Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Efektowna jazda i aktorskie zderzenia

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Efektowna jazda i aktorskie zderzenia

Efektowna jazda i aktorskie zderzenia

Lubię, gdy widz dostaje to, co zostało mu obiecane. Jeśli więc film nosi tytuł „Atak paniki”, to grzechem byłoby nie spróbować tej paniki w pewnym sensie wywołać. Zwłaszcza, że kino świetnie nadaje się do takich rzeczy. Wielki ekran zobowiązuje - mówi Paweł Maślona, reżyser i współscenarzysta oryginalnej komedii, którą od 19 stycznia możecie zobaczyć w kinach.


Debiutujesz jako reżyser filmowy. Spełniły się Twoje marzenia?

Tak, skończyłem swój pierwszy, pełnometrażowy film. Zrobiłem wszystko, co mogłem z nim zrobić i jest już gotowy. Teraz oddaję go publiczności.

A ten film to Atak paniki”. Wcześniej zwróciłeś na siebie uwagę jako autor udanych, nagradzanych na festiwalach krótkich filmów. Czujesz, że zrobiłeś duży krok do przodu?

Chyba nie. Czuję raczej, że dopiero zaczynam. Debiut w pełnometrażowej fabule to przecież dopiero początek. Mam nadzieję, że dopiero biorę rozbieg.

Mam jednak wrażenie, że „Atakiem paniki” postawiłeś sobie wysoko poprzeczkę. Film wieloobsadowy, znakomici aktorzy nawet w mniejszych rolach i jeszcze ta wyrafinowana forma! Skąd pomysł na taki scenariusz, w dodatku pisany przez trójkę autorów?

Historia tego scenariusza jest bardzo długa, ale postaram się ją opowiedzieć najkrócej jak się da. Zacząłem nad nim pracę razem z Aleksandrą Pisulą i Bartłomiejem Kotschedoffem. Oni przyszli do mnie z pomysłem na film, który miał być realizowany we Włoszech.

Dodam od razu, że współscenarzyści są także aktorami i zagrali w Twoim filmie.

Tak. A w tej pierwotnej wersji, którą napisaliśmy już ponad trzy lata temu akcja filmu rozgrywała się w Neapolu w czasie kryzysu śmieciowego. I nawet nadaliśmy mu tytuł „Historie śmieciowe”.

A dlaczego Włochy?

Właśnie dlatego, że tam trwał kryzys śmieciowy. Uznaliśmy, że to ciekawy kontekst, a Neapol będzie najlepszym miejscem do tego, żeby zogniskować sprawy, o których przede wszystkim chcieliśmy wtedy opowiadać. Tamten scenariusz musieliśmy jednak odłożyć. Nie byliśmy w stanie zrobić filmu we Włoszech z różnych względów, choćby finansowych i organizacyjnych. Mogliśmy więc w ogóle z niego zrezygnować albo próbować napisać go na nowo uwzględniając polskie realia. I na to się zdecydowaliśmy. Przeniesienie wprost akcji do Polski nie miałoby sensu. W Neapolu trwał kryzys śmieciowy, a kryzys śmieciowy w Warszawie to byłoby już science fiction. W warunkach polskich ta historia wydawałaby się wymyślona, zbyt sztuczna i nienaturalna. Sam rdzeń scenariusza, mam wrażenie, nie zmienił się. Trzeba było jednak cały tekst przetworzyć i nadać mu zupełnie nową formę.



Sądzę, że nawet w punkcie wyjścia tej opowieści to nie śmieci były najważniejsze, ale ludzie i to co dzieje się między nimi. To jak ich światy przenikają się ze sobą. Od początku chcieliście, by była to taka wielowątkowa historia?

Tak, interesowała nas historia wielowątkowa i to było nasze kolejne wyzwanie. Jak już usiedliśmy na nowo do tekstu, stanęliśmy przed zadaniem znalezienia oryginalnego podejścia do tego rodzaju narracji. Chcieliśmy poprowadzić wątki w taki sposób, by były jak najbardziej ciekawe i opowiedziane tak, jak jeszcze sami nie widzieliśmy tego w kinie. A widzieliśmy już sporo. Znamy przecież wielowątkowe filmy Roberta Altmana, Paula Thomasa Andersona, Quentina Tarantino czy jeszcze kilku innych reżyserów. To jest odrębny gatunek. Zawsze bardzo chciałem zrobić taki film.

