Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Szukam autentyczności

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Szukam autentyczności

Szukam autentyczności

Dopiero przekroczył trzydziestkę, a już od 22 lat gra w filmach. Ma znakomitą pamięć, która przydaje się w dalekich i czasem niebezpiecznych wyprawach. Ostatnio częściej można zobaczyć go w teatrze, niż spotkać na planie filmowym. Aktorstwo nie przeszkadza mu jednak w planowaniu kolejnej, długiej podróży. Tym razem dookoła świata...

 

W Legalnej Kulturze - Mateusz Damięcki.

 

Ciągle lubisz przemieszczać się w określonych kierunkach - Los Angeles, Moskwa - czy teraz preferujesz już podróże po całym świecie?

W tym roku nie byłem jeszcze w Stanach Zjednoczonych, ale w Rosji już dwukrotnie. Czy ciągnie mnie do jeżdżenia po świecie? Tak, cały czas o tym myślę i w planach mam kolejną podróż. Po syberyjskiej wyprawie samochodowej tym razem chcę się udać w podróż dookoła świata.

 

Okazuje się, że oczywistej pasji aktorskiej towarzyszy Ci pasja - nie wiem, czy to dobre określenie - podróżnicza. Szukasz intensywnych przeżyć w odległych zakątkach świata?

Szukam czegoś autentycznego. Od ponad 22 lat zajmuję się aktorstwem, realizuję scenariusze i wypowiadam słowa, które napisał ktoś inny. Gram postaci, które niosą w sobie kompilację różnych ludzkich doświadczeń. A wyprawa… To jest żywioł. Nie napiszesz jej scenariusza - po prostu jedziesz. Nie masz wyjścia, musisz improwizować, podejmować decyzje tu i teraz. Poza tym podróżowanie to poznawanie innych kultur, ludzi. Czerpię z ich autentyczności. Tam nikt nie gra, nikt niczego nie udaje. To są po prostu poznane po drodze przypadkowe osoby, dzięki którym wzbogacasz samego siebie. Jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało, jest bardzo prawdziwe. To jest ta autentyczność, której na co dzień nie ma zbyt wiele w pracy zawodowej aktora, przed kamerą lub w teatrze.

 

W podróży mogą zdarzyć się różne sytuacje. Nie wszystkie spotkania bywają miłe lub bezpieczne. Czy zdarzyło się, że w takich momentach wykorzystywałeś swoje wykształcenie i doświadczenie aktorskie?

Zdarzyło się, choćby podczas mojej - największej do tej pory - podróży do Rosji, do Magadanu i z powrotem. W tym wypadku chodziło nie tyle o zdolności aktorskie, ile pamięciowe. Grałem kiedyś w filmie rosyjskim i musiałem opanować fragmenty prozy Puszkina. Raz kiedy było już naprawdę źle i napotkany człowiek patrzył na nas wilkiem, w miarę dobrą ruszczyzną zacząłem deklamować oryginalny tekst. Rosjanin był totalnie zaskoczony, bo nigdy w życiu nie słyszał, żeby Polak znał i recytował Puszkina. I tak doszliśmy do porozumieniaJ. Zazwyczaj jednak na wyjazdach staram się nie uciekać do grania.

 

Skoro wspomniałeś o swoich rosyjskich doświadczeniach, to trzeba przypomnieć, że było ich, również tych aktorskich, znacznie więcej. Twoje zainteresowanie naszymi wschodnimi sąsiadami, także w sztuce, wciąż jest żywe?

Tak. Od siedemnastego roku życia jestem bardzo mocno związany z Rosją. Jeżdżę tam zawsze, kiedy tylko nadarza się sposobność. A tych na szczęście nie brakuje. Robię wszystko, aby pojawiać się na każdym festiwalu, gdzie jest pokazywany film z moim udziałem. To okazja, aby porozmawiać z ludźmi, dowiedzieć się, co sądzą o filmie i mojej pracy. Tam jest zupełnie inna publiczność, widzowie mają inne wymagania i wrażliwość. Szczególnie ważny jest dla nich etos zawodu aktora, sztuki filmowej i teatralnej. Nie bez znaczenia są lata treningu publiczności na bardzo specyficznym polu, jakim było kino radzieckie. Ogląd tego, co widzieli, ich opinie są dla mnie bardzo ciekawe i przydatne w pracy nad kolejnymi projektami. Byłem na przykład na festiwalu filmowym w Monczegorsku -  bardzo daleko na północy, koło Murmańska. Pojechałem tam z filmem „Kochaj i tańcz” - widzowie dostali więc kawałek „popowej” kultury, bo tak można sklasyfikować ten film.

