Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem z dawnego świata

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

 Jestem z dawnego świata

Jestem z dawnego świata

Od 40 lat zaraża innych swoją kinofilską pasją. Za jego sprawą polscy kinomani odkrywali Jima Jarmuscha, Pedro Almodovara, Michaela Hanekego, ale także Kim Ki Duka, Bela Tara czy Lisandro Alonso, a na festiwalowej mapie Polski pojawiły się Warszawski Festiwal Filmowy, Nowe Horyzonty i American Film Festival. Teraz do tego grona dołączył Podlasie SlowFest. O byciu slow, duchowych przeżyciach oraz blaskach i cieniach organizacji festiwali i filmowej dystrybucji rozmawiamy z Romanem Gutkiem.


Supraśl i Podlasie to nie pierwszy raz, gdy "ucieka" pan od miejskiego zgiełku. 17 lat temu był Sanok i pierwsza edycja Nowych Horyzontów.


Dużo rzeczy się dzieje w życiu w sposób nieprzewidywalny. Rzeczywiście najpierw był Sanok, po roku Cieszyn, a potem Wrocław. Jak się przenosiliśmy z Cieszyna do Wrocławia, nawet ktoś znalazł moją wypowiedź w Internecie i mi wytknął, że mówiłem "nigdy dużego miasta" - podając zresztą jako przykład właśnie Wrocław, który nie kojarzył mi się dobrze. Pamiętam, że byłem tam krótko po powodzi i wówczas to miasto nie sprawiało zbyt dobrego wrażenia. Ale wracając do początku. Sanok był bardzo świadomym wyborem. Chciałem robić festiwal w wakacje, z dala od dużych miast. Lato sprzyja temu, że ma się bardziej wolną i otwartą głowę, można wyjechać i nie myśleć: zaraz mam jakieś zajęcia, może wpadnę do kina na jakiś jeden film, wyrwę się. Zależało mi, żeby ludzie chłonęli te filmy. Żeby była to dla nich uczta. Czas wyłącznie dla kina. Wzięło się to oczywiście z moich doświadczeń, bo mi najfajniej ogląda się filmy właśnie na festiwalach, gdy wyjeżdżam, zapominam o bożym świecie, zostawiam wszystko za sobą i wchodzę na tych kilka, kilkanaście dni w świat wyobraźni i tym żyję. A jednocześnie przebywam w gronie tych, którzy, tak samo jak ja, lubią kino. I to jest niepowtarzalne przeżycie. Może więc rzeczywiście trochę zatoczyłem koło, ale wtedy były trochę inne czasy. 17 lat temu nie było tak duzo festiwali, a filmy nie były tak łatwo dostępne, jak dziś. Wiele z tych nowohoryzontowych tytułów nie było obecnych w Polsce ani w kinach, ani w telewizji, ani nawet na festiwalach. Był już Internet, ale nie było jeszcze platform VOD i możliwości oglądania. A koszty sprowadzenia filmu z zagranicy i wprowadzenia go do dystrybucji były dużo wyższe, niż obecnie. Nie było jeszcze cyfrowych nośników, były tylko kopie na taśmie 35 mm. Wykonanie jednej kopii kosztowało 1-1,5 tys. dolarów. Dziś powielenie czy przesłanie DCP do Polski trwa moment i kosztuje dużo mniej. Pokazywanie filmów się zdemokratyzowało.

Przybyło też festiwali. Myśli Pan, że jest jeszcze miejsce na kolejny?

Jest swoista festiwalomania. Być może jest tak dlatego, że obecnie w kinach jest coraz trudniej przebić się filmom autorskim, artystycznym. Są pokazywane bardzo krótko i trudno jest je obejrzeć. Na festiwalach w krótkim czasie można zobaczyć wiele filmów. Mam jednak wrażenie że festiwale są podobne do siebie. Rządzi nimi marketing, w większości nie są wyraziste. Mógłbym w Supraślu zrobić kolejny festiwal, który przyciągałby po 500 osób dziennie na jeden film. Ale to nie o to chodzi. Mam większą satysfakcję, gdy sobie wymyślam coś takiego "pod prąd".