Specjalistą od tego rodzaju kina był bez wątpienia Robert Altman. Na planie niemal każdego filmu gromadził wielką grupę aktorów. To Cię inspirowało?

Tak, ja zawsze lubiłem takie filmy. Myślałem już o nich w szkole filmowej, ale kręcąc etiudy nie miałem takich możliwości.  Krótkie filmy nie udźwigną tylu bohaterów. Trzeba się skupić na jednej, dwóch osobach, a nie na dziesięciu.

Odnoszę wrażenie, że Twoje ambicje szły jeszcze dalej. Czy chciałeś stworzyć nowy gatunek filmowy, który z angielska można byłoby określić mianem „panic film”?

„Panic film”? Nie, chyba nie... Chociaż tytuł mojego filmu rzeczywiście ma niejedno znaczenie. W końcu znaleźliśmy dla tej historii swoistą formę, mam nadzieję oryginalną. Zależało mi na tym, by ten „atak paniki” nie zawierał się wyłącznie w tytule, ale by stał się również doświadczeniem widza. To jest wpisane w strukturę filmu, w to jak historia rozwija się i doprowadza do finałowej kulminacji. Chciałem, by film odzwierciedlał stan psychiczny moich bohaterów i ich strach. To trochę opowieść o śmierci, o lęku przed śmiercią, o różnego rodzaju lękach, bo one są stale obecne w życiu bohaterów. To jest też bardzo osobisty dla mnie film, bo włożyłem w niego wiele z własnych doświadczeń. I wydaje mi się, że tytuł „Atak paniki” idealnie oddaje jego treść i formę.

Eksperymentujesz również z czasem akcji. Chciałeś przełamać przyzwyczajenia widza?

Interesuje mnie ten mechanizm, pewna próba zmierzenia się z czasem w filmie i dlatego ją podjąłem. To szczególna sytuacja, bo w pewnym momencie dochodzi do rodzaju zaburzenia czasowego. Nie chciałbym jednak za dużo na ten temat mówić i zdradzać szczegóły, które mogą być niespodzianką dla publiczności. Natomiast pozwoliłem sobie na pewną zabawę czasem, żonglowaniem nim, bo to zmienia naszą percepcję. To zjawisko bardzo mnie interesuje i sądzę, że będę chciał jeszcze w przyszłości do niego wrócić. Opowiadać historie, które rozgrywają się w różnych przestrzeniach czasowych.

Tylko wyjaśnijmy, bo to może być mylące, że w „Ataku paniki” nie chodzi o to, że bohaterowie przemieszczają się w czasie. Oglądamy realne sytuacje, a potem jednak okazuje się, że coś działo się trochę wcześniej lub trochę później. 

No tak. Wydaje nam się, że coś wydarza się w danym momencie, a potem okazuje się, że to było na przykład kilka miesięcy temu. Nie są to jednak duże skoki czasowe. To nie są wieki, czy lata. Nie byliśmy aż tak radykalni, ale kto wie, może kiedyś w przyszłości?

Specyficzna forma filmu miała doprowadzić widza do finałowej kulminacji, wywołać w nim efekt paniki, podobny do tego, który doświadczają bohaterowie?

Tak, na pewno rodzaj współodczuwania. Lubię też, gdy widz w kinie dostaje to, co zostało mu obiecane. Jeśli więc film nosi tytuł „Atak paniki”, to grzechem byłoby nie spróbować tej paniki w pewnym sensie wywołać. Zwłaszcza, że kino świetnie nadaje się do takich rzeczy. Perspektywa widza kinowego jest szczególna i chodzi o to, żeby widz dostał coś, czemu kino sprzyja czyli pełną formę filmową, a nie to, co może na przykład zobaczyć w serialu w telewizji. Wielki ekran zobowiązuje.


