Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Rzuciłam się na kino

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Rzuciłam się na kino

Rzuciłam się na kino

05.10.22

„Kiedy odeszłam z «M jak miłość» od jednej z reżyserek castingu usłyszałam, że role w filmach zacznę dostawać po karencji dziesięciu lat. Ta informacja lekko mnie przeraziła, bo byłam już wtedy czterdziestoletnią aktorką…” – wspomina Małgorzata Kożuchowska. Z aktorką rozmawiał Paweł Rojek.

 

Jeżeli możemy, tak zacznę od początku, bo jestem ciekaw, jak pamiętasz swoje przejście z komfortu szkoły teatralnej w dorosły świat prawdziwego aktorstwa?

 

Myślę, że miałam dużo szczęścia, dlatego, że przejście z rzeczywistości szkoły teatralnej do profesjonalnego uprawiania tego zawodu było dla mnie dosyć płynne. Pierwszą propozycję dostałam na drugim roku Szkoły Teatralnej. To był Teatr Telewizji w reżyserii Wiesława Komasy, czyli opiekuna mojego roku. Grałam tam dużą rolę u boku Hanny Skarżanki i Ryszardy Hanin, więc to był dla mnie taki „chrzest bojowy” i ogromne wyróżnienie. Od tego momentu już w szkole dosyć dużo pracowałam. Były to przede wszystkim Teatry Telewizji, raz mniejsze, raz trochę większe role, ale one dały mi obycie i kiedy opuszczałam mury szkoły, to miałam już pewne zawodowe doświadczenie. Na 4. roku, czyli po pierwszym dyplomie, którym był „O Beri – Beri” też w reżyserii Wiesława Komasy, na podstawie „Matki” Witkacego, po samej premierze, przyszedł do garderoby podziękować za przedstawienie ówczesny dyrektor Teatru Dramatycznego, a nasz dziekan Piotr Cieślak i powiedział, że zaprasza mnie na rozmowę do teatru. Poczułam, że złapałam Pana Boga za nogi. Jestem z pokolenia, które marzyło o tym, żeby mieć etat w teatrze. Ale wrócił po trzech minutach i powiedział: „Właściwie wiesz, co? Już nie przychodź, bo mam dla ciebie konkretną propozycję, to jest Aldonza/Dulcynea w «Człowieku z la Manchy» w reżyserii Jerzego