Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Aktor od trudnych tematów

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Aktor od trudnych tematów

Aktor od trudnych tematów

17.01.14

Rahim w „Jesteś Bogiem”, Mateusz w „Chce się żyć”, saksofonista w „Idzie”. Ma 27 lat. Został zauważony i doceniony zarówno przez publiczność, jak też przez krytykę. W swoje role angażuje się bezgranicznie, zatracając granicę między sztuką a życiem prywatnym.


Czy film „Jesteś Bogiem” bardzo odmienił Twoje życie? Jak oceniasz to z perspektywy czasu?

Nastąpiła całkowita zmiana. Przeprowadziłem się do Warszawy i zacząłem robić nowe rzeczy. Film Leszka Dawida wzbudzał wielkie zainteresowanie. Kiedy się w nim pojawiłem, przyszły kolejne propozycje, więc na pewno był to przełomowy dla mnie moment.

Całkiem niedawno skończyłeś szkołę teatralną. Młodym aktorom nieczęsto zdarza się, by tak szybko mieli szansę realizować się w kinie i w teatrze. Tobie się to udało?

Może trochę przez przypadek. Miałem też dużo szczęścia, bo mogłem przygotowywać się do trudnej roli filmowej przez osiem miesięcy, a potem dostać podobną propozycję teatralną, w której wystarczyło parę rzeczy dodać czy przekierować. Mam wrażenie, że wyszło bardzo dobrze. Zresztą współpraca z TR Warszawa, spotkania z ludźmi tego teatru były dla mnie wyjątkowe. Kornél Mundruczó to niezwykły reżyser!

Mówisz oczywiście o spektaklu „Nietoperz”?

Tak. Myślę, że to wszystko fantastycznie się dla mnie ułożyło. Gdybym nie dostał w filmie roli chłopaka z porażeniem mózgowym, tylko musiałbym przygotowywać się do zagrania innej postaci, byłoby mi znacznie trudniej. W tej sytuacji miałem już bagaż doświadczeń i wiedziałem, że będę mógł to pokazać.

Chłopak z porażeniem mózgowym, to Twój bohater z filmu Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”. Wydawałoby się, że to trudny temat, ale film niepozbawiony jest pewnej dozy humoru. Sam tytuł brzmi optymistycznie...

Trzeba zobaczyć, jak przyjmą go widzowie. Amplituda doznań i emocji w tym filmie jest dość duża. Nie potrafię powiedzieć, czy jest optymistyczny, czy też pesymistyczny. Wydaje mi się, że przynosi dużą dawkę energii. Pokazuje przede wszystkim, że w drugim człowieku, który wydaje nam się inny niż my sami, można przeglądać się jak w lustrze. Uświadamia też, że każdego z nas mogą czekać podobne doświadczenia, gdy będziemy starsi. Przytrafia się to naszym znajomym, kolegom.

Nie przypadkiem zestawiłeś obok siebie te dwie role, teatralną i filmową, bo obie wymagały od Ciebie wielkiego wysiłku fizycznego i szczególnego treningu. Jak przygotowywałeś się do ich zagrania?

Przygotowując się do filmu „Chce się żyć” spotykałem się z pierwowzorem mojej postaci, czyli z Przemkiem, który mieszka w zakładzie pod Warszawą. Miałem szansę zobaczyć go parę razy. Nie było takiej możliwości, żebym tam zamieszkał, chociaż nawet prosiłem o to. Zasady są jednak dość restrykcyjne i nie wyrażono zgody. Przemek jest osobą bardzo spastyczną...

Co to znaczy?