Aleksandra Pisula, kadr z filmu "Atak paniki"

Do tej pory zdobywałeś doświadczenie kręcąc krótkie filmy. Praktykowałeś jednak również na planach starszych kolegów. Czego nauczyłeś się na przykład od Marcina Wrony, z którym współpracowałeś choćby przy realizacji jego ostatniego filmu „Demon”?

Jeżeli chodzi o reżyserię, to rzeczywiście od Marcina nauczyłem się wiele, ale już wcześniej. Byłem jego asystentem przy filmie „Chrzest”. Podglądałem pracę z aktorami, to jak inscenizuje. A Marcin bardzo dobrze inscenizował, był bardzo sprawnym reżyserem, więc to była niezła szkoła. Miałem też doświadczenia telewizyjne, dla TVN-u robiliśmy serial „Mąż czy nie mąż”. To była komedia obyczajowa, ale przy tej pracy też uczyłem się warsztatu reżyserskiego.

Na plan „Ataku paniki” wchodziłeś więc już bez stresu?

Stres i wątpliwości są zawsze. Myślę, że to się nigdy nie zmieni. To coś, co zawsze towarzyszy mi w pracy. Natomiast ja bardzo lubię plan filmowy, to jest dla mnie najlepszy czas w produkcji filmu. Chyba trochę żyje dla tych planów filmowych. Najpierw jest trema i wątpliwości, ale potem też ogromna adrenalina. I jednak takie przekonanie, że ja wiem, czego chcę. Lubię więc być na planie, chociaż zawsze jest na nim walka z czasem, bo tego czasu jest mało. Szczególnie poczułem to kręcąc właśnie „Atak paniki”, bo w filmie grało tak wielu aktorów. Co kilka dni pojawiał się ktoś nowy i to było tak, jakbyśmy zaczynali film od początku. A gdy zaczynaliśmy nowy wątek, to można było pomyśleć, że kręcimy kolejny, krótki film z inna grupą aktorów. Co prawda oni czasami spotykali się ze sobą, kiedy te wątki łączyły się w różny sposób, ale rzeczywiście wyglądało to trochę tak, jakbyśmy robili kilka krótkich filmów.

W filmie do pewnego momentu różne wątki istnieją odrębnie. Były kręcone chronologicznie, jeden po drugim, czy powstawały w tym samym czasie?

Mieliśmy mało czasu, bo tylko 23 dni zdjęciowe. Ustaliliśmy więc taki plan pracy, że kilka dni kręciliśmy jeden wątek, potem robiliśmy kilka dni przerwy i zabieraliśmy się za kolejny wątek.  Reszta zależała od lokacji, bo gdy powstawały na przykład sceny w domu weselnym, w którym spotykali się bohaterowie kilku wątków, trzeba było nakręcić od razu wszystko w jednym miejscu.

Powiedziałeś, że na planie wiesz czego chcesz. To bardzo ważne, szczególnie dla debiutującego scenarzysty i reżysera. Czy przystępują do realizacji „Ataku paniki” miałeś rozpisaną każdą scenę czy też pozwalałeś sobie i aktorom na pewną dozę improwizacji?

Byliśmy już bardzo dobrze przygotowani do tego filmu, więc raczej wykonywaliśmy wcześniej przyjęty plan. Zresztą nie wiem, czy jest jakiś filmowiec w Polsce, który ma taką swobodę, by przyjechać na plan i dopiero na miejscu zastanawiać się jak coś zrobić. Na szukanie rozwiązań wtedy nie ma już czasu, bo plan jest zawsze napięty. Oczywiście zawsze trzeba się dostosować do warunków panujących na miejscu, więc pewne korekty są konieczne. A gdy zaczynamy z operatorem kadrować, to niezależnie od wcześniej przygotowanej dokumentacji zawsze pojawia się pewna doza improwizacji czy przypadkowości. Są nowe elementy, ale raczej nigdy nie jest to rewolucja w stosunku do naszych zamierzeń. Część rzeczy była improwizowana, ale to było założone. Taką sytuację mieliśmy na przykład w scenach z panną młodą graną przez Julię Wyszyńską. Ta postać była budowana najbardziej na sytuacjach improwizowanych. Julka dostawała tematy, o których miała mówić i przygotowała się sama. Proponowała nam swoje pomysły, zwykle bardzo dobre. Są po prostu rzeczy, których nie da się napisać i wolę, żeby aktor wypowiedział je naturalnie, swoimi słowami.

