Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Wena nie wybiera momentu

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Wena nie wybiera momentu

Wena nie wybiera momentu

Wena przychodzi nagle, w dziwnych sytuacjach. Zdarzyło się, że podczas pisania jednego z utworów wjechałam autem pod prąd. Wena nie wybiera momentu i pochłania mnie całkowicie – mówi Sarsa, niepowtarzalna wokalistka, która w krótkim czasie zdobyła ogromną popularność. Właśnie zaprezentowała nowy klip „Motyle i ćmy”.


Aktualnie mieszkasz w Gdyni, ale pochodzisz ze Słupska. Tam zaczęła się twoja przygoda z muzyką?

Faktycznie Słupsk jest moim miastem rodzinnym i chociaż już tam od dawna nie mieszkam, to z wielkim sentymentem tam wracam. „Przerobiłam” chyba wszystkie miejscowe domy kultury, a w dzieciństwie również szkołę muzyczną i ognisko. To w tym mieście grałam pierwsze koncerty klubowe. Na etapie szkoły gimnazjalnej założyłam pierwszy zespół, z którym graliśmy własne numery. Małymi krokami rozwijałam swoja pasję i pokazywałam się na wokalnych konkursach lokalnych i ogólnopolskich. Również w Słupsku z zespołem Fluktua grałam pierwszy raz na juwenaliach i w rodzinnym mieście powstał mój autorski projekt muzyczny SarsaParilla.

Jaką, na podstawie swoich doświadczeń, możesz doradzić drogę do muzycznej kariery początkującym artystom? W jednym z wywiadów powiedziałaś, że „największym problemem młodych artystów jest ich brak pomysłu na siebie”. To było również widać w telewizyjnych show muzycznych, w których występowałaś - młodzi artyści nie potrafią zaskoczyć oryginalnością?

To nie jest kwestia umiejętności zaskoczenia tylko bycia zaskakującym, interesującym lub nie. Śpiewać, oczywiście każdy może, ale scena jest ciasna i by na niej zabłysnąć,  trzeba czymś chwycić publiczność za serce. I cała uczciwość tego zjawiska polega na tym, że tego  „czegoś” nie da się wyuczyć. Można to mieć i z siebie wydobyć lub nie.




Przechodząc stricte do twoich nagrań, jak to się stało, że nagrywając album „Pióropusze” wylądowałaś w londyńskim Tileyard Studio?

To dla mnie też wyróżnienie i komplement, że mogę współpracować z producentami właśnie w Tileyard Studio w Londynie. Lubię eksperymentować i poznawać ludzi. To bardzo inspirujące i pozwala tworzyć nową, świeżą jakość. Każdy producent muzyczny jest inny, ma inny system pracy, wrażliwość. Chciałam zobaczyć jak pracują producenci, którzy współpracują ze światowymi gwiazdami.

Śpiewasz po angielski i po polsku. Języki mają dla ciebie jakieś zasadnicze różnice w myśleniu o muzyce, wykonywaniu?

Tak. Język polski jest dużo trudniejszy i potrafi zepsuć swoim brzmieniem płynącą melodie. Ale lubię śpiewać po polsku. Zawsze traktuję to jak wyzwanie rzemieślniczo-artystyczne. Zdaję sobie sprawę, że w tym języku mogę głębiej poruszyć wrażliwość moich odbiorców.

Piszesz sporo dla innych. Jak wygląda u ciebie ten podział: w tygodniu piszę dla siebie, a w weekendy dla kogoś innego? Jak rozgraniczasz takie pisanie i czy łatwiej ci pisać „pod siebie”?

Nie mam schematu pracy. To się dzieje spontanicznie. Lubię przeplatać tworzenie dla siebie z pisaniem dla innych, co sprawia, że mój umysł wciąż jest świeży i nieznudzony.

Masz jakiś rytuał związany z pisaniem, komponowaniem: świeczki, jakiś napar do picia, czy dzieje się to w bardzo różnych okolicznościach i czasami zapisujesz pomysły jak Umberto Eco na pudełku od zapałek?

Wena przychodzi nagle w dziwnych sytuacjach, dlatego zawsze mam pod ręką dyktafon. Zdarzyło się, że podczas pisania jednego z utworów na płytę „Pióropusze” wjechałam autem pod prąd. Wena nie wybiera momentu i pochłania mnie całkowicie.

Jest coś, o czym nie zaśpiewasz, gdzie stawiasz sobie granice w muzyce?

Nie. Muzykowanie i pisanie tekstów to forma terapii. O wszystkim mogę śpiewać, ale każda treść ma swój moment. Dlatego, na niektóre wyznania muzyczne moi fani muszą jeszcze poczekać.