To znaczy, że liczba impulsów, napięć jego mięśni jest tak duża, że trudno nad nimi zapanować. Praktycznie nie ma władania nad swoim ciałem. To co mogłem z niego wyczytać, to parę zdarzeń z życia. Poznałem jego wrażliwość, sposób myślenia i widzenia świata. Wiedziałem już, co jest dla niego ważne, jakie ma relacje z mamą. Byłem też z nim na Wigilii. Potem zaczęły się moje przygotowania od podstaw. Jeździłem do przedszkoli, później do szkół, by zobaczyć, jak przebiega rozwój podobnych osób, rehabilitacja, różnego typu zajęcia, na które jeżdżą, by poprawić swoją sprawność fizyczną. Niesamowite doświadczenia. Wśród nich były też osoby, które trafiły do ośrodka, ponieważ nie opiekowali się nimi rodzice. Natomiast później miałem okazję zobaczyć to z drugiej strony, czyli od strony rodziców opiekujących się dziećmi. Poznałem fantastyczną rodzinę, w której urodzili się bliźniacy, jeden cztery minuty po drugim, co już spowodowało niedotlenienie mózgu i czterokończynowe porażenie mózgowe. Kontakt z nimi był dla mnie czymś, czego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem.

Z czym wiązało się to nowe doświadczenie?

Wiem, czym jest dla mnie relacja z moją siostrą, ze słowami, które do niej wypowiadam, wiążę uczucia. Ale nagle zobaczyłem, że ich uczucia są niesamowicie rozlane. Zarażają wszystkich swoją miłością. Próbuję pokazać to w filmie jakimś obrazem, ale nie jestem w stanie tego opowiedzieć, bo pierwszy raz w życiu miałem takie doświadczenie. Oni mają w sobie coś tak magicznego i niesamowitego we wzajemnych relacjach, że po tych spotkaniach zacząłem zastanawiać się, czym jest w ogóle miłość. Czy to uczucie może być tak głębokie, czy ja mogę czuć tak głęboko, jak osoby, które spotykam? To był ten drugi etap przygotowań. Dość często spotykaliśmy się z tymi wyjątkowymi rodzicami. Zabierali nas do szkoły na zajęcia Przemka, byli u nas na planie. I był jeszcze Sebastian, z którym spotkałem się tylko raz. To bardzo barwna postać. Sebastian ma w sobie na co dzień pewien rys komediowy. Codziennie ściąga z Internetu kilka filmów erotycznych, a jego ojciec wieczorem je kasuje.

To też był jeden z pacjentów tego ośrodka?

Nie, Sebastian mieszka z mamą w domu. To był dla mnie trzeci punkt odniesienia. Miałem niezwykłe szczęście, ponieważ każda z tych osób dała mi pewien rys, odcień, który ma filmowy Mateusz. W filmie powtarza się motyw oceny przez bohatera kobiecych piersi. Mateusz ma swoją dziesięciostopniową skalę, według której ocenia „cycki” kobiet. Stwierdza krótko, że „cycki i gwiazdy, to dwie najpiękniejsze rzeczy, które stworzył Bóg”. I coś w tym jest. Sebastian miał taki właśnie odcień.

Z kolei z Przemkiem miałeś chyba okazję bawić się na dyskotece? Musiałeś zapomnieć o swojej sprawności fizycznej?

Dokładnie. Z jednej strony to były trudne momenty, ale z drugiej też przyjemne, bo ludzie nie rozpoznali mojej kreacji. Traktowali mnie jak chłopaka z porażeniem mózgowym. Wchodziłem całkowicie w tę sytuację, a byłem na tej dyskotece cztery godziny. Opiekowała się mną Kasia Zawadzka, która gra podobną rolę w filmie. Oczywiście nie umiała tego robić, bo w filmie jej bohaterka też nie umie, więc wciąż spadałem z wózka. Panie, które były na dyskotece ze swoimi podopiecznymi musiały jej pomagać. To było ważne, że z ekipą filmową potrafiliśmy tak głęboko wejść w te realia. A z drugiej strony, kiedy nie miałem już siły i bolały mnie plecy, pojawiał się problem moralny, czy mam prawo wstać i powiedzieć: „Ja to gram – właśnie skończyłem, wstaję i wychodzę”.

I co zrobiłeś?