Wspomniałeś o Julii Wyszyńskiej, ale w obsadzie znalazło się bardzo wielu bardzo znanych i utalentowanych aktorów. Odkrywasz również nowe talenty. Zacznijmy od współautorów scenariusza. Czy Aleksandra Pisula i Bartłomiej Kotschedoff pisali z Tobą scenariusz od razu z intencją, że również zagrają w tym filmie?

Tak, to już było dla mnie jasne od momentu, w którym zaczęliśmy naszą wspólną pracę. Zresztą Olę i Bartka znałem już wcześniej z Krakowa. Ja tam wtedy mieszkałem, a oni kończyli właśnie szkołę teatralną, widziałem ich dyplomy teatralne. Chciałem z nimi pracować, a postaci, które mieli poźniej zagrać były pisane z myślą o nich, tak by pasowały do ich wrażliwości. Mnie było łatwiej to sobie wyobrazić, ale oni z kolei mogli się wcześniej i lepiej przygotować. Mogli też wpływać na to, co było napisane, na ostateczny kształt scenariusza. 

W ten sposób młodzi aktorzy zdobyli szansę na udany ekranowy debiut. Do pracy zaprosiłeś również gwiazdy polskiego kina. Bez problemów?

No tak, mamy w filmie Magdę Popławską, Artura Żmijewskiego, Dorotę Segdę, Grzegorza Damięckiego, Adama Nawojczyka, Annę Romantowską czy Nicolasa Bro z Danii. Tam jest cała plejada aktorów i to był wyjątkowo dobry zestaw. Znowu miałem szczęście, bo do tej pory zawsze mi się udawało mi się zaprosić tych aktorów, na których mi najbardziej zależało. Chodziło też o to, żeby połączyć doświadczenie z młodością. Zawsze jednak dobieram aktora do postaci i tylko to jest dla mnie jakimś wyznacznikiem. Dotyczyło to tak samo Artura Żmijewskiego czy Magdy Popławskiej, jak Oli i Bartka oraz innych debiutantów, którzy także pojawiają się w filmie. No i to było świetne, bo mogłem zderzyć ze sobą bardzo doświadczonych aktorów,  którzy już całe lata spędzili przed kamerą i na scenie z grupą młodych ludzi pełnych nowej energii, którzy dopiero zaczynają.  To była naprawdę bardzo fajna energetyczna jazda!


Magdalena Popławska, kadr z filmu "Atak paniki"

Oglądając „Atak paniki” myślałem też o kilku filmach, które widzieliśmy w ostatnich latach. Nie wiem, czy Ci się to spodoba, ale miałem skojarzenia z jednej strony z argentyńskim filmem „Dzikie historie” zrealizowanym przez Damiana Szifrona i  wyprodukowanym przez Pedro Almodovara, a z drugiej strony, z naszego podwórka, z filmem Jerzego Skolimowskiego „11 minut”. Każdy z nich jest oczywiście zupełnie inny, ale wszystkie łączy duża liczba wątków i bohaterów. Podoba Ci się takie zestawienie, czy raczej zaprotestujesz?

Z porównaniami zawsze jest ciężko i chyba nikt tego nie lubi. Nie znaczy to, że ujmuję coś wspomnianym filmom. Wręcz przeciwnie, „Dzikie historie” na przykład bardzo lubię. Mogę Cię jednak zapewnić, że żaden z tych filmów nie był dla mnie punktem odniesienia w trakcie pracy nad „Atakiem paniki”.

Może moje skojarzenie wzięło się też z tego, że część akcji Twojego filmu także rozgrywa się w samolocie?