 

I w dodatku w stylu trochę amerykańskim...

Gdy zaczęli mówić o mojej postaci, o tym, jak głęboko przeżyli ten film, głównie wątek miłosny, zrozumiałem, że taniec i cała popowa otoczka tego filmu były dla nich w zasadzie nieważne. Byłem tym mocno zaskoczony. Spotkania z rosyjską publicznością są naprawdę bezcenne. Obserwowanie reakcji publiczności różnych krajów na ten sam film, jest dla mnie zawsze ciekawe, niezależnie czy w nim gram czy nie.

 

Z rosyjskimi widzami spotykałeś się wielokrotnie i nie tylko przy okazji prezentacji polskiego kina. Grałeś przecież w rosyjskich filmach duże i ważne role.

- To prawda. Jedną z pierwszych takich ról zaproponowano mi, kiedy miałem 17 lat. To była „Córka kapitana” - adaptacja dwóch opowiadań Aleksandra Puszkina. Zagrałem Piotra Grinjowa, oficera armii carskiej w służbie Katarzyny II, sztandarową postać rosyjskiej literatury. To było trochę tak, jakby Rosjanin zagrał Pana Tadeusza. Ten film przyniósł mi wiele cennych doświadczeń, w zasadzie mnie ukształtował. Nie tylko jako aktora - choć było to dla mnie oczywiście fantastyczne i niezapomniane przeżycie, ale też jako człowieka. Miałem 17 lat, serce otwarte, a tu stawiają mnie nagle na stepie rosyjskim, minus 40 stopni, wokół śnieg i nieskończona Syberia. Dzięki takim ekstremalnym, skrajnym doświadczeniom człowiek się zmienia i ja akurat Rosji za to bardzo dziękuję.

 

I dlatego lubisz tam wracać?

Myślę, że tak. Mam wielki sentyment do Rosji.

 

Potem zdobywałeś kolejne doświadczenia filmowe za naszą wschodnią granicą. Również związane z Ukrainą?

Tak, zagrałem w filmie „Głód” (pierwotny tytuł „33”), który opowiada o bardzo ciężkim okresie w historii Ukrainy - latach wielkiego głodu, kiedy Stalin zakazał pomocy ludności cywilnej. Zastosował takie embargo, żeby ukrócić bunt na Ukrainie. Latami miliony ludzi umierały z głodu. Ten wciąż mało znany, celowo niezbyt nagłaśniany rozdział w historii Ukrainy. To, co stało się w latach trzydziestych na tamtych terenach, powinno być zapamiętane. Dlatego reżyserka filmu Marika Krajniewska, która jest również autorką scenariusza, postanowiła zrobić o tym obraz, który zainteresuje publiczność. Film jest aktualnie w post produkcji.

 

A Ty nie odczuwasz głodu polskiego kina? Właściwie w ostatnim czasie nie masz znaczących ról w polskich filmach.

Naturalnie, ale w dzisiejszych czasach to nie jest proste, szczególnie w Polsce, bo tu nie kręci się wielu filmów. Czasem trzeba poczekać. Jednocześnie dawać o sobie znać, być bardzo dynamicznym, aktywnym i umieć się wstrzelić. Wciąż pracować nad tym, żeby być zauważonym.

 

Dlatego realizujesz się w tej chwili przede wszystkim w teatrze?

Zdecydowanie tak. Od dwóch lat bardzo dużo jeżdżę ze spektaklami po kraju i przynosi mi to ogromną satysfakcję. Za każdym razem jest inna publiczność, inny odbiór. Dzięki temu mam możliwość ciągłego ulepszania swojej roli. Mając dobry materiał, a do tego zgrany, pełen energii i pomysłów zespół udaje się organizować bardzo ciekawe projekty. Teatr impresaryjny jest w Polsce coraz bardziej popularny. To zresztą powrót do korzeni. Dzisiejszy teatr wywodzi się przecież z teatru objazdowego. To jest koncept, aby zainteresować sztuką i teatrem jako takim ludzi, którzy mieszkają poza dużymi miastami, gdzie działają regularne sceny.

 

fot. Michal Pasich

 

Kogo ostatnio grałeś, jacy są Twoi teatralni bohaterowie?

