigantów światowego rocka znajdziemy w niej także pełną dyskografię Voo Voo. O nietypowej biografii, książce "Voo Voo Dzień dobry wieczór" rozmawiamy z Piotrem Metzem.


Jak się wystawia laurkę zespołowi, który chronicznie nie lubi jak się go chwali, jak się go dopieszcza? Waglewski mówił, że nie lubi jubileuszowych sytuacji. Jeszcze dwa lata temu zarzekał się, że nie planuje żadnych książek, żadnych filmów, żadnych podsumowań.

Sprawa jest dość prosta. Ja po pierwsze zastrzegam, że nie powinienem się nazywać autorem książki. Ja jestem człowiekiem, który wysłuchał tego, co muzycy Voo Voo mieli do powiedzenia. Być może jedyną zasługą, którą mogę sobie przypisać, to fakt, że zespół – jak sam powiedziałeś niechętny w ogóle rozmowom, zwłaszcza, gdy to mają być rozmowy, które trwają kilkanaście godzin – popatrzył na to przychylniejszym okiem. Z różnych powodów. Geneza była bardzo prosta, zespół czy bardziej management zespołu stwierdził, że jest jubileusz trzydziestolecia zespołu, a nigdy nie było książki o Voo Voo, co zaskoczyło ich i mnie. Być może powodem tego, że nigdy nie było książki o Voo Voo była niechęć, o której mówiłeś wcześniej. I jakieś takie wewnątrz zespołowe ciśnienie czy decyzja, że jednak jest to okazja, z którą trzeba coś zrobić. Jeżeli z tego wyszła, jak mówisz, laurka, to był w równej mierze efekt tego, co powiedział zespół jak i tego, o co ich pytałem. Nie będę ukrywał, że jestem fanem twórczości Voo Voo, że jest to zespół mi bliski, rozmawiali z kimś takim, a nie z kimś bardzo mocno krytycznym.

Jest bardzo rzeczowa.

Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Wojciech Waglewski ma bardzo specyficzne i dosyć kąśliwe poczucie humoru.

Voo Voo jako jeden z niewielu zespołów w Polsce nie ma negatywnego elektoratu, który by w nich uderzał. Grupa nie jest frontalnie atakowana. Rozumiem, że to jest zasługa muzyki.

Ciężko powiedzieć, że to jest wynik tylko tego, że są super bezpieczni i unikają kontrowersji, bo tak naprawdę unikają tylko kontrowersji obyczajowych. Natomiast zrobili parę razy woltę artystyczną, która niesie ze sobą ryzyko alienacji dotychczasowego elektoratu. Są dwie takie wolty, dość wyraźnie chyba w książce zaznaczone. Pierwsza, czyli odejście od „Łobi jabi”, ogólnopojętego zjawiska, które sprawiło, że przeszli na takie pozycje biesiadno-ludyczne. Druga, to w jakiś sposób płyta „Dobry wieczór”.

To jeden z tych zespołów, który jest bardzo świadomy swojej muzyki. Myślisz, że to jest charakterologiczne czy wypracowane przez lata kariery, że oni wiedzą, że trzeba odejść od czegoś, co się sprawdza, że nie można grać tego w kółko?

Z całą pewnością taki gen ma zaszczepiony Waglewski. On nawet mówił, że ma to w sobie zakodowane, że nowa płyta ma być inna od poprzedniej. To jest najlepiej wychowany i kulturalny muzyk w Polsce, ale kiedy się go zapyta, to mówi, że fenomen zespołu polega na tym, że tam jest demokracja, tylko, że to ja mam zawsze rację. I to jest taki jego dowcip, ale to nie jest tylko dowcip, bo to jest jego projekt.


fot. Legalna Kultura

To nawet widać na zdjęciach Voo Voo, Waglewski często stoi na pierwszym planie.

Z jednej strony Wojtek trzyma wszystko żelazną ręką, ale z drugiej strony, jak tworzył projekt „Placówka 44”, to zmusił niemalże Bryndala, perkusistę, żeby napisał jeden z najbardziej radiowych numerów „Palec na cynglu”.

Jak umiejscowić Voo Voo we współczesnej Polskiej muzyce? Na ile twoim zdaniem są połączeni z tym, co się dzieje wokół, a na ile są osobni?

Strasznie trudne pytanie. O tym, że są połączeni mogłaby świadczyć łatwość tworzenie przez Waglewskiego różnych projektów, nawiązywania kontaktów z innymi muzykami. Może to jest właśnie jego sposób na to, żeby wiedzieć na to, co się na świecie muzycznym dzieje? Tak naprawdę jednak Voo Voo to jest osobna wyspa. Mam kłopot, żeby ich do czegoś podłączyć. I to nie taki kłopot, że oni są na szklanej górze, tylko tam wszystko jest takie swoje, autorskie. Nie dość, że idą swoją drogą, to jeszcze im się to udaje obronić. Ja wiem, że Wojtek o takich rzeczach nie będzie chciał rozmawiać, ale Voo Voo znakomicie funkcjonuje w rzeczywistości komercyjno-rynkowej.

Waglewski zdaje sobie sprawę z tego, że jak nie jesteś w ruchu to się tak naprawdę cofasz, że są tylko dwa bieguny tej sytuacji. Można iść albo do przodu albo do tyłu.

Ale on jest też ciekawy świata. Non stop powtarza, że najlepsza rzecz jaką można zrobić, to się uczyć cały czas.