To możliwe, bo rzeczywiście również mamy samolot. Mamy też wesele więc podobne obiekty zdjęciowe. A to może przywoływać określone filmowe wspomnienia i naturalnie pojawia się jakieś echo tego, co widzieliśmy już wcześniej. Jednak to są zupełnie inne filmy. „Dzikie historie” to zbiór kilka etiud opowiadanych jedna po drugiej, a „Atak paniki” prezentuje jeden świat, zamknięty w spójnej formie. Pewnie więc bliżej mi, jeśli już, do „11 minut” Jerzego Skolimowskiego. I chociaż to wciąż zupełnie inne filmy, rzeczywiście mają zbliżoną formę, pewną strukturę narracyjną i szczególną finałową kulminację. Ja chciałem zrobić film wielowątkowy. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że wiele takich filmów powstało już wcześniej. Tak samo jak powstawały już filmy jednowątkowe z jednym czy dwoma bohaterami.

Tak jak wspomniane już wcześniej wielowątkowe filmy Roberta Altmana.

Właśnie. I odnoszę wrażenie, że teraz nikt już nie porównuje tego rodzaju kina do twórczości Altmana. Może dlatego, że on już dawno nie zrobił filmu, już nie żyje. Teraz odnosimy się więc w pierwszej kolejności do tego, co nowe, co znamy z nieodległej przeszłości. Takie jest prawo każdego widza, może porównywać mój film z tym, co już zna, co widział w kinie. Te porównania mnie nie bolą, bo nie mówimy przecież o złych filmach, więc jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza. Natomiast w pierwszej chwili, przyznaję, trochę irytuje.

Pewnie wynika to z tego, że każdy twórca chciałby być oryginalny i mieć swój charakterystyczny język filmowy. Nie odmawiam ci tego, bo uważam, że „Atak paniki” jest filmem bardzo oryginalnym.

Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że nie będziesz w tej opinii odosobniony.

Zadebiutowałeś pełnometrażową fabułą i wkrótce Twój film trafi do kin. Nie obawiasz się teraz, że może zostać nielegalnie skopiowany do sieci, że będą naruszane Twoje prawa autorskie?

Prawdę mówiąc byłem tak bardzo skupiony na produkcji mojego filmu, że nie miałem nawet czasu zastanowić się nad tym...

A może powinieneś?

Nie wiem, mam wrażenie, że mam wystarczająco dużo innych zmartwień. Rozumiem jednak, dlaczego o to pytasz. Na pewno nie jest to miła sytuacja dla nikogo, kto pracuje w branży filmowej. Nikt nie może być zadowolony z faktu, że jesteśmy okradani z części pieniędzy. A film, który widzowie mogliby komfortowo zobaczyć w kinie, z zachowaniem wszelkich jego walorów widocznych właśnie na dużym ekranie, jest oglądany, w dodatku nielegalnie, na przykład na komputerze. A ja bardzo bym chciał, żeby „Atak paniki” publiczność zobaczyła w kinie, na wielkim ekranie.

Wtedy też będziesz miał gwarancję, że pokaz odbywa się legalnie.

Co jest bardzo ważne. Nie mogę jednak zbyt wiele o tym myśleć w tej chwili. Tyle było rzeczy, którymi zaprzątałem sobie głowę przy produkcji, że nie chcę przyciągać kolejnych. Przed nami jeszcze oficjalna kinowa premiera filmu. A ja już poważnie pracuję nad kolejnymi scenariuszami.


Bartłomiej Kotschedoff, kadr z filmu "Ataku paniki"

No właśnie, sam również piszesz, jesteś współautorem scenariusza „Ataku paniki”, masz więc swoje prawa autorskie. Powinno więc Ci zależeć na tym, żeby były chronione. Chyba nie jest Ci to obojętne?

Ja nie mówię, że jest mi to obojętne. Raczej staram się za bardzo nie martwić rzeczami, na które tak do końca nie mam wpływu. Nawet jeśli powiem, że to jest złe, to i tak to niczego nie zmieni.

A może jednak zmieni?

