Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem świadomy

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jestem świadomy

Jestem świadomy

Wywiad-rzeka z Dawidem Ogrodnikiem – część druga.

Mówię do znajomego: „Nie ściągaj, kup tę płytę! Chłopaki mają z tego naprawdę mało kasy, a płyta jest super! To jest 30 złotych, a dla niego może 4-5 złotych od płyty. I teraz sobie wyobraź, jeżeli kilkaset ludzi to ściągnie, on nawet nie ma szansy żyć za to, co zrobił, bo ty mu to właśnie zabierasz!”

Dawid Ogrodnik wziął udział w zdjęciach do nowych spotów Legalnej Kultury.


Zagrałeś już w kilku znaczących filmach. Konsekwencją wielkiego powodzenia „Jesteś Bogiem” było rozpowszechnianie jego pirackich kopii. Jaki jest Twój stosunek do nielegalnej dystrybucji filmów? Zdarzało Ci się też ściągać pirackie pliki z Internetu?

Chyba nie ma takiej możliwości w Polsce, żeby tego nie robić. Często jednak rozmawiam o tym z chłopakami w teatrze, którzy nienawidzą ściągać i brzydzą się tym. Ja tak samo, bo gdy mogę kupić film, to po prostu go kupuję. Ostatnio jechaliśmy samochodem i mówię do znajomego: „Nie ściągaj, kup tę płytę! Chłopaki mają z tego naprawdę mało kasy, a płyta jest super! To jest 30 złotych, a dla niego może 4-5 złotych od płyty. I teraz sobie wyobraź, jeżeli kilkaset ludzi to ściągnie, on nawet nie ma szansy żyć za to, co zrobił, bo ty mu to właśnie zabierasz!”.

Czyli jesteś świadomy tego problemu?

Jestem świadomy. Z filmem „Jesteś Bogiem” też była sytuacja, która mnie strasznie wkurzyła. Nagle wyciekł dysk z wersją, w której nie wszystko było jeszcze dograne, a film pojawił się już w sieci i w tej formie był oglądany. Potem dowiedziałem się od kogoś, że oglądał taki niedokończony film we Francji, bo oficjalna wersja nie była dostępna. Teraz pytanie, dlaczego nie była dostępna? Dlaczego ktoś za granicą, a były takie głosy już wcześniej, nie może sobie tego filmu kupić, obejrzeć w sieci? Z pomocą Internetu można dziś zrobić wszystko.

Rozwiązaniem byłaby większa dostępność, możliwość legalnego ściągnięcia filmu, kupienia go w Internecie?

Oczywiście. Pokazują to też badania na świecie, że media dość mocno transformują się w kierunku Internetu. Nie pamiętam tytułu, ale premierowe odcinki jakiegoś serialu w Stanach obejrzało więcej osób w Internecie niż w telewizji. To pokazuje, jak media się zmieniają. Kolejne pokolenia będą coraz częściej sięgać do, miejmy nadzieję, legalnych źródeł. Często jest tak, że chcę zobaczyć coś, co było już w telewizji. I muszę szukać, a jeśli nie znajduję, to szukam tam, gdzie jest to nielegalne albo ktoś nagrał i może mi pożyczyć. To nie jest przyjemne, ale czasem konieczne. Myślę, że wszyscy, którzy popierają Legalną Kulturę, nie są hipokrytami z tego powodu, że im samym zdarzyło się coś nielegalnie ściągnąć. Byliby nimi wtedy, gdyby powiedzieli, że nie zdarzyło im się to nigdy, a w to akurat nie wierzę. Ważna jest intencja, sposób myślenia i nastawienie. To jest tak, jak w sytuacji, gdy widzisz, że facet na ulicy uderzył dziewczynę w twarz. Możesz przejść obok tego obojętnie albo zareagować. I ludzie reagują. Pewne osoby decydują się na to, żeby wypowiadać się w tej sprawie, mają swoje racje i myślę, że doprowadzą wreszcie do uregulowania możliwości legalnego korzystania z kultury w Internecie.



Telewizyjne doświadczenia też już masz za sobą. Wkrótce zobaczymy Cię w spektaklu Teatru Telewizji „Bezdech”. To autorska propozycja Andrzeja Barta, który wyreżyserował własny scenariusz. Jak doszło do tej współpracy?


Myślę, że miało to ścisły związek z miejscem, w którym planowano część zdjęć, czyli z TR Warszawa. Tak się złożyło, że grałem właśnie w tym teatrze, w „Nietoperzu” w reżyserii Kornéla Mundruczó. Zapewne Andrzej Bart oraz Witold Adamek, autor zdjęć do „Bezdechu”, widzieli moją rolę i to zaowocowało naszą późniejszą współpracą.