Roman Gutek na Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty fot. BTWphotgraphers Maziarz/Rajter

Dla wielu osób Nowe Horyzonty były i są radykalnym festiwalem.

Teraz radykalizuję się chyba jeszcze mocniej, chociaż te „slow filmy” zawsze były na Horyzontach obecne. Apichatpong Weerasethakul jest kim przykładem twórcy, którego filmy pokazywaliśmy regularnie. Gdy dostał w Cannes nagrodę za "Wujka Boonmee" to dla wielu krytyków było to zaskoczeniem "kto to jest?", a bywalcom Nowych Horyzontów był on już doskonale znany.
Zresztą, jak pan doskonale wie, slow cinema ma różne twarze. Z jednej strony np. wyrazisty, mroczny Bela Tarr, z drugiej James Benning ze swoimi bliskimi naturze, bardzo kontemplacyjnymi filmami. np. przyglądający się w rzeczywistym czasie zmierzchowi.

Akurat to chyba na Podlasiu można oglądać na żywo...

Tak. Oczywiście. Choć to jest też pytanie, czy potrafimy i chcemy. Stąd ten pomysł na połączenie sztuki, kulinariów i natury. Żeby to nie było intensywne. Byśmy mieli tą otwartą głowę i pozwolili sobie na to, by w ciągu dnia spędzać czas blisko natury, brać udział w warsztatach, szwędaczkach, wyjściach z botanikiem na łąkę czy ornitologiem do lasu... takich propozycji mamy mnóstwo. A wieczorem uczestniczyć w jednym, dwóch wydarzeniach. Nie konsumować, ale mieć czas na przeżycie filmu, spektaklu, koncertu, słuchowiska... Zostać gdzieś z tym, co się zobaczyło i usłyszało. Ale też być bliżej artystów. Często na Nowych Horyzontach twórcy lecą kilkanaście godzin, a potem Q&A trwa 20 minut i w najciekawszym momencie trzeba je przerwać, bo trzeba rozpocząć kolejny seans. Chciałbym, żeby po filmie ludzie rozmawiali sobie godzinę lub dwie. W Supraślu nikt nie będzie nas popędzać. Usiąść w restauracji Prowincja przy szklance piwa lub wina i gadać. A jak się nie ma ochoty, to w ciągu 5 minut można znaleźć się w lesie lub na łące i być samemu z tym, co się zobaczyło. Nie napinam się, nie intelektualizuję tego, nie chcę nikogo i niczego zmieniać. Pytany jestem, czy zaczynam żyć slow? Raczej nie. Chociaż na pewno zwalniam. Po raz pierwszy od 24 lat nie poleciałem na festiwal do Cannes. Też uznałem, że to jest za intensywne. Filmy teraz szybko docierają na ekrany i większość z nich zobaczę w kinach. Poza tym jak się już jest na festiwalu, to jednak trudno odpuścić i oglądać po dwa filmy dziennie. Chce się wycisnąć tę cytrynę na maksa. A ja już trochę nie chcę się zrywać o 6.30, pędzić i padać o 9 czy 10 wieczorem. A do tego dochodzą spotkania, na których kupujemy filmy... To też jest intensywne. Także troszkę tutaj zwalniam. I zamierzam spędzić całe wakacje w Supraślu. Do końca nie wiem, co się tam zdarzy, kto będzie uczestniczył w tym festiwalu...


Fot. Anna Jochymek

No właśnie. Kto jest tym widzem Podlasie SlowFest? Robiliście jakieś badania?