Grałem na przykład młodego aktora, który cieszy się, że będzie mógł zagrać w reklamie. Mówi, cytuję: „Schab bez kości tylko 9,99 za kilogram!”. Cóż, takie czasy. W teatrze opowiadamy o tym, co bezpośrednio dotyczy nas wszystkich, z czym spotykamy się na co dzień. A że rzeczywistość bywa niełatwa, poza tematem, który jest widzowi bliski, staramy się przynieść mu dawkę humoru, aby po ciężkim dniu mógł się trochę się pośmiać.

 

Jaki jest tytuł tego spektaklu i kto jest jego autorem?

Małżeńska komedia „Trzy razy łóżko”. Tekst napisał Jan Jakub Należyty. To sztuka, która zdecydowanie spełnia swoją rolę - wywołuje refleksję, ale i uśmiech na twarzach ludzi. Jeździmy też ze spektaklem „Dobry wieczór kawalerski”. To spektakl wyprodukowany przez Piotra Nowaka i Martę Dąbrowę. Tam z kolei opowiadamy historię pięciu mężczyzn, którzy spotykają się przed ślubem swojego kolegi i niezbyt dobrze się to dla nich wszystkich kończy. To sztuka o sensie przyjaźni i miłości.

 

Nawet jeśli nie pojawiasz się teraz często w kinie, to masz jednak za sobą sporo znaczących ról w polskich filmach. Czy nigdy nie miałeś problemu z tym, co dotyczy nielegalnego zdobywania, kopiowania filmów, także tych, w których sam grałeś?

Oczywiście. Musimy pamiętać, że każdy film, obraz, zdjęcie, utwór muzyczny czy tekstowy ma swojego autora i to twórca musi wyrazić zgodę, na jakich zasadach korzystać z jego pracy i rozpowszechniać jego utwór.

 

Wiesz przecież o tym, że w praktyce niektórzy nie pytają, a korzystają.

I jest to faktycznie duży problem. Niestety polskie prawo niezbyt precyzyjnie reguluje te kwestie . A nawet jeżeli się stara, to przy takim nawale łamania podstawowych zasad - nazwijmy to „savoir-vivre'u”, legalności, poszanowania własności, nie tylko intelektualnej, egzekwowanie prawa jest bardzo trudne.

 

Jak więc, Twoim zdaniem, rozwiązać ten problem?

Jedynym rozsądnym pomysłem jest uświadamianie odbiorców, promowanie idei, że legalne korzystanie z dóbr kultury to jedyny właściwy i uczciwy sposób. To powinno się stać po prostu modne. Nieraz w historii zdarzało się, że państwo nie potrafiło poradzić sobie „systemowo” w pewnych kwestiach. Udawało się natomiast wprowadzić pozytywne mechanizmy kreując ruch społeczny, który budował dobry trend, promował wartości, aż stawały się nawykiem, obyczajem, czymś oczywistym. Być może jest to również pomysł na kulturę.

 

Czy zawsze miałeś taką świadomość? Nigdy nie zdarzyło Ci się piracko ściągnąć muzykę lub film?

Może gdy byłem bardzo młody. Teraz jednak ma pełną świadomość i chcę przekazywać ją innym. Dlatego właśnie przyłączyłem się do projektu „Legalnej Kultury”.

 

Zdarzało Ci się jednak?

Tak, ale wtedy nie do końca wiedziałem, co naprawdę robię. Od dłuższego czasu mam pełną świadomość. Legalna Kultura nie jest pierwszą akcją tego typu, w której biorę udział. Wcześniej Hirek Wrona organizował kampanię „Bądź świadomy”, do której również się przyłączyłem. Jestem autorem, współautorem tekstów kultury, które znajdują się w Internecie. W dzisiejszych czasach tak łatwo można je dystrybuować. Jeśli nie będę szanował tego, co robią moi koledzy muzycy, filmowcy, pisarze i co ja sam robię, to tym bardziej nie będą tego szanować inni.

 

Mówisz o dystrybucji, a ciekaw jestem, co sądzisz o kwestii płatności za dobra kultury? Czy powinno się dążyć możliwymi środkami do tego, by cena utworu, którego chcemy słuchać lub oglądać, była jak najniższa, ale jednak określona, bo jak coś jest za darmo, to się tego nie ceni?