Zagrałeś Patryka, syna głównego bohatera „Bezdechu” granego przez Bogusława Lindę. Co ciekawe, początkowo Andrzej Bart zaproponował Ci inną rolę w tym spektaklu.

Najpierw miałem zagrać chłopaka, który spotyka głównego bohatera, słynnego w świecie reżysera filmowego i opowiada mu pewną historię. W jego odczuciu to świetny materiał na scenariusz filmowy. Postać ta powraca pod koniec spektaklu, buduje więc pewną fabularną klamrę.

Ostatecznie zagrał ją Arek Jakubik.

Nawet nie wiedziałem, kto ją w efekcie zagra, ale przyznam, że w pierwowzorze scenariusza wydawała mi się mało interesująca. Tym bardziej jestem więc ciekaw, co z tej roli zrobił Arek Jakubik, bo skończonego spektaklu jeszcze nie widziałem.

Zagrał ją śpiewająco...

To niesamowite, muszę koniecznie zobaczyć! Ja nie czułem w niej potencjału, który by mnie naprawdę wciągnął. Odkryłem go natomiast od razu po przeczytaniu scenariusza w postaci Patryka. W tym chłopaku były silne emocje. Niedawno zresztą do mnie wróciły i dziś pewnie zagrałbym go już inaczej.

Znalazłeś się więc w spektaklu w ciekawej sytuacji wyjściowej. Dorosły już syn spotyka swojego ojca, którego nigdy wcześniej nie miał okazji poznać.

Ich relacja była mocno ograniczona wyborami życiowymi Jerzego, który odniósł sukces w świecie i od dawna kręcił filmy zagranicą. A jako młody człowiek zostawił w Polsce swoją dawną dziewczynę z dzieckiem. Dopiero gdy po latach nieobecności wraca do kraju, ma szansę poznać dorosłego już syna. To szczególna sytuacja, którą chciałem poczuć w sobie. Jak to jest zobaczyć po tylu latach twarz ojca...

Niełatwo chyba zagrać taką sytuację?

I pewnie dlatego uwielbiam te sceny, które wydają się być najmniej istotne, w których pozornie niewiele jest do grania, a kumuluje się w nich najwięcej emocji. Te światy wewnętrzne bohaterów zderzają się ze sobą na przykład w scenie przy stole. To była jedna z najtrudniejszych do zagrania scen, a jednocześnie w pewien sposób dla mnie przyjemna. Myślałem o tym, jak to jest, gdy tak nagle poznaje się ojca. Myślałem o tych wyrzutach, które noszę w sobie, o tym, co mógł mi dać, a czego nigdy nie dostałem. Wtedy pojawia się silne wrażenie, że czekałem na ten moment, wiele razy go sobie wyobrażałem na rozmaite sposoby. I oto jest! I nic z tego nie wynika, bo życie płynie dalej...

Jest jeszcze jedno równie intensywne spotkanie przy stole, tym razem z matką, którą zagrała Małgorzata Potocka. W tej scenie pada zdecydowanie więcej słów.

Mój bohater to ma wspólnego ze mną, że również na wiele kwestii nie potrafi odpowiedzieć od razu. One wymagają przemyśleń, wykonania pewnej pracy, ustosunkowania się do tego, co mu się przytrafia, co w niego uderza. Tak było z tą postacią. Świetnie współpracowało mi się z panią Małgosią Potocką. Bardzo miło wspominam to spotkanie i już mam nadzieję na następne.

To było wasze pierwsze spotkanie?

Żałowaliśmy, że nie mieliśmy szansy spotkać się wcześniej. Zetknęliśmy się dopiero na planie, zaczęliśmy rozmawiać i było oczywiste, że chcemy więcej, intensywniej. Takie niespełnione bycie z kimś przynosi świadomość, że przy następnej okazji na pewno już się tego wspólnego czasu nie zmarnuje.

A jak będziesz wspominał spotkanie z Andrzejem Bartem?

Jako dobrą, twórczą współpracę. Pan Bart dał mi dużo wolności w budowaniu mojej roli. Wierzył, że my to zrobimy dobrze bez jego nadmiernego wtrącania się z jego strony. Mieliśmy spotkanie, wyjaśniliśmy sobie pewne rzeczy i szybko doszliśmy do porozumienia. Zaakceptował to, co mu zaproponowałem.