W jednej z piosenek śpiewasz „23 takie lata, że to co mi lata, to mi lata”. Wobec tego co ci dzisiaj „lata”? Co jesteś sobie w stanie odpuścić, co cię nie wyprowadzi z równowagi?

Hmmm.. niestety z wiekiem mniej rzeczy mi lata. Chyba wciąż więcej od siebie wymagam, bo czuję że z rosnącą popularnością rośnie we mnie poczucie odpowiedzialności. Odpowiedzialności za wypowiedziane słowa, postawy...w końcu coraz szersze grono młodych ludzi może się wzorować na mojej drodze rozwoju, na moich schematach postępowania, postaw wobec innych. Oczywiście każda skrajność jest zła i czasami trzeba wyluzować, żeby nie zwariować. W końcu błędów nie popełniają tylko ci, którzy nic nie robią. Staram się więc wybaczać sobie potknięcia i wyciągać z nich wnioski.



Jak trafiłaś do „Volty” i w jakim stopniu i jakie polskie kino jest ci bliskie?

Pan Machulski szukał kobiety, która napisze charakterny utwór do jego historii o równie charakternych kobietach wywijających wolty facetom. Zaproponowałam jeden z utworów, który napisałam na mój drugi album „Pióropusze” i udało się. Okazało się, że muzyka i słowa dobrze się „zgryzają” z filmem. Zresztą utwór do „Volty” to nie są jedyne moje działania w filmowym obszarze. Miałam przyjemność napisać muzykę do etiudy filmowej w reżyserii Piotra Biedronia „PM 2.5” z Pawłem Delągiem w roli głównej. Już sam fakt, że mogłam muzyką potęgować odbiór filmu był dla mnie mega wyzwaniem i wyróżnieniem. Natomiast radość całej ekipy pracującej przy tym projekcie została spotęgowana naszymi licznymi sukcesami i nagrodami na międzynarodowych festiwalach filmowych - w tym nagrodą za najlepszy soundtrack na Barcelona Planet Film Festival. Mam wrażenie, że ten 2017 rok to był rok nowego wyzwania dla mnie, mierzenia się z pisaniem muzyki do filmu oraz muzyki promującej film. Chciałabym rozwijać się w tej materii i pójść krok dalej. Może w przyszłym roku uda się zrobić soundtrack do całej produkcji filmowej.

Sporo koncertujesz. Pamiętasz jakiś swój najbardziej zaskakujący koncert, może taki, który wymknął się spod kontroli, podczas którego wyjątkowo zaskoczyła cię publika albo muzycy?

Pamiętam jak raz wysiadł całkowicie prąd i momentalnie wielka scena pochłonięta została przez ciemność i kompletną ciszę. Wtedy spontanicznie wskoczyłam na głośnik by być jeszcze bliżej tłumu i zaintonowałam utwór „Bronię się”. Okazało się, że nie potrzebne nam są światła ani nagłośnienie, bo to było wykonanie na największej petardzie. Oczywiście przy udziale wspaniałej publiczności. W tej ciszy i ciemności pojawiła się niezwykła bliskość i jeszcze większa radość wynikająca ze współodczuwania i współtworzenia tego momentu.

Jak z twojego punktu widzenia zmienia się problem piractwa na przestrzeni lat? W jaką idziemy stronę? Co powinniśmy zmienić, co jest wciąż bolączką naszego, czy może światowego rynku muzycznego?

Polska, niestety, wciąż pozostaje w tyle jeżeli chodzi o świadomość, jaką krzywdę wyrządzamy artyście korzystając z nielegalnych źródeł jego twórczości. Mam wrażenie, że to nie jest kwestia tego, że społeczeństwa nie stać na dostęp do kultury, ani że ktoś komuś chce zrobić na złość lub celowo skrzywdzić… to zwyczajnie brak tej świadomości jak dla nas artystów to działa. To również brak świadomości, że nasza twórczość i działania artystyczne, oczywiście są naszą wielką pasją, ale to też nasza praca. Będąc również nauczycielem muzyki obserwowałam stosunek dzieci i młodzieży do piractwa i bardzo przykre jest to, że od wczesnych etapów edukacji podstawa programowa nie wdraża konstruktywnych programów budujących świadomość odbiorców muzyki. Możemy po prostu zwracać się do naszych fanów i tłumaczyć, że nasze istnienie na rynku jest zależne od nich. Ja wierze w moich fanów. Mam to szczęście, że pozwalają mi trwać i konsekwentnie towarzyszą mi w drodze twórczej. Tego życzę każdemu artyście.

Rozmawiał Wojciech Przylipiak



Do góry!