Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem oldschoolowy

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jestem oldschoolowy

Jestem oldschoolowy

Nadąża za trendami, korzystając z nowych kanałów dystrybucji muzyki, ale wciąż ceni klasyczny nośnik. Płaci nawet za te płyty, które muzycy dobrowolnie umieszczają w Internecie za darmo. Do niedawna twarz Myslovitz, od ośmiu lat dyrektor artystyczny najlepszego krajowego festiwalu z muzyką alternatywną. Właśnie ruszyła kolejna edycja OFFa. Z Arturem Rojkiem rozmawiamy o szukaniu nowości, sentymencie do płyty winylowej i o tym, jak internetowe piractwo wpływa na polski rynek muzyczny.

 

 

Dla kogo jest OFF Festival? Po ośmiu latach organizowania festiwalu jesteś w stanie jakoś zdefiniować publiczność, która wybiera właśnie twoją imprezę?

To festiwal dla tych, którzy żywo interesują się muzyką. To oni tworzą klimat tej imprezy, ich reakcje, rozmowy, sposób myślenia. To nie jest impreza dla tych, którym wszystko jedno, co grają i chcą spędzić miły piknikowy weekend . Myślę, że taki człowiek będzie miał problem z byciem na OFFie, bo osaczy go za dużo dziwactwa.

 

Jesteś dyrektorem artystycznym festiwalu, to Ty decydujesz o tym, kto występuje na kolejnych edycjach. Kierujesz się wyłącznie prywatnymi preferencjami?

Jestem ostatnim elementem na tej drodze, ale wcześniej mają na to wpływ ludzie, specjalistyczne media i dźwięki, jakie do mnie docierają.

 

Na czyj koncert czekasz w tym roku najbardziej?

Trudno wybrać jeden. Czekam na co najmniej 30. Chciałbym zobaczyć tajemniczy Goat, Wodeckiego z Mitchami, noise’owo-punkowy Metz, The Walkmen, których jest dużym fanem, Deerhunter – bo ostatnia ich płyta bardzo mi się podoba, Bohren And Der Club Of Gore – bo oni grają tak, jakby siedzieli wewnątrz mnie, Brutal Truth – bo chcę poczuć ekstremum, Paradise Bangkok Molam International Band – bo tajska psychodelia to jest to, co bardzo lubię, Fucked Up – żeby sprawdzić, czy będzie tak samo dobrze jak w Mysłowicach w 2009 r. i jeszcze wiele innych.

 

OFF to festiwal, na którym można zobaczyć nie tylko pierwszą ligę światowej alternatywy, ale również wykonawców praktycznie nieznanych, których festiwal odkrywa. Gdzie znajdujesz zespoły, które potem zapraszasz na festiwal?

Jest wiele miejsc, które o tym piszą, ludzi, którzy się tym interesują, podobnie jak ja. Kiedy wstaję rano, nie sprawdzam wiadomości na Gazecie czy w TVN24, ale zaglądam na Pitchfork, Drowned in Sound (portale internetowe poświęcone muzyce niezależnej – przyp. red.) i kontroluje Metacritic (serwis zbierający recenzje płyt z różnych źródeł – przyp. red.). Prenumeruję „NME” (brytyjski tygodnik muzyczny – przyp. red.), żeby wiedzieć, czym rajcują się Brytole, a ostatnio sprawdzałem scenę norweską, bo będę jednym z zaproszonych promotorów na Oya Festival w Oslo. W przypadku każdego artysty wygląda to trochę inaczej. O Metz dowiedziałem się ze źródła, czyli od Jonathana Ponemana z Sub Pop (jedna z najważniejszych amerykańskich alternatywnych wytwórni – przyp. red.), który co jakiś czas przesyła mi coś, co powinienem sprawdzić. Podobnie było z Merchandise. O Uncle Acid dowiedziałem się z „NME”, Glass Animals znalazł się na liście bandów do sprawdzenia, którą przesłał mi jeden z zaprzyjaźnionych agentów. Goat bukowałem tuż po ukazaniu się płyty, po tym jak w necie zobaczyłem ich zdjęcie, a Mikal Cronin, Japandroids, Fucked Up czy Thee Oh Sees są wynikiem pewnej sytuacji, jaka zdarzyła mi się na festiwalu w ubiegłym roku. W drodze na koncert Group Doueh podbiegł do mnie chłopak i podziękował za ekstra koncert Ty Segalla. Powiedział wtedy rozpromieniony: „Panie Arturze, więcej takich koncertów jak Ty Segall w następnym roku”. Proszę bardzo.

 

 

fot. Rafał Masłow

 

Prywatnie też masz jeszcze potrzebę wyszukiwania nowości, czy mobilizują cię do tego głównie względy zawodowe?

Praca dyrektora artystycznego i artysty powoduje, że wszystko się z sobą miesza. Jednak nie przeszkadza mi to. Zawsze słuchałem dużo i żywo się tym interesowałem. Myślę, że gdybym nie robił festiwalu, też ciągle bym sprawdzał, szukał, kupował coraz więcej płyt…

 

Organizacja festiwalu wymaga czasu i wysiłku. Musiałeś na rzecz OFFa zrezygnować z własnej muzyki? A może chciałeś mieć coś, co pozwoli ci trochę odpocząć od robienia muzyki?