Nie stresowało Cię to, że grałeś w jednym spektaklu z tak wieloma znakomitościami aktorskimi? Czy raczej było to nobilitujące?

Strasznie denerwuję się spotkaniami z cenionymi aktorami tuż przed wejściem na plan, jeśli nie miałem okazji ich wcześniej poznać. W tej sytuacji wchodząc na plan, od razu mocno wchodziłem w rolę. Wiedziałem, co mam zagrać, więc jeśli było to spotkanie z matką bohatera, chciałem od razu przełamać pewne bariery. Tak, żeby móc się do niej przytulić, wypić z nią kawę, siedząc na łóżku. Nie miałem czasu myśleć o czyimś dorobku aktorskim, o szacunku dla czyjejś pracy, więc nie było to też dla mnie obciążające. Od razu trzeba było wchodzić w rolę. Ten proces refleksji uruchamiał się we mnie dopiero po skończonej pracy.



W „Bezdechu” świetne role, czasem nawet w niewielkich epizodach, zagrało wielu znakomitych aktorów. Na planie spotkałeś chyba tylko nielicznych?

Przy tym projekcie miałem szansę pracować przede wszystkim z Bogusławem Lindą i Małgorzatą Potocką. Przelotnie spotkałem się też z Arkiem Jakubikiem. Nie było więc mi dane poznać tych wszystkich świetnych aktorów, którzy wystąpili w spektaklu i skorzystać z ich doświadczenia. Oczywiście żałuję tego, ale jak się dowiedziałem, kto jeszcze zagrał w „Bezdechu” zrobiło mi się bardzo miło, że pojawiam się w takim towarzystwie. To buduje świadomość, że ktoś zaklasyfikował cię tak, jak chciałbyś być zaklasyfikowany. Wśród ludzi, którzy dobrze wykonują swoją robotę.

„Bezdech” zrealizowany jest w bardzo ciekawej, zdecydowanie bardziej filmowej niż teatralnej formie. Po Twoich dotychczasowych doświadczeniach w kinie nie było to już chyba zaskakujące?

Nie było, choć sądziłem, że więcej scen będzie zrealizowanych w przestrzeni teatralnej. Pewnie już się tak Teatru Telewizji nie robi, a przynajmniej rzadko. Spektakle Teatru Telewizji to właściwie osobny gatunek realizowany często podobnie jak film. Natomiast montaż w nim bywa zaskakujący, zbliżony do stylistyki teatralnej, nie pasujący do formy filmowej. To bardzo ciekawe, bo może dzięki takim doświadczeniom skorzysta i kino? Być może Andrzej Bart czy Witold Adamek, realizując pełnometrażową fabułę, sięgną po podobne pomysły w montażu, ten specyficzny rodzaj myślenia w pokazywaniu rzeczywistości w tak szczególny sposób. Spektakl Teatru Telewizji zrealizowany w filmowej formie to rodzaj eksperymentu, ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Andrzej Bart zaryzykował i zostało to już docenione.

Chociażby na niedawnym Krajowym Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru TV „Dwa Teatry”?

W Sopocie „Bezdech” zdobył w sumie sześć nagród i wyróżnień.

W tym wyróżnienie aktorskie dla Dawida Ogrodnika! A co w najbliższym czasie przed Tobą? Masz nowe projekty filmowe lub teatralne?

Mam propozycję udziału w kolejnym spektaklu Teatru Telewizji. Będzie go reżyserował znany nam Leszek Dawid.

Wracasz więc do reżysera, który Cię właściwie odkrył dla świata?

Nie mogę się już doczekać.

Nie mieliście siebie dość po tak intensywnej pracy na planie „Jesteś Bogiem”?

Będziemy chyba siebie nosić w sobie już chyba do końca życia i nie da się tego niczym osłabić. I nie ma znaczenia, czy spotykam się z nim często, raz na rok, czy przy określonych projektach. Zaskoczyła mnie jednak propozycja Leszka, bo wymaga ode mnie totalnej transformacji. Ciekawe, czy będziemy mieli to samo wyobrażenie granej przeze mnie postaci?

Masz na myśli wygląd fizyczny czy również konstrukcję psychiczną bohatera?

Jedno i drugie. Gram osobę transseksualną. Interesuje mnie, na co możemy sobie pozwolić w tym projekcie. Chciałbym, żeby mój bohater cały czas pozostawał w pewnej szczególnej konwencji, którą determinuje jego cielesność. Leszek dużo pracuje z aktorami przed zdjęciami i dzięki temu możemy próbować wielu, czasem ryzykownych rozwiązań.

Czyli znowu wyzwanie?

