Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nie ma nic gorszego, niż mówienie o przyzwoitości na serio

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nie ma nic gorszego, niż mówienie o przyzwoitości na serio

Nie ma nic gorszego, niż mówienie o przyzwoitości na serio

Kompozytor filmowy, który zostaje reżyserem? To nie zdarza się zbyt często, a z pewnością nie ma takiego drugiego przypadku w Polsce. Tomasz Gąssowski, którego muzyka stanowi od lat nieodłączną część niezwykłej atmosfery filmów Andrzeja Jakimowskiego, od roku podbija serca festiwalowej publiczności i jurorów zrealizowanym w ramach programu 30 minut" Studia Munka krótkometrażowym "Barażem". Za chwilę jego film stanie w szranki 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a dzięki ubiegłorocznej wygranej na Warszawskim Festiwalu Filmowym ma nawet szansę trafić na oscarową shortlistę.



Bycie kompozytorem muzyki filmowej a reżyserem to dwie kompletnie różne profesje. Skąd w Tobie taka radykalna zmiana?


Wiedząc, czym to pachnie, długo wahałem się czy próbować robić film, ale praca kompozytora jest samotną walką, a ja bardzo tęskniłem za ekipą, za „drużyną”, za klimatem, który poczułem 15 lat temu podczas przygotowań, a potem w trakcie zdjęć do filmu Andrzeja Jakimowskiego „Zmruż oczy”. Poza tym, że pisałem do niego muzykę, byłem również współproducentem…

Jak do tego doszło?

Trochę przypadkowo. Byłem wtedy bardzo zapracowanym kompozytorem, ale kiedy Andrzej, z którym już od lat się przyjaźniłem, pokazał mi jedną z pierwszych wersji swojego scenariusza, nie namyślając się wiele, postanowiłem zrobić przerwę w komercyjnych projektach i zadeklarowałem pomoc w realizacji jego filmu. Oczywiście początkowo miałem na myśli jedynie napisanie muzyki, ale już za chwilę tak się wkręciłem, że na co dzień rozmawialiśmy o scenariuszu, lokacjach, o tym kto ma kogo grać i dlaczego. Kilka lat później przy „Sztuczkach” również pomagałem we wszystkim, w czym tylko potrafiłem pomóc i angażowałem się w film coraz bardziej. No i przy okazji podglądałem reżyserski warsztat Andrzeja, co stało się moją niezamierzoną prywatną szkołą filmową. Tak więc to nie był jakiś założony z góry plan. Powód mojej „wycieczki” w reżyserię „to złożona sprawa”, jak mówią bohaterowie „Barażu”.



No właśnie! A jak to się zaczęło z „Barażem”?

Niedługo po „Sztuczkach”, zarażony filmowym bakcylem, zacząłem w wolnych chwilach, dla przyjemności, pisać scenariusz. Taka grafomańska rozrywka…Następnie, 5 lat temu zapisałem się do Amatorskiego Klubu Filmowego Sawa na roczny, podstawowy kurs reżyserii i operatorki. Kiedy to skończyłem, zapragnąłem czegoś więcej - postanowiłem spróbować swoich sił w Szkole Wajdy. Poszedłem tam z projektem filmu pełnometrażowego, ale bardzo sensownie zasugerowano mi, bym spróbował najpierw sił w krótkiej formie. Początkowo chciałem skracać swój pierwszy projekt, ale w miarę, jak próbowałem to robić, wyłoniła się z niego zupełnie inna historia. Wyszedłem więc ze Szkoły ze scenariuszem "Barażu" i treatmentem pełnego metrażu, który mam nadzieję, że uda mi się kiedyś zrealizować.

Zdradzisz o czym jest?

Za wiele nie chciałbym mówić, bo cały czas nad tym pracuję. Mam nadzieję, że jeśli już się uda coś zrobić, to będzie zabawne i wzruszające zarazem, bo takie filmy chciałbym robić… Cały czas ciekawią mnie problemy zwykłych ludzi. Przez wiele lat mieszkałem pod Warszawą, znam dobrze realia małych miejscowości i właśnie tam słyszę historie, rozmowy, które mnie inspirują. Tam również przez 5 lat trenowałem szóstoligową drużynę piłki nożnej i tam tkwią korzenie "Barażu”.

Jak się zostaje trenerem okręgowej drużyny piłkarskiej?