Chce mieć to i to. Lubię zaangażowanie w festiwal i lubię być na scenie. Nie lubię robić tylko jednej z tych rzeczy. Jestem raczej niespokojnym duchem i zawsze chciałbym mieć zdywersyfikowaną pracę.

 

Pierwsze edycje OFFa odbywały się w Twoich rodzinnych Mysłowicach, kilka lat temu przeniosłeś festiwal do Katowic. Zostałeś w regionie. Lokalny patriotyzm?

Lubię Śląsk i uważam, że to świetne miejsce na rozwijanie wielu inicjatyw. Jednak nie robię festiwalu na Śląsku z powodu lokalnego patriotyzmu. Na początku robiłem go w Mysłowicach, bo stamtąd pochodzę i było to dla mnie naturalne. Przenosząc OFFa, kierowałem się względami praktycznymi, czyli tym co miasto mi oferowało i jakie były możliwości rozwoju samego festiwalu w związku z tym. Cieszę się, że to Katowice, bo to bardzo solidny partner, na którym do tej pory się nie zawiodłem i który pomógł mi ten festiwal rozwinąć. Mam nadzieję, że ma to też wpływ na samo miasto, na postrzeganie Katowic, na ich wizerunek i społeczność. Wiem, że lokalni biznesmeni – czyli sklepy, hotele, restauracje – są bardzo zadowoleni, że w Katowicach odbywa się taka impreza. W tym czasie przeżywają prawdziwe oblężenie. Jedna z pań obsługujących knajpę wegetariańską w centrum Katowic powiedziała mi kiedyś w poniedziałek po festiwalu: „Dobrze, że ten pana festiwal już się skończył, bo mieliśmy tu full od rana do nocy”.

 

Udało ci się znaleźć niszę dla OFFa – drugiego takiego w Polsce nie ma. To daje ci spokój o przyszłość festiwalu?

Spokoju to ja chyba nigdy nie będę miał. Jestem typem człowieka, który zawsze się o coś martwi.

 

W tym roku OFF wspólnie z Legalną Kulturą uruchamia Kino Nocne, po ostatnim koncercie będzie można obejrzeć niezależny film. Skąd ten pomysł?

Kiedy w 2010 r. znaleźliśmy się w Katowicach, uruchomiliśmy projekcje niemego kina na dużym ekranie diodowym, żeby dodać przestrzeni trochę więcej kolorytu i stworzyć miejsce na plaży, gdzie zmęczeni chodzeniem i słuchaniem muzyki ludzie będą mogli się rozerwać, oglądając np. Bustera Keatona. Z Legalną Kulturą rozpoczęliśmy współpracę w ubiegłym roku. Od jakiegoś czasu przemycam film do OFFa. W ubiegłym roku zrealizowaliśmy cztery projekty filmowo-muzyczne, łącząc „Hydrozagadkę” z Chrome Hoof, Sasnala z Barn Owl, Heckera z Herzogiem czy A Hawk And A Hacksaw z Parażanowem. W tym roku uruchamiamy otwarte kino. Do tej pory wyobrażałem sobie siebie idącego po koncercie zobaczyć „Indie Game: The Movie”, po którym czas zaczyna się dla mnie na nowo mimo późnej pory. Teraz zobaczymy, jak zareaguje na to nasz odbiorca.

 

Kino też śledzisz na bieżąco?

Kiedyś namiętnie. Pod koniec lat 90. czytałem regularnie „Film”. Ani jednego numeru nie wyrzuciłem, bo bałem się, że w związku z tym jakaś wiedza mi umknie. Filmy, które gromadziłem na kasetach VHS, systematycznie oceniałem, stosując punktację od 1 do 10. Uwielbiam kino, chociaż w ostatnim czasie mam mało czasu na oglądanie.

 

OFF od początku był festiwalem nie tylko muzycznym – angażowałeś artystów, pisarzy. Sama muzyka nie wystarcza?

Tutaj przyjeżdżają ludzie, którzy są bardzo otwarci i zainteresowani światem. Wydawało mi się, że sama muzyka nie wystarczy.

 

Od niedawna OFF jest twoim głównym zajęciem, ale wcześniej godziłeś organizację festiwalu z graniem w Myslovitz. Bycie twarzą jednego z najpopularniejszych polskich zespołów pomagało, gdy zaczynałeś organizować OFFa?

Tak. Miałem tego świadomość i chciałem wykorzystać swoją pozycję artysty popularnego, żeby pociągnąć za sobą alternatywny projekt. Myślę, że się udało.

 

Myslovitz doświadczyło na własnej skórze konsekwencji piractwa w muzyce? Staraliście się jakoś specjalnie zabezpieczać przed możliwością nielegalnego ściągania waszych płyt?