Kiedy wyszły prawie jednocześnie plyty Voo Voo oraz Fisza i Emade, to miałem takie wrażenie, że następuje ten moment, kiedy uczeń przerasta mistrza.

Miałem przyjemność parę razy prowadzić Listę Przebojów Trójki, gdzie w pierwszej piątce było Voo Voo i Fisz Emade. Przedziwna historia, prawda? Z drugiej strony to było w czasie, kiedy Voo Voo wprowadziło na pierwsze miejsce kompletnie nie radiowy utwór „Gdybym”, świetny, ale trwający sześć i pół minuty. Na dziś, w wartościach bezwzględnych Fisz Emade są na pewno większą siłą w polskiej muzyce niż Voo Voo. W wartościach bezwzględnych, czyli uczeń przerósł mistrza. Natomiast nie wydaje mi się, żeby dla Waglewskiego to było zmartwienie. Zaryzykował takie stwierdzenie – ale to są domysły domorosłego socjologa – że w tym momencie ojciec puścił już synów w wielki świat i odpuścił. Już nie ma potrzeby, żeby ich prowadził, bo oni sobie świetnie dają radę, że on teraz z Voo Voo będzie robił swoje rzeczy, nie oglądając się na nich. Trochę bajka się z tego robi, ale tak to moim zdaniem wygląda.


fot. Kamil Krajewski

Wróćmy do książki. Mając świadomość, że musisz w wielu wywiadów ułożyć większą całość, czy czułeś tremę?

Trema była kilkuetapowa. Pierwsza trema to trudna logistyka pracy, znalezienie czasu na napisanie książki. Nie mogłem odmówić, bo dla mnie zespół jest niesłychanie ważny. Ale ta trema przed logistyką szybko uciekła, bo się okazało, że dalej jest jeszcze gorzej. Nie byłem psychofanem zespołu Voo Voo, od 1986 roku śledzącym losy zespołu. Bałem się, że są elementy historii, które gdzieś mi uciekną.

Konfrontowałeś ich wypowiedzi ze źródłami czy zawierzałeś im na słowo?

Ja się starałem mieć ze sobą na daną rozmowę temat opanowany, żeby móc to konfrontować od razu, na miejscu. Ale często nie było co konfrontować, bo Wojtek po prostu wielu rzeczy nie pamiętał. Po pierwszej rozmowie z Pospieszalskim, okazało się, że oni bardzo różnie patrzą na wiele rzeczy w pierwszym okresie Voo Voo.

Miałeś opanowaną historię zespołu, ale czy było coś co Cię zaskoczyło?

Nie tyle zaskoczeniem, ale najnormalniej w świecie nową, ciekawą opowieścią była dla mnie historia o krytycznym momencie śmierci Stopy. Voo Voo miało wtedy jakieś bardzo krótkoterminowe zobowiązania zawodowe, nie było czasu na rozpacz. To pomogło zespołowi przetrwać.

Ja mam często tak, że kiedy wejdę głęboko w jakiś zespół, słucham jego płyt w kółko, wbijam sobie do głowy historię to się tym wszystkim przytruwam lekko. Czy miałeś tak przy pracy nad tą książką?

Wiem o czym mówisz. To jest takie zmęczenie, ale tutaj przy Voo Voo nie pamiętam, żeby coś takiego było. Praca nad książką była rozciągnięta w czasie.

Książka powstała przy okazji 30-lecia Voo Voo. A rocznica to zawsze jest zamykanie starych drzwi i otwieranie nowych. Powiedz mi czy patrząc na historię Voo Voo widzisz wiele takich punktów granicznych, zamknięć i otwarć?

Myślę, że to 30 lat i ta książka to jest wymuszona sytuacja. Tak po prostu wypadało. Dla zespołu to nie ma kompletnie żadnego znaczenia, nie robią z okazji urodzin specjalnego koncertu czy jubileuszowej trasy.

Voo Voo było jednym z tych zespołów, którzy narzekając na piratów, nie uczynili z tego narzekania oręża.

Zgoda w 100 %. Muzyka Voo Voo jest – może się rockmani nie obrażą na mnie – taka elegancka. Piracka płyta się z nią nie komponuje. Jak ktoś jest fanem świadomym Voo Voo to chodzi na koncerty i kupuje płyty.


fot. Legalna Kultura


Piracka płyta Voo Voo na półce wyglądałaby jakoś tak…

Jak tureckie dżinsy, trochę obciach po prostu. Ja nie wiem czy nie można by tego podciągnąć pod to, że to jeden z największych sukcesów zespołu Voo Voo, wychowanie takich fanów.

Czy w innej rzeczywistości Voo Voo mogło osiągnąć sukces europejsko-światowy?

Bardzo bym chciał wierzyć, że tak, ale mam wrażenie, że przy całej swojej otwartości, oni są mocno zakorzenieni tutaj. Czują się spełnieni. Po rozmowach z nimi nie mam wrażenia, że trapi ich poczucie niespełnionej szansy.

Gdyby Waglewski napisał podręcznik jak prowadzić zespół, osiągnąć sukces i przetrwać w złych czasach, to naczelną zasadą i radą dla innych byłoby…

To, co cały czas powtarza. W zespole najważniejsza jest demokracja, ale to on ma zawsze rację.


Rozmawiał: Łukasz Kamiński



Do góry!