To „złożona sprawa”… Najpierw ukończyłem kurs instruktora przy Okręgowym Związku Piłki Nożnej. Potem z kolegami założyliśmy klub piłkarski Jeziorka Jazgarzew, którego przez trzy lata byłem piłkarzem i trenerem. Później połączyliśmy się z drużyną, L.K.S. Spartą Jazgarzew. I przez kolejne dwa lata pracowałem tam jako trener II drużyny… To jest niezwykłe doświadczenie, bo w małych miejscowościach, jak się znajdzie klub, który ma ręce i nogi, to wokół tego klubu wszystko się kręci. Cały dzień na boisku są ludzie, zawsze jest z kim porozmawiać. Mecze są świętem: przychodzą żony, dziewczyny, dzieci. Pamiętam, że jak kiedyś ktoś rzucił hasło, żeby zrobić trybunę pod dachem to zaraz ktoś kupił krzesełka, ktoś z skądś przywiózł jakieś niepotrzebne stalowe rusztowania, ktoś inny znalazł blachę na dach, panowie pracowali po godzinach, w niedzielę… po miesiącu była trybuna.

W "Barażu" nie pokazujesz jednak tej jasnej, społecznej strony, o której mówisz. Twój film dotyka kwestii uczciwości w futbolu.

W „Barażu” pokazuję złożoną, pełną prawdziwej miłości relację Ojca i Syna, gdzie pierwszy próbuje uczyć drugiego jak żyć, choć sam nie zawsze zdaje sobie sprawę, że czasem role się odwracają. To rodzi serię zabawnych zdarzeń, oczywiście … Nieuczciwość w piłce, którą pokazuję w filmie, nie ma żadnego związku z prowadzoną przeze mnie działalnością trenerską. Jedyna taka propozycja, z jaką zetknąłem się osobiście, miała raczej dość komiczny scenariusz. Złożył nam ją kiedyś facet, który grał jako piłkarz w przeciwnej drużynie, a co ciekawe w życiu był także sędzią. Zapytał przed meczem: to co? zagramy na remisik? Może, gdyby tego nie zaproponował, byśmy nie byli tacy zajadli i mecz skończyłby się zgodnie z jego oczekiwaniem, ale powiedziałem moim chłopakom, że tamci chcieli się układać przed meczem na wynik, więc skończyło się 5:1 dla nas.


Tomasz Gąssowski na planie "Barażu", fot. Martyna Jakubiak

Żeby nakręcić film o piłce nożnej, trzeba mieć ekipę.

Przede wszytkim miałem szczęście, bo miałem producenta. Studio Munka umożliwiło mi debiut reżyserski w ramach swojego programu "30 minut" i sfinansowało prawie całą produkcję. Poza tym pomogli koledzy. Ci dawni, z liceum, z Jeziorki i obecni ze Sparty Jazgarzew. Zarówno piłkarze, jak i działacze, którzy udostępnili szatnię i boisko. Bardzo pomógł producent wykonawczy, firma Odeon, pomogła gmina Piaseczno, PZPN, Jacek Borusiński mieszkał w hotelu DeSilva w Piasecznie prawie za darmo, firma Colo-Sport zafundowała piłkarskie stroje. Jak wiadomo, produkcja krótkometrażowa jest przedsięwzięciem skromnym finansowo, więc nakręcenie scen piłkarskich z udziałem publiczności i piłkarzy nie udałoby się bez życzliwości wielu ludzi. Gdybyśmy mieli to zrobić po komercyjnych stawkach, to prawdopodobnie cały budżet poszedłby na scenę meczu.

Pięć lat trenowania się przydało...

Przyzwoitość, przyjaźń ciężko przeliczyć na pieniądze. Mieszkałem tam przez 11 lat i pozostałem ze wszystkimi chyba w nie najgorszych relacjach… Kiedy na potrzeby filmu kręciłem widownię na prawdziwym meczu i prosiłem widzów o zgodę na udział w filmie wiele osób mówiło mi: Panie Tomku my pana znamy, pamiętamy i pomożemy. Prezes Sparty Witek Faliszewski przedstawił mnie obecnym zawodnikom jako byłego trenera i poprosił ich o pomoc. Wszyscy się zgodzili. A gdy zadzwoniłem do moich kolegów z byłego klubu, z Jeziorki, wszyscy przyjechali na zdjęcia na 8.00 rano w dzień powszedni - mimo, że musieli z tego tytułu brać urlop w pracy. Zachowali się fantastycznie. I to ma swoją wartość. To jest team.

Jak w tym teamie znalazłeś miejsce dla Jacka Borusińskiego? Okazuje się, że choć wszyscy znają go jako aktora kabaretu Mumio, to świetnie sprawdził się w roli dramatycznej.