Doświadczyło poprzez spadek sprzedaży. Jednak nie robiliśmy za wiele w tamtym czasie. Wewnątrz zespołu występowały w tej kwestii też odmienne zdania. Jacek (Kuderski, basista – przyp. red.) otwarcie przyznawał się do nielegalnego ściągania, za co dostał ogromne brawa w poznańskim empiku.

 

Nie lubię tłumaczenia piractwa w Polsce mentalnością publiczności – tym, że Polacy nie chcą płacić za kulturę – bo problem nielegalnego ściągania dotyczy wszystkich rynków. Ale może z jakichś powodów – zwłaszcza z perspektywy muzyka – na naszym jest to szczególnie odczuwalne?

Dla artysty, działającego tylko w obrębie Polski, jest to odczuwalne szczególnie dlatego, że jeżeli ma z czegoś żyć, to pozostają w zasadzie tylko koncerty i ZAIKS (o ile jest autorem lub kompozytorem). Wszystko dzieje się w obrębie jednego kraju, gdzie nie ma na tyle dobrze rozwiniętego rynku, żeby każdy mógł sobie znaleźć swoje miejsce. Piractwo dotyczy całego świata, aczkolwiek wydaje mi się, że w Polsce jest szczególnie widoczne, odczuwalne i istnieje na nie jakieś specjalne przyzwolenie, tak jakby było normalne. Wiem, że nawet ludzie, których stać na płacenie za muzykę, nagminnie ściągają. Zarobki artystów spadły po tym, jak sprzedaż stała się o kilka razy mniejsza w porównaniu z ubiegłymi latami. Dzisiaj głównym źródłem dochodu są koncerty, ale ich też gra się coraz mniej, ze względu na zwiększającą się liczbę artystów zagranicznych, którzy w ciągu roku odwiedzają Polskę. Dla młodych jest to sygnał, że nie należy skupiać się tylko na Polsce.

 

 

Fot. Jacek Poremba

 

Myślisz, że jest jakiś sposób na walkę z piractwem w Internecie?

Wydaje mi się, że jedynie zwiększanie świadomości, ciągłe powtarzanie, systematyczny komunikat poprzez autorytety i osobowości, mające wpływ na działanie innych. Myślę jednak, że te zmiany są nieodwracalne. Tego nie da się powstrzymać. To można zminimalizować.

 

Zmienia się rynek, zmieniają się sposoby promocji i kanały dystrybucji muzyki. Korzystasz z tych nowych, jak np. serwisy streamingowe, czy wolisz tradycyjne nośniki?

Ostatnio, czyli od czterech miesięcy, korzystam w zasadzie głównie ze Spotify. Patrzę na swoją kolekcję płyt CD i winyli i myślę: Tyle mam płyt, a muzyki z telefonu słucham… To jednak dosyć wygodne i nowe. Myślę, że z czasem wrócę do płyt, które systematycznie kupuję i odkładam. Kupuję teraz głównie analogi. Często Spotify służy mi do przekonania się, że daną płytę warto mieć na analogu, więc płacę podwójnie. Winyle są moim kaprysem i sentymentem. Lubię okładki, zapach druku, rytuał wyciągania płyty, położenia jej na talerzu, odpowiedniego ustawienia ramienia z igłą, opadania ramienia…

 

Fizyczny nośnik ma jeszcze sens?

Dla mnie tak, ale ja jestem oldschoolowy. Niektórzy spośród młodszych odbiorców OFFa pewnie nie mieli tradycyjnego nośnika w ręku od urodzenia. Znajomi zrzucają całą swoją dyskografię na mp3, bo to dla nich wygodniejsze. Jedni pozostają przy ekskluzywnym nośniku, jakim jest płyta analogowa, a inni wyprzedają wszystko.

 

Radiohead swego czasu udostępnili album w Internecie, który można było kupić za dowolną kwotę – dajesz, ile chcesz. My Bloody Valentine udostępnili swoją ostatnią płytę w Internecie – za darmo. Takie akcje mogą nauczyć legalnego korzystania z kultury?

Za obie płyty zapłaciłem. W przypadku Radiohead oceniłem, że w takiej formie chce za nią zapłacić 7 euro. W przypadku MBV kupiłem mp3, bo chciałem mieć też analog. Stawianie człowieka przed wyborem uważam za mądre posunięcie. Z drugiej strony mam wielu kolegów, którzy nie zwracają na to uwagi. Jest możliwość za darmo, to biorą za darmo.

 

A ty wydałbyś swoją płytę w Internecie?

Musiałbym się nad tym zastanowić i przewidzieć konsekwencje. Przykład Radiohead czy MBV nie ma racji bytu w życiu wszystkich artystów.

 

Ósma edycja festiwalu już za chwilę, ale pewnie zaraz „po” zabierzesz się za dziewiątą. Będą chociaż krótkie wakacje?

Tak. Często robię sobie przerwy. Bez tego nie dałbym rady. Poza tym lubię podróżować, przemieszczać się i odkrywać. Mam jedno ulubione miejsce na ziemi, do którego mógłbym wracać co chwilę. To Seattle.

 

Rozmawiała Angelika Kucińska

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!