Nie jestem jakimś zwolennikiem marketingu i badań. Jestem bardzo nieufny, choć oczywiście zebrane informacje zawsze coś tam podpowiedzą. Ale wolę kierować się intuicją. Stwierdziłem, że potrzebuję zmiany i wymyśliłem slow festiwal. Przekonałem do tego parę osób. Na przykład na kuratora części muzycznej Piotra Domagałę trafiłem, bo znalazłem informację, że chciał robić w Krakowie festiwal slow music. Z kolei poetkę Basię Klicką, której ta idea też jest bliska, zarekomendował mi Jacek Denhel. Podlasie SlowFest to nie jest duże organizacyjne przedsięwzięcie. Mamy bardzo skromny budżet, ale też większość wydarzeń ma kameralny charakter. Koncerty odbywać się będą w sali, która nie jest duża i nie potrzebuje drogiego nagłośnienia. Jedynie koncert Kormoranów i zespołu Z Lasu - śpiewających kobiet a capella z Podlasia - będzie w plenerze. To jedyne tak duże wydarzenie, które będzie logistycznie i produkcyjnie bardziej skomplikowane. Reszta to soliści, jak np. lutnista Josef van Wissem, znany z muzyki do filmu "Tylko kochankowie przeżyją", czy austriacki minimalista Wolfgang Mitterer, a także chóry śpiewające muzykę religijną i cerkiewną. To będą kameralne wydarzenia. Jestem ciekawy, jak dużo ludzi będzie. Bilety sprzedają się nieźle. Może to nie są jakieś ogromne liczby, ale to dopiero pierwsze dni, trudno z dużym wyprzedzeniem planować sierpień czy wrzesień. Bardzo liczę na świadomą publiczność, która chce spędzić wolny czas, czy to na warsztatach czy blisko natury, a wieczorem wziąć udział w wydarzeniu kulturalnym. Z centralnej Polski nie jest specjalnie daleko. 2,5 godziny z Warszawy. Można wpaść na weekend i zobaczyć, co się dzieje. A potem wrócić za parę tygodni czy miesiąc. To nie jest zobowiązujące, że trzeba przyjechać na pięć, siedem czy trzynaście dni...

Mam takie wrażenie, że to pierwszy festiwal, który swoją ofertę bardzo świadomie kieruje do rodzin. Tego do tej pory nie było. Na Podlasiu stawiacie i na program dla dzieci, i na zajęcia dla całych rodzin. Jakby z myślą o tych, którzy z Nowymi Horyzontami dorastali i dziś szukają właśnie jakieś propozycji skrojonej pod nich.

Trochę tak myśleliśmy układając program. Mamy 24 filmy dla dzieci i młodzieży oraz mnóstwo propozycji warsztatowych. Można więc przyjechać z rodziną, miło spędzić czas na łonie przyrody i uczestniczyć w wybranych wydarzeniach. Ale zależy nam też na dzieciach z Supraśla, które na co dzień nie mają możliwości zobaczenia europejskich filmów. Pracujemy z lokalną społecznością i promujemy podlaskich artystów.

Co było największym wyzwaniem organizacyjnym?

Budżet. Robimy festiwal w bardzo małej miejscowości, w której nie ma kina. Musieliśmy wynająć na 2,5 miesiąca dobry sprzęt do realizacji projekcji. To kosztuje. Z Urzędem Marszałkowskim rozmawiałem przez półtora roku. Szczęśliwie zdecydowali się wesprzeć to wydarzenie. Ale to nie są duże pieniądze. W tej chwili ukazało się już w mediach na tyle dużo informacji na temat Podlasie SlowFest, że chyba spłaciliśmy już kwotę, którą Marszałek nam przyznał, a musiałby wydać na promocję. Częściowo finansuję ten festiwal też z pieniędzy Gutek Film. No i mamy sponsora - Żubra. Muszę przyznać, że odbyłem sporo rozmów ze sponsorami, ale po raz pierwszy zdarzyło mi się, że z Żubrem porozumieliśmy się w czasie pierwszego spotkania. Składaliśmy też wnioski do kilku publicznych instytucji. Myślę, że były one dobrze przygotowane, ale w Narodowym Centrum Kultury w programie "Kultura. Interwencje" oceniono nasz wniosek dosyć słabo. Eksperci uznali, że nie jesteśmy zdolni do dobrej organizacji tego festiwalu. Za tzw. zdolność organizacyjną dostaliśmy bardzo mało punktów. To mnie zdziwiło, bo oczywiście nie wszyscy muszą wiedzieć, co robię, w 1985 roku stworzyłem Warszawski Festiwal Filmowy, a prowadzony prze ze mnie MFF T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu jest jednym z najważniejszych festiwali filmowych w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej. I jest on bardzo dobrze zorganizowany. Ale być może nie dało się nam zarzucić, że merytorycznie nie jesteśmy fajni. Nie wiem. Nie rozumiem tej decyzji. Mam trochę żal, bo ponad 200 innych wydarzeń dofinansowanie dostało. To podcina skrzydła.