To nie jest prosta sprawa, o której można się wypowiedzieć w dwóch zdaniach. Wydaje mi się, że płatność za dobra kultury powinna być taka, jakiej oczekuje w dzisiejszych, kapitalistycznych i wolnorynkowych czasach jego autor. Jeśli sam będzie cenił się zbyt wysoko, to po prostu nikt nie będzie chciał go oglądać czy słuchać. Z jednej strony łatwo jest szafować wyrokami, np. że coś jest za drogie. Warto przyjrzeć się, czy rzeczywiście dane dzieło ma wartość, którą wskazał jego autor. Z drugiej strony, twórca też powinien dostosować swoje oczekiwania do warunków, w których przyszło mu tworzyć. Żyjemy w trudnych warunkach  ekonomicznych - ciągle słyszy się słowo „kryzys”. Polski rynek jest płytki. To są paradoksy – np. od polskich artystów muzycznych oczekuje się, że będą śpiewali po polsku, a jednocześnie tanio sprzedawali swoje teksty. A to oznacza, że poza Polską nigdzie indziej nie zaistnieją, nie sprzedadzą swoich płyt czy koncertów.

 

Są też artyści, którzy śpiewają i w innych językach.

Ci, którzy śpiewają na przykład po angielsku, wyłamują się, w dobrym tego słowa znaczeniu i nie zamykają w granicach naszego kraju. Polski rynek polski nigdy nie będzie taki, jak na przykład amerykański. Tam poza milionami potencjalnych odbiorców jest inna organizacja pracy. To cały przemysł - są menadżerowie, domy produkcyjne i dziesiątki, setki osób, które pracują na to , aby artysta mógł znaleźć się na szczycie. Droga od powstania tekstu kultury do jego sukcesu wymaga wysiłku, dlatego trudno oczekiwać od autora, aby za swoją pracę nie chciał otrzymać wynagrodzenia adekwatnego do włożonej pracy i osiągniętej popularności. To jest bardzo skomplikowana sprawa, dlatego staram się nie być w tej kwestii kategoryczny. Chcę zachęcić ludzi, by zastanowili się, czy nie uczciwiej byłoby pobrać piosenkę lub płytę, zapłacić za nią, mieć ją na własność. Zwłaszcza, że mówimy o naszych ulubionych artystach. Tworzenie nowych utworów, nagrywanie płyt to jest ich praca. Każdy odbiorca powinien postawić sobie proste pytanie – czy ja chciałbym pracować za darmo? Poza tym, warto się zastanowić czy nie lepiej mieć w komputerze 20-30 wyselekcjonowanych ulubionych płyt zamiast tysięcy utworów ściągniętych w zasadzie przypadkowo, których w ogóle potem nie słuchamy.

 

Do tego dochodzi jeszcze kwestia jakości, co wyraźnie widać w wypadku filmów. Jeżeli kupujemy je legalnie, mamy gwarancję dobrej jakości, a pirackie kopie często nie mają już wiele wspólnego z wyprodukowanym filmem.

To jest pytanie o stosunek do jakości, nie tylko naszego podejścia do kultury, ale do jakości życia w ogóle. Żyjemy szybko i powierzchownie. Konsumujemy, zwracając coraz mniejszą uwagę na jakość. Czy słuchając utworu lub oglądając film w kiepskiej jakości w ogóle mamy do czynienia z kulturą? Na to nakłada się oczywiście kwestia finansowa. Kultura powinna być dostępna i w takich cenach, aby większość mogła z niej korzystać. Opłaty autorskie za różne dobra kultury powinny być adekwatne do rodzaju dzieła i okoliczności, w jakich odbiorca z nich korzysta, bo przecież czym innym jest słuchanie płyty w domu, a czym innym muzyka w tle, np. u fryzjera.

 

Stawiasz więc na tworzenie właściwych trendów. To, co i Ciebie ukształtowało w ostatnich latach, zmieniło Twoją świadomość? Czy takie kampanie, jak  na przykład Legalna Kultura, idą, Twoim zdaniem, w dobrym kierunku, by budować tę świadomość w coraz większej grupie społecznej?

Zdecydowanie tak. Warto docierać przede wszystkim do młodych ludzi. Akcje Legalnej Kultury są skierowane oczywiście do wszystkich, ale to młodzi użytkownicy korzystają najwięcej z Internetu. A wiadomo, że jest to pole, gdzie piractwo kwitnie najbardziej. Ludzie w Internecie mają wrażenie, że są anonimowi i mogą zrobić wszystko. Dopóki nie powstaną skuteczne mechanizmy prawne, dopóty musimy na wszelkie inne sposoby wskazywać ludziom właściwą drogę. Uświadamiać, że wciskając klawisz „download” w pirackim serwisie, de facto pozbawiamy kogoś możliwości godnego wykonywania własnej pracy.