W dodatku strasznie mnie „jarające”. Wiem to od momentu, w którym dostałem tę propozycję.

Odnoszę wrażenie, że jesteś jednym z niewielu aktorów swojego pokolenia, który tak wiele potrafi zrobić z własnym ciałem, mimo że może to być ogromny wysiłek. Traktujesz swoją fizyczność jako istotny instrument w kreowaniu postaci?

Wydaje mi się, że jest coraz więcej osób, które pracują w ten sposób. Mam wrażenie, że młode pokolenie aktorów niesie ze sobą potencjał niesamowitej prawdy i chęci szukania w sobie. Jeżeli chodzi o polskie kino, to coraz mniej się o nie boję. Boję się raczej o to, że scenarzyści nie nadążą pisać dobrych scenariuszy i ról dla takich aktorów, niż o to, że tych osób zabraknie. Ról kreacyjnych, wymagających transformacji jest bardzo mało, a jednak wiele osób próbuje nadać im jakiś szczególny rys i koloryt. Choćby dość dwuznaczna i dziwna, w części homoseksualna, a jednak heteroseksualna postać Mateusza Kościukiewicza w „Bejbi Blues”, to coś nowego na polskim rynku. Pokazała, jak młodzi aktorzy, bo taki jest Mateusz, pragną szukać niebanalnych rozwiązań.

Czy masz wrażenie, że Twoje pokolenie dwudziestokilkulatków po szkołach teatralnych i filmowych reprezentuje nowy, współczesny styl aktorstwa?

Nie wiem, czy nowy. Myślę, że ten styl można zauważyć już od wielu lat w filmach z całego świata.

Masz na myśli realizm, naturalizm w kreowaniu postaci?

Na pewno. Wiadomo, że nie ucieknie się od tego, że to ma być naturalistyczne. Myślę, że często rzeczy naturalistyczne kojarzą nam się z tym, co sami doświadczamy. Wszystko, co robisz, może być organiczne. Myślę, że chodzi tutaj o odkrywanie nowych możliwości, bo wchodzisz w coś zupełnie innego od ciebie, a jednak to jest twoje, bo wypływa z ciebie. Ja przekonałem się o tym bardzo mocno i wierzę, że tak jest. Oczywiście wymaga to zaangażowania i ogromnej pracy, ale w gruncie rzeczy dostajesz to wszystko „z góry”. Zdarzają się czasem niezwykłe sytuacje. Miałem takie doświadczenia z Dorotą Kolak przy „Chce się żyć”. Nie musieliśmy rozmawiać, żeby grać. Było oczywiste, że ona jest cały czas ze mną. Mieliśmy przynajmniej dwie czy trzy sceny, które powstały poza naszą kontrolą – poza kontrolą emocji i świadomości. Pierwszy raz miałem wrażenie, że coś nie jest moje, na przykład nigdy się tak nie rozpłakałem. Płakałem, ale nigdy w taki sposób. Coś jest ci po prostu dane. Ostatnio Dorota zadzwoniła do mnie, bo miała jakąś sprawę i nie umiałem zapomnieć, że to jest moja mama. Myślę, że już do końca życia będę ją tak traktował. Nie umiem obdarzyć jej rodzajem dystansu wynikającego z faktu, że jesteśmy po prostu znajomymi z pracy. Nie umiałbym przejść gdzieś obok niej, powiedzieć „Dzień dobry pani Doroto!” i pójść dalej. Musiałbym się do niej przytulić...

Zastanawiam się teraz czy to, że wchodzisz tak głęboko w grane postaci jest dla Ciebie dobre, czy też może być destrukcyjne. My widzowie jesteśmy zachwyceni efektem, ale czy Ty sobie z tym później radzisz?

Powiedzmy, że tak. (śmiech) Każdego dnia biorę to „na klatę”. Są różne metody, żeby sobie radzić, znane i mniej znane. Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że to jest trudne dla każdego, kto myśli w ten sposób i tak realizuje się w aktorstwie. Niektórzy na świecie przyznają się do tego, że poświęcają pół roku, żeby z czegoś wyjść i poskładać się z powrotem, a inni nie mają z tym problemu. Jakakolwiek jest tego cena i jak dużo czasu musisz się z tym mierzyć, kiedyś to docenisz. Sądzę, że za wiele lat, kiedy już nie będę miał szansy zagrać takich ról, popatrzę na nie i pomyślę sobie: „Mimo wszystko było warto!”.


Rozmawiał Ryszard Jaźwiński.

Zobacz pierwszą części wywiadu.

fot. materiały Legalnej Kultury

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!