Mówiąc szczerze, nie bardzo w to wierzę.

Jeśli wiele osób powtórzy tego rodzaju opinię, wielu reżyserów, scenarzystów, aktorów, to może siła tego przekazu wzrośnie?

Pewnie tak. Ja całkowicie popieram korzystanie z legalnych źródeł. Sam niestety muszę przyznać się do tego, że zdarzało mi się ściągnąć pewne rzeczy z internetu. Głównie dlatego, że nie miałem do nich legalnego dostępu w Polsce.

Masz na myśli filmy?

Tak, filmy. Jest dużo filmów z całego świata, które w Polsce nigdy nie trafiły do dystrybucji  albo było to już tak dawno, że nie można do nich teraz dotrzeć.

Czy to znaczy, że masz tak wyrafinowane gusta albo potrzeby?

Może bardziej potrzeby. Lubię grzebać w całym filmowym dorobku, szukać czegoś dla siebie, a to nie jest proste. Na co dzień nie mam dostępu do wszystkiego, co chciałbym obejrzeć. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy...

Może jednak spróbujmy?  Powiedz, do czego nie masz dostępu. Może ja Ci ten dostęp ułatwię?

Jakbyś załatwił mi na przykład koreańskie kino, thrillery koreańskie... Jeśli załatwisz mi legalny dostęp do tych filmów, to będę Ci bardzo wdzięczny.

Nie ma żadnego problemu! Służę kontaktem do dziewczyny z Korei mieszkającej we Wrocławiu i zajmującej się w Polsce kinem koreańskim. Na pewno będzie w stanie Ci pomóc.

O! To super! Bardzo chętnie skorzystam.

Sam więc widzisz, na wszystko znajdzie się sposób!

Obawiam się, że ona też je ściągnie i przekaże mi je na pendrive.

Na pewno się mylisz. Zależy jej na popularyzacji kultury swojego kraju i na pewno w legalny sposób. Ma wiele kontaktów w środowisku filmowym w Korei, zdecydowanie więcej niż my. A poza tym też łatwość porozumienia. I to jest dowód na to, że można sobie radzić nawet w trudnych sytuacjach. Podobnie, jak musi to nie raz robić reżyser na planie filmowym.

Dobrze, dobrze. Przekonałeś mnie. Poproszę o ten kontakt. I chyba już nawet wiem, kogo miałeś na myśli...

No widzisz! Jakie masz oczekiwania oddając widzom swój debiutancki film?

To dosyć niezręczne, wstydliwe o tym mówić. Bez względu na to, co kto na ten temat wypowiada publicznie, na pewno każdy ma jakieś oczekiwania.

Chciałbyś być bardziej doceniony przez publiczność czy przez profesjonalistów, jurorów festiwali?

Mimo tego, że twórcy zwykle mówią, że najbardziej cieszy ich nagroda publiczności, to ja tak całkiem temu nie dowierzam. Zawsze cieszą nas nagrody od zawodowców. Ja chcę dla mojego filmu jak najlepiej, to jest moje dziecko, spełnienie mojego marzenia z dzieciństwa. Długo pracowałem nad nim i bardzo mi na nim zależało i dałem z siebie naprawdę wszystko. Teraz mogę powiedzieć, że jestem z tego filmu dumny i bardzo chcę go pokazać. A jak zostanie przyjęty, czy zostanie zauważony czy pominięty, to są rzeczy, na które nie mam już wpływu. Wstydzę się mówić o swoich oczekiwaniach, ale każdy ma swoje piękne wyobrażenia. Dla mnie to trochę żenujące, więc raczej nie namówisz mnie za to, by mówić o tym publicznie. Przecież nie mogę powiedzieć, co by mi się naprawdę marzyło.

Dlaczego? Możesz przecież powiedzieć, że oczekujesz głównych nagród na festiwalach.

Tego właśnie nie mogę powiedzieć. Dziwnie będę się czuł mówiąc coś takiego. Byłoby jednak wspaniale, gdyby film został doceniony!

Powiedziałeś, że spełniłeś swoje marzenie z dzieciństwa. A jakie masz teraz marzenia, już w całkiem dorosłym życiu?