Jacek jest wybitnym aktorem. Uważam, że jego dokonania w Mumio są na poziomie światowym. Niektórzy porównują go do Bogusława Kobieli, ja z kolei widzę w Jacku coś z Charliego Chaplina, który potrafi połączyć komizm z melancholią, wzruszeniem. Znamy się z Jackiem dosyć długo i zawsze chciałem zobaczyć go w roli poważniejszej niż te, które grywał. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że ten komizm Jacka gdzieś w moim filmie wyjdzie i bardzo się z tego cieszę, bo nie ma nic gorszego, niż mówienie o przyzwoitości na serio. To byłoby niestrawne.

A jak u niego z umiejętnościami piłkarskimi?

Umiejętności ma, choć oczywiście nie na poziomie profesjonalnym. Nie wszyscy wiedzą, ale na poziomie 3 ligi trzeba trenować praktycznie codziennie. W filmie widać, że Jacek ma uderzenie, podanie, że to nie jest ktoś, kto nie miał do czynienia z piłką. Ale bohater, którego gra to też nie jest zawodnik-gladiator o „żelaznych płucach”, który musi ganiać po boisku od linii do linii. Raczej taki lis pola karnego, który jednym dotknięciem piłki potrafił przechylić szalę zwycięstwa. Dlatego ma to sens, że po latach przychodzą do niego chłopaki z prośbą, żeby jeszcze raz z nimi zagrał.

W pracy z Jackiem trzymaliście się sztywno scenariusza, czy też pozwalaliście sobie na improwizację?

Większość zadań wynikała ze scenariusza, choć oczywiście ja, jako były jazzman próbowałem również improwizowanych rozwiązań. Niektóre sceny nabrały charakteru dzięki aktorom, na przykład ta, z której się ludzie najczęściej śmieją, kiedy Jacek Borusiński rozmawia z filmową Żoną o naprawieniu kranu. Ta scena w scenariuszu nie wydawała się aż tak zabawna. To, że taka się stała, wyniknęło z jednego gestu Jacka, z jednego, szybkiego spojrzenia. To był jeden dubel po którym wszyscy na planie, włącznie z Jackiem się roześmieli. Coś się zdarzyło. Podobnie jest na spektaklach Mumio. Teksty pozornie są o niczym, ale to w jaki sposób są mówione, albo gdzie pojawiają się pauzy, ma większe znaczenie niż słowa, niż puenta. Czasem wtrącone bez sensu słowo, a czasem martwa cisza, powodują śmiech. Aż niezręcznie o tym pisać i próbować to nazywać, bo właśnie nieuchwytność tego czegoś jest największą siłą Mumio… Wracając do improwizacji, poprosiłem Jacka, by spróbował w jednej scenie „rozbroić” obrażoną Żonę. A do Martyny Żyźniewskiej-Budrewicz, filmowej Żony była uwaga: a Ty się tak za łatwo nie daj. Włączyliśmy kamerę i wyszło z tego parę śmiesznych scen. Jedną z nich włączyliśmy do filmu.


Jacek Borusiński i Oliwier Kozłowski w "Barażu", fot. Studio Munka

W branży filmowej funkcjonuje takie powiedzenie, że najtrudniej pracuje się z dziećmi i zwierzętami. Tobie udało się znaleźć dla Jacka świetnego dziecięcego partnera i znakomicie poprowadzić ich relację.

Ciężko jest wymagać od dziecka, żeby zagrało coś, czego nie przeżyło i nie zna. Oliwiera Kozłowskiego znaleźliśmy na szczęście bardzo szybko. Gdybym nie znalazł tak zdolnego chłopaka to bym tego filmu po prostu nie robił. Zderzenie Jacka Borusińskiego z Oliwierem, zresztą dostali ostatnio RAZEM nagrodę aktorską na Łotwie, to był impuls, który pchnął mnie do zrobienia tego filmu. Długo zastanawiałem się czy robić film, czy nie, aż kiedyś obejrzałem nakręconą przeze mnie w Szkole Wajdy scenę próbną z nimi właśnie… Zobaczyłem jak na siebie patrzą, jak rozmawiają, jacy są razem fajni i pomyślałem: cholera, scena to za mało, prawie nikt tego nie ogląda. Jak nie zrobię tego filmu, to ich razem po prostu nie będzie. Ogromnie się cieszę, że są i że jestem z nimi związany tym filmem już do końca świata. I w ogóle z całą ekipą- jest drużyna!

Pracując nad „Barażem” miałeś jakieś filmowe inspiracje?