Próbowałem porozumiewać się tak, jak moja postać. Nie mówiłem, ale próbowałem zakomunikować, że „chcę do toalety”. Akurat toalety dla osób niepełnosprawnych są duże, więc spokojnie mogłem wstać, porozciągać się piętnaście minut i wrócić. To przede wszystkim był mój wewnętrzny problem, czy mogę wyjść z roli, czy też nie. I coś w środku kazało mi tego nie robić. Tak było właściwie za każdym razem.

Z tego, co mówisz wynika, że jesteś typem aktora, który bardzo starannie przygotowuje się do roli, głęboko wchodzi w graną postać, a ten proces poprzedzają długie obserwacje. Czy to przenosiło się również na Twoje życie osobiste?

Mam wrażenie, że nie zawsze tak jest. Jednak „Chce się żyć” to film, na który postawiłem naprawdę bardzo dużo. Właściwie całe moje życie. Wiele osób z niego wtedy odeszło. Nie wytrzymało narzuconej przeze mnie dyscypliny, braku kontaktu. Właściwie straciłem wszystko, co było w tym czasie dla mnie ważne. Teraz, kiedy już pewną rzecz zamknąłem za sobą, chcę otwierać pozostałe i tak samo dobrze, intensywnie je doświadczać… Czasem ceną tak intensywnej pracy jest prywatne życie. Czas pokaże, czy umiem uprawiać ten zawód bez większych kosztów własnych.

Do tej pory byłeś gotów zatracać się w aktorstwie, oddawać się mu właściwie bezgranicznie?

Tak było. I w czasie studiów, i po szkole. Nie mam już jednak 17 czy 21 lat. Czuję, że dojrzewam, staję się dorosłym mężczyzną, który ma też inne marzenia, chce mieć dzieci, założyć rodzinę. Chciałbym zdobywać doświadczenia, które mogą przydać się w kolejnych rolach. A to nie jest takie proste, jakby się wydawało.

Trochę czasu minęło już od zakończenia zdjęć do filmu „Chce się żyć”. Jak oceniasz swoją pracę i efekt końcowy?

Film ma swoje ograniczenia czasowe i jest parę rzeczy, których świat nigdy nie zobaczy. Przykro mi, że ich nie zobaczy, ale musiały wypaść w montażu. Ja zrobiłbym nawet trzygodzinny film, żeby pokazać wszystko to, nad czym pracowałem i na czym mi zależało, żeby przekazać widzom. Myślę jednak, że istota tej postaci i tej pracy jest widoczna. Jestem z tego niezmiernie zadowolony. I myślę, że było warto.

Twoja kolejna filmowa rola, którą zagrałeś w filmie Pawła Pawlikowskiego „Ida”, chyba nie wymagała już tak bezgranicznego oddania?

Rzeczywiście. Jednak to odczuwanie adrenaliny i przede wszystkim ryzyka, balansowanie na granicy, jest chyba wpisane w mój genotyp. Mam nadzieję, że zdarzy mi się jeszcze taka rola, która będzie wymagała ode mnie równie wiele, co zagranie człowieka z czterokończynowym porażeniem mózgowym. A na planie u Pawła Pawlikowskiego bardzo dużo się nauczyłem. Wróciłem do „normalności”. Pamiętam, jak Paweł mówił: „Czemu ty tak intensywnie patrzysz?!”. Ciągle zwracał mi uwagę: „Spróbuj mniej intensywnie”. Nie było to łatwe od razu, bo przez rok patrzyłem z takim wytrzeszczem oczu. To był długi proces „wychodzenia z roli”.

A co zainteresowało Cię w scenariuszu „Idy”? Kim jest Twój bohater?

Przede wszystkim zainteresowało mnie to, że jest muzykiem, saksofonistą. Wiedziałem, że będzie wypożyczony saksofon i będę mógł sobie trochę pograć. (śmiech)

A grasz trochę?