Roman Gutek, fot. Krzysztof Szwarc

Obserwuje Pan widzów kinowych od kilku dekad. Czy na tym polu zaszły jakieś zmiany?

To już w sumie 40 lat. Gdy dorastałem o wielu filmach można było tylko czytać w "Filmie" czy w "Kinie". Był monopol państwa i wprowadzano na ekrany tylko 20-30 filmów zachodnich rocznie. I grano je przez 2 lata. W 1977 roku zacząłem studia i, jadąc na spotkanie z panem, przejeżdżałem koło ulicy Bobrowieckiej, gdzie wówczas był magazyn Okręgowego Przedsiębiorstwa Rozpowszechniania Filmów. Przypomniałem sobie z sentymentem, że kursowałem tam z torbą, w którą ładowałem "trzydziestki piątki" dla kina Sokół, gdzie były pokazy Dyskusyjnego Klubu Filmowego "Ubab", który prowadziłem z kolegami i koleżankami. To był ten moment, gdy zaczynałem dzielić się moimi filmowymi odkryciami z innymi. I patrząc z tej perspektywy, myślę sobie, że jeszcze nawet 15 czy 20 lat temu czekało się na filmy. Dziś już tego nie potrafimy i nie cieszy nas to aż tak bardzo. Stało się to powszedniością. Następnego dnia po premierze w Cannes wszyscy chcieliby już mieć zobaczonego laureata Złotej Palmy.

Kiedyś ludzie chcieli też więcej rozmawiać o filmach, wiedzieć coś o ich autorach. Oczywiście nie chcę mitologizować, bo przecież Bunuela w latach 60. oglądały też raczej elity, ale jednak panował pewien snobizm. A dziś mamy coraz mniej czasu. Szkoda nam każdej godziny. I na gwałt szukamy opinii w Internecie, żeby przypadkiem nie zmarnować tych dwóch godzin. Takie czasy.

A jakim widzem jest Roman Gutek?

Jestem z dawnego świata. Dla mnie oglądanie filmów z innymi, w ciemnej sali, rytuał gaszenia światła i rozsuwania kotary to magia. I też przyglądanie się jak reaguje widownia. Np. "Wielka cisza" - trzygodzinny film bez słowa dialogu. Widziałem go w Wenecji w ogromnej sali na 1,5 tys. widzów. I panowała tam ogromna cisza i widać było emocje na twarzach widzów. To było niezwykłe duchowe przeżycie. Od razu pomyślałem, że trzeba to w Polsce pokazać. Ze względu na jego skupienie i kontemplacyjny charakter. Mam nadzieję, że takie uczucia będą towarzyszyć nam też w Supraślu.


Roman Gutek podczas Podlasie SlowFest, fot. Beata Marciniak

Jako twórca Nowych Horyzontów i dystrybutor kina artystycznego był pan pierwszym, który przed laty głośno sprzeciwił się internetowemu piractwu. Wytoczyliście wówczas wojnę serwisom z napisami. Jak Pan dziś patrzy na to, co wydarzyło się od tamtego czasu?