Tych marzeń jest kilka, interesuje mnie parę rzeczy naraz. Jeśli chodzi o moje marzenia filmowe, staram się kilka projektów rozwijać równolegle. Nigdy przecież nie wiadomo, który z nich uda się sfinansować jako pierwszy.  Pracujemy na przykład z producentem Janem Kwiecińskim nad adaptacją „Lubiewa” Michała Witkowskiego. Bardzo chciałbym zrobić ten film. Nie ukrywam też, że ciągnie mnie do kina gatunkowego.

Jaki gatunek filmowy interesuje Cię najbardziej?

Chciałbym zrobić kino zemsty.

Teraz rozumiem stąd Twoje zainteresowanie koreańskim thrillerami i filmami kryminalnymi.

No tak, bo ja uwielbiam kino zemsty, a Koreańczycy fantastycznie zaistnieli właśnie w tym gatunku. Marzy mi się zrobienie takiego mocnego, emocjonującego thrillera.

Ciekaw jestem czy ta wendeta ma będzie wykonana męską czy kobiecą ręką?

Na razie jest to męska ręka, ale scenariusz jest jeszcze na wstępnym etapie pisania, więc wszystko może się wydarzyć. W jednej z wersji wendety dokonuje rodzeństwo, brat i siostra, ale zobaczymy, jeszcze nie wiem.


Dorota Segda i Artur Żmijewski, kadr z filmu "Atak paniki"

A jeśli chodzi o bardziej odległe plany. Masz filmowe marzenie życia dotyczące tematu, postaci?

Jeśli już pytasz o takie dalekosiężne plany, to owszem, jest temat, który wciąż za mną chodzi i wciąż wraca. To historia Heleny Modrzejewskiej, ta amerykańska. Modrzejewska, jak wiemy, wyjechała do Stanów Zjednoczonych na początku XX wieku. Susan Sontag napisała o tym świetną książkę. Po jej przeczytaniu pomyślałem, że to jest dopiero historia na film! To byłby piękny do wykreowania na ekranie czas przed 1920 rokiem. Helena Modrzejewska wraz z grupą przyjaciół popłynęła statkiem do Ameryki. Chcieli osiedlić się gdzieś na zachodzie i założyć swoją komunę. To był czas rozmaitych utopii, które ludzie próbowali wcielać w życie z różnym skutkiem. Ona po pewnym czasie stwierdziła, że to jednak idea nie dla niej i skupiła się na rozwijaniu swojej kariery aktorskiej w Stanach. To jest niesamowita historia. Na razie nie zagłębiam się w nią, bo pracuję nad innymi scenariuszami.

Pytałem o marzenia. I życzę Ci spełnienia również tego!

Mam nadzieję, że przyjdzie i na to czas. Jednak takich historii, które mnie bardzo interesują jest więcej. Na przykład z czasów powstania styczniowego. Nie chodzi mi jednak o wielką historię, bardziej o ludzi. Raczej skala mikro niż makro.

Wolałbyś skupić się na losach konkretnych bohaterów?

Tak, zdecydowanie. I nawet chciałbym to zrobić trochę w westernowej konwencji. Podobnie jak do historycznych tematów podchodził Quentin Tarantino. Chciałbym wykorzystać nasze warunki, nasze plenery do tego, żeby opowiedzieć historię, która jest zamknięta w czasie i przestrzeni. Wtedy w moim mniemaniu można to zrobić dobrze. Skala makro w naszych warunkach byłaby raczej skazana na niepowodzenie. A jeśli nawet nie, to zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo trudno jest u nas zrobić duży historyczny film. Nigdy nie będzie dość pieniędzy na to, żeby zrobić to z takim rozmachem, z jakim robią to Amerykanie. Lepiej więc zamknąć taką opowieść w bardziej kameralnej, intymnej formie, w określonej przestrzeni.

Rozmawiał: Ryszard Jaźwiński

zdjęcia: H. Komerski, Akson Studio/Akson Dystrybucja



Do góry!