Gram, ale na klarnecie. Zresztą też w teatrze, w spektaklu „Nietoperz”. Na razie nie kupiłem sobie saksofonu, ale marzę o tym. Mam nadzieję, że niedługo kupię. Bardzo ucieszyłem się, że wreszcie będę mógł ćwiczyć. A jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że w filmie będzie muzyka jazzowa, utwory Johna Coltrane'a i kawałki, na których trochę się wychowałem w liceum muzycznym w Poznaniu. Byłem ciekaw, czy jestem w stanie nauczyć się jakiejś improwizacji, jakiegoś fragmentu.

Masz wykształcenie muzyczne?

Ukończyłem szkołę muzyczną II stopnia.

Tym razem mogłeś więc czerpać z własnych doświadczeń?

Wiedziałem też, że po „Chce się żyć” potrzebuję szybko zmierzyć się z czymś zupełnie innym, żebym nie musiał zostawać z tamtym bohaterem na kolejne miesiące i żyć w wyimaginowanym świecie, w którym postacie z filmu są dla mnie nadal tak samo ważne. Przychodziłem więc na plan „Idy” z pewnym lękiem, czy to się uda. Nie chciałem widzieć w swojej twarzy tego wszystkiego, co wypracowałem przy postaci Mateusza. Do tego dochodzą oczywiście jeszcze inne zmiany – wagi ciała, rysów, sposobu wyrażania pewnych emocji na twarzy, bo tylko tego mogłem użyć w filmie „Chce się żyć”, właśnie oczu, twarzy i ciała. Chciałem to wszystko zmienić w filmie Pawła Pawlikowskiego. Jeżeli oglądałem jakiś dubel i sam widziałem, że mam „ten rys”, to strasznie wyprowadzało mnie to z równowagi. Ekipa tego nie widziała, więc nie rozumiała, skąd się biorą moje emocje. Ja wiedziałem i na planie była nieustanna walka, żeby to zgubić, żeby jednak była to całkiem inna postać.

Mogłeś liczyć na pomoc reżysera?

Tu duży ukłon w kierunku Pawła, który prowadził mnie za rękę, trochę jak amatora. Długo ze mną walczył i pewne rzeczy wypracowywał, żeby przyniosło to taki efekt, jaki on chciał uzyskać. Bardzo tego pilnował i nawet potem pisał SMS-y, że przeprasza, że tak nas męczył, ale wyszło dobrze i jest zadowolony. Dawał mi nadzieję, że jest możliwe, żeby spróbować czegoś innego. Pokładam w jego filmie wiele nadziei i wiary, bo to reżyser, który ma bardzo oryginalną wizję  kina. Jego kamerowanie i ustawianie kadrów, dla polskiej kinematografii pewnie dość dziwnych, w specyficznej atmosferze, przynosi ciekawe rezultaty. Ja mu po prostu uwierzyłem. Mało mnie właściwie interesuje, jak wypadnie moja postać w tym filmie, ale bardzo interesuje mnie sam film. Wiem, że Paweł jest wyjątkowym reżyserem i mam nadzieję, że jeszcze będzie nam dane ze sobą pracować.

Do tej pory Paweł Pawlikowski pracował przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i stamtąd go najlepiej znamy. Są szanse, że będzie robił więcej filmów w Polsce?

Przeprowadza się teraz do Warszawy, więc miejmy nadzieję, że tak właśnie się stanie.

Z gruntownym przygotowaniem muzycznym łatwiej było Ci grać w takich filmach jak „Jesteś Bogiem”? W „Idzie” znowu mogłeś połączyć dwie swoje życiowe pasje, tę aktorską i muzyczną.

Wprawdzie ktoś powiedział mi, że w kolejnym filmie nie powinienem grać muzyka. W „Jesteś Bogiem” grałem przecież rapera posługującego się swoim głosem, a w „Idzie” saksofonistę. To jest jednak coś, co robiłem przez siedemnaście lat mojego życia. Jeżeli odkładasz coś po tylu latach, to potem strasznie za tym tęsknisz. Jeśli dzisiaj zaproponowano by mi film muzyczny, w którym gram klarnecistę, nawet w trzecim planie, to myślę, że zgodziłbym się, bo uwielbiam to robić.