Przygotowując się do „Barażu” oglądaliśmy z operatorem Rafałem Leszczyńskim jeden z moich ulubionych filmów czyli „Amatora” Krzysztofa Kieślowskiego. Zależało mi na tym, by w podobny sposób połączyć wymyśloną historię z dokumentalnym stylem opowiadania. Poza tym starałem się podobnie konstruować obsadę - chciałem korzystać z talentu aktorów mniej znanych i osób bez wykształcenia aktorskiego, co pomaga w „dokumentalnym” odbiorze filmu . Oczywiście nie myślę tu o Jacku Borusińskim w głównej roli - tu może być ktoś znany, bo do tej postaci przyzwyczajamy się na początku filmu, kiedy jeszcze nie jesteśmy osadzeni w silnych emocjach… Starałem się, żeby choć w części osiągnąć ten efekt co w „Amatorze”, gdzie od początku filmu pojawia się pan Jerzy Stuhr, o którym po 2 minutach zapominamy, że jest aktorem, bo gra tak, że jest już dla nas tylko filmowym Filipem Moszem i w konsekwencji… zapominamy, że oglądamy wymyśloną historię: Zostajemy z bohaterem, z jego emocjami, w jego życiu, świecie, w małym miasteczku i nic nas z tego nie wytrąca… Oczywiście jest mnóstwo wybitnych i fantastycznych filmów konstruowanych inaczej, ale dla mnie najbliższe są właśnie takie jak „Amator” Kieślowskiego, którego oglądam regularnie co 2-3 lata.

Jak to jest po pracy na własnym planie powrócić do komponowania?

Kiedy się pracuje w twórczej ekipie, to jest coś zupełnie innego, niż samotna praca kompozytora, który zazwyczaj pojawia się pod sam koniec pracy nad filmem. Zdarza się wręcz czasem, że ekipa na premierze filmu nie wie kim jest ten facet, który z nimi wychodzi na scenę. No ale ja na szczęście po skończeniu „Barażu” robiłem muzykę do najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego, gdzie dodatkowo byłem reżyserem castingu, więc znów byłem na planie z tymi samymi co zawsze bliskimi mi ludźmi… „Pewnego razu w listopadzie" to już czwarty film Andrzeja, który realizuje w gronie tych samych twórców. Jest mocna drużyna!

Przy okazji komponowania muzyki do "Imagine" zaprosiłeś na płytę kilku znakomitych gości m.in. perksusjonistę Davida Kuckhermanna współpracującego z grupą Dead Can Dance. A kogo teraz możemy się spodziewać?

Na flugerhornie zagrał mój przyjaciel, wybitny trębacz Robert Majewski, jest fantastyczny gitarzysta Leszek Matecki. Poza tym sam osobiście w wielkiej pustej hali waliłem prętem w przeróżne blachy i inne żelazne konstrukcje, ale… to już trzeba obejrzeć film i to do samego końca, żeby się przekonać, po co się tak męczyłem.


Tomasz Gąssowski, fot. Andrzej Świetlik

„Baraż” dotyka kwestii bycia fair w piłce nożnej. A co sądzisz o byciu fair w kulturze?

Bycie fair to jest bycie fair. Nie można być trochę uczciwym. Albo jest się uczciwym albo nie, choć oczywiście wiele osób próbuje szukać szarości i balansować gdzieś pomiędzy. W moim filmie Synek mówi: „Strzeliłem bramkę! Ze spalonego, ale strzeliłem”. Chce naciągnąć zasady, żeby urosnąć przed światem, przed ojcem, żeby coś „mieć” czego w „legalny” sposób nie może w tym momencie osiągnąć. Ale jego ojciec ucina krótko: „ze spalonego- czyli nie strzeliłeś”, bo zasady opierają się na nieprzekraczalnych regułach. W kulturze, w życiu, wszędzie tak naprawdę jest podobnie - nie ma stanu pośredniego. Albo nie kradniesz, albo kradniesz.

Korzystasz z kultury w Internecie?

Wolę tradycyjnie media. Muszę mieć pudełko, okładkę - lubię włożyć płytę do odtwarzacza albo pójść do kina. Muzyki nie słucham prawie wcale, czasem coś odtworzę na YouTube. Oczywiście nie ma znaczenia w jaki sposób coś oglądamy czy słuchamy. Ważne jest, żeby to w robić w sposób uczciwy… No dobra, żeby nie było tak słodko przyznam się do czegoś: Kiedy bylem w podstawówce, to w telewizji puścili czeski film pt. „Trup w Każdej Szafie” . Wszyscy w klasie go obejrzeli, a ja zobaczyłem tylko początek, po czym rodzice kazali mi iść spać. Tęsknota pozostała ogromna… I parę lat temu kiedy nigdzie nie mogłem go znaleźć - ani na dvd, ani w sieci z legalnego źródła - znalazłem go na jakimś nielegalnym portalu. Chwilę się łamałem, aż w końcu kliknąłem: „download” i… mój nieprzyzwyczajony do piractwa komputer wyświetlił ”error”. Widać muszę pozostać uczciwy.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski




Do góry!