 

Rozumiem, że swoją pracę chciałbyś wykonywać godnie. Co przed Tobą w najbliższym czasie?

W najbliższym czasie aż trzy sztuki teatralne. Pierwsza to komedia Marie Jones, której reżyserem i producentem jest Łukasz Witt-Michałowski z lubelskiego teatru InVitro pt. „Kamienie w kieszeniach”. Gram w niej z Bartkiem Kasprzykowskim. Cała akcja rozgrywa się w jednej z irlandzkich wiosek, do której przyjeżdża ekipa z Hollywood. Ale to nie tylko historia o kulisach powstawania filmu. Sztuka pokazuje zderzenie dwóch rzeczywistości, świata show biznesu i świata zwyczajnych ludzi, żyjących marzeniami o karierze filmowej. Jest w tej sztuce i dużo humoru, i głębsza refleksja - o przyjaźni, odpowiedzialności, wolności i pogoni za marzeniami. Najbliższe przedstawienia odbędę się 20, 21 i 24 czerwca na Scenie Prapremier In vitro w Lublinie. 

Druga to wspomniany wcześniej spektakl „Trzy razy łóżko”, komedia małżeńska. On i Ona, w trzech odsłonach, trzech ważnych rozmowach, które w zabawny sposób pokazują historię pewnej pary aktorskiej, ich namiętności, wątpliwości, codzienne radości i smutki. Sztuka będzie grana od września. Do obsady dołączę na przełomie jesieni i zimy, ze względu na trzeci projekt, który wiąże się wyjazdem zagranicę, ale na razie nie mogę więcej powiedzieć, ponieważ żyjemy w czasach, w których…

 

…ktoś mógłby skraść pomysł?

Nawet o tym nie myślę. Po prostu dopóki nie zacznę prób – a to czeka mnie już od sierpnia, dopóki nie wejdę całkowicie w ten spektakl, wiele może się wydarzyć, więc przedwczesne chwalenie się jest nie na miejscu. Już wkrótce na pewno zdradzę więcej szczegółów, bo to dla mnie bardzo prestiżowy i ważny projekt.

 

Kolejne podróże również przed Tobą? Jeśli tak, to w jakim teraz kierunku?

Na razie jestem na etapie kompletowania samochodów na kolejną wyprawę, ponieważ tym razem chcę pojechać dookoła świata i na dodatek zupełnie niesamowitym autem – polskim Żukiem. Z kilku samochodów musimy zrobić dwa, którymi objedziemy świat. Zaczynamy od Warszawy i jedziemy przez Lublin - bo nie wiem czy wiesz, że dookoła świata jedzie się właśnie przez to miasto (śmiech)? Później kierujemy się na północny-wschód, a następnie wracamy do Zachodniej Europy przez Skandynawię i stamtąd do Stanów Zjednoczonych. Potem przez całe Stany Zjednoczone, przez Pacyfik do Azji i z Azji z powrotem do Polski.

 

A jak pokonacie Ocean Spokojny?

Oczywiście wpław, trzymając Żuki w zębach (śmiech). To jest jeszcze bardzo daleka droga. Choć w lipcu miną dwa lata, od kiedy powstał pomysł tej wyprawy, nie mam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania. Szukamy sponsorów. Mamy przygotowaną fantastyczną kampanię reklamową, zacne grono partnerów medialnych i plan działań promocyjnych na 12 miesięcy, choć sama podróż potrwa „tylko”  pięć i pół miesiąca.

 

Jeśli wszystko ułoży się dobrze, to kiedy macie szansę wyruszyć?

Na pewno w lipcu, ale już nie w 2013 roku. Robię wszystko, żeby wyprawa wystartowała w lipcu 2014, chociaż w dzisiejszych czasach trzeba być elastycznym.

 

I trzeba być optymistą. Wyprawa zostanie sfilmowana?

Oczywiście nie zapomnę o tym, co robię na co dzień. Wyprawa będzie miała na pokładzie operatora i będziemy realizować mnóstwo materiału filmowego. Chcemy stworzyć zarówno dokument, jak i parę filmów kreacyjnych. W końcu nie na co dzień można zobaczyć takie miejsca jak Japonia czy Chiny. Również nie codziennie pod Empire State Building widuje się Żuka...

 

Dla Legalnej Kultury rozmawiał Ryszard Jaźwiński.

fot. Marcin Wegner / www.mateuszdamiecki.com

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!