A z samą muzyką nie chciałbyś związać się jeszcze mocniej, zaistnieć i w tej dziedzinie?

Chciałbym. Mam takie marzenie, ale na razie jest ono dość trudne do realizacji. Są jakieś plany, że może coś z tego będzie. Jak jest tyle rzeczy do zrobienia, to trudno mieć jeszcze zespół, ale marzę o tym. Mam też parę rzeczy już napisanych i chciałbym komuś je oddać, żeby zaśpiewał albo wziął tekst do swojego utworu. A może sam wymyślę do tego formę i przekaz muzyczny?

Wszystko przed Tobą. Na razie jednak nie możesz narzekać na brak nowych propozycji filmowych. Kogo zagrałeś w „Obietnicy”, nowym filmie Anny Kazejak?

Młodszego faceta kobiety granej przez Magdę Popławską. Ona ma dziecko z innym mężczyzną, który mieszka w Danii. W tej roli Andrzej Chyra. Mają córkę, którą w efekcie opiekuje się mój bohater, bo mieszkają razem.

Historia obyczajowa ze sporą dawką psychologii?

Można tak powiedzieć. Scenariusz napisany jest przez Anię Kazejak i Magnusa von Horna. Jeżeli ktoś zna Magnusa chociaż trochę, to wie, że w jego głowie historie bez wątku kryminalnego nie istnieją, więc tutaj też pojawia się taki wątek. Młoda dziewczyna staje się powodem popełnienia morderstwa przez jej chłopaka. To historia o manipulacji, ale także o tym, co może skrywać młody ludzki umysł, a czego kompletnie nie widać. Znalazłem na to przykłady w życiu.

Gdzie?

W trakcie pracy byliśmy w ośrodku, w którym miałem spotkanie z „trudną młodzieżą”. Grupka osób, która jest tam osadzona, poprosiła o spotkanie, bo dowiedziała się, że grałem w „Jesteś Bogiem”. Poszedłem tam, porobiliśmy sobie zdjęcia. Powiedziałem do szefa ośrodka: „Tutaj są pewnie chłopaki za jakieś pobicia, kradzieże”. A on mówi: „Nie, trzech jest »za głowę«, trzech gwałcicieli i wszyscy czekają na wyrok”. Nogi mi się ugięły i dopiero do mnie dotarło, że nie jest wcale tak, jak sobie wyobrażałem. Widziałem, wydawałoby się, normalnych chłopaków, których mija się na osiedlach w całej Polsce. Historie, które zaczęli opowiadać ochroniarze, były traumatyczne. To tajemnica, co skrywa nasz umysł… Myślę, że o tym też jest film Ani Kazejak, jak bardzo ktoś może nami manipulować. Spryt i techniki manipulacyjne wpisane są w historie bohaterów.

A Twój bohater jest w tej historii manipulującym czy manipulowanym?

Raczej manipulowanym. Zresztą ja gram tam właściwie epizod. Zdecydowałem się, bo moja postać przechodzi istotną przemianę. Na początku to chłopak próbujący odnaleźć się w życiu z kobietą, która ma dziecko i faceta za granicą. Później musi być ojcem dla nie swojej córki, ale ktoś wchodzi mu w życie i rujnuje wszystko, na co on pracował przez długi czas. To jest trudna sytuacja i dla niej zdecydowałem się zagrać w tym filmie. Dla sceny, w której mówię: „Ja się nią opiekuję, a ty przestań udawać tatusia”. Dochodzi do bójki i szaleńczego zakończenia sprawy...


Rozmawiał Ryszard Jaźwiński.

Zobacz drugą część wywiadu.

fot. Katarzyna Kural

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!