To była bardzo banalna sytuacja. Kupiliśmy prawa do odrestaurowanych filmów Bergmana. Była retrospektywa na Nowych Horyzontach, wprowadziliśmy je do kin i chcieliśmy wydać na DVD. Dyskutowaliśmy o wysokości nakładu i chłopak, który się zajmował rynkiem DVD sprowadził nas na ziemię mówiąc, zobaczcie ile jest ściągnięć Bergmana. Zareagowaliśmy na to i zrobiła się burza w szklance wody, bo zostaliśmy zwyzywani od pazernych kapitalistów walczących z miłośnikami kina. A tu nie chodziło o zarobek, ale fakt faktem, że za Bergmana płaci się jak za dobre stare wino. To nie kosztuje pięć złotych. I o jakimkolwiek zarobku tu trudno mówić. A każda sprzedana kopia pracuje ewentualnie na kolejnego klasyka – Antonioniego, Ozu i innych, których wydaliśmy na DVD. Dziś myślę sobie, że dzięki Internetowi świat się zmienił i mamy dostęp do wielu niszowych filmów, których nie można by było zobaczyć. Natomiast problem jest bardzo złożony. Twórcy i dystrybutorzy ponoszą koszty i powinni coś z tego mieć. I choć oczywiście najbardziej piratowane są wielkie hity, to jednak na tytułach artystycznych proporcjonalnie tracimy podobnie. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że ten bardziej świadomy widz będzie bardziej skłonny dokonywać świadomych, legalnych wyborów.

W ostatnich latach rośnie liczba widzów w polskich kinach. Są więc chyba powody do optymizmu?

Cieszy, że rośnie liczba widzów. Wiele osób pukało się w głowę, co robimy z kinem Nowe Horyzonty, jak przejmowaliśmy Heliosa. Że to wariactwo. Po 5 latach mogę spokojnie powiedzieć, że kino Nowe Horyzonty to projekt, który się powiódł. Teraz poważnie myślimy, by, wspólnie z miastem, kupić to kino. Chcę jeszcze mocniej związać Stowarzyszenie Nowe Horyzonty z tym miejscem i je rozwijać. Wierzę cały czas w takie miejsca. Może to powinny być bardziej takie centra kultury. I troszkę idziemy w tym kierunku, bo obok filmów pokazujemy też kontent alternatywny: opery, balety, koncerty, wystawy na ekranie. Kino Nowe Horyzonty stało się ważnym społecznie miejscem we Wrocławiu. Gościmy wiele festiwali, nie tylko filmowych. One są bardzo ważne, bo zwiększają zainteresowanie kinem. Ale dla mnie od spektakularnych wydarzeń ważniejsza jest praca u podstaw, którą chociażby robimy w ramach Nowych Horyzontów Edukacji Filmowej. Rozmowa o kinie, pokazywanie czegoś innego, uświadamianie i budowanie publiczności na przyszłość.



W przyszłym roku 18 urodziny Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Może to będzie taki moment, że dziecię już będzie dorosłe i będę mógł przekazać je młodszym... Chciałbym aby festiwal pozostał wyrazisty i promował tych, którzy robią kino autorskie. Chętnie będę doradzał, służył pomocą. Zobaczymy. Uciekam całe życie od rutyny i teraz jestem w momencie, w którym szukam czegoś nowego. I chcę mieć więcej czasu dla siebie i dla rodziny.

Gdyby miał Pan wybrać jedną rzecz, dla której warto przyjechać na Podlasie SlowFest, co by to było?

Jedną rzecz z czterystu czterdziestu kilku? Nie wiem. Chyba zaprosiłbym wszystkich na koncert Chóru Filoi z Białegostoku. Znam ich muzykę i bardzo czekam na ten wieczór w cerkwi. Myślę, że będzie to głębokie przeżycie duchowe. Historia Supraśla zaczęła się od tego, że ponad 500 lat temu zakonnicy prawosławni z niedalekiego Gródka szukali nowego miejsca i puścili krzyż rzeką. I ten krzyż zatrzymał tam, gdzie teraz jest Supraśl. Tam powstał monaster. Dlatego namawiamy, by w ramach Podlasie SlowFest zatrzymać się, pomyśleć, przeżyć coś głębiej.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
fot. tytułowa: Beata Marciniak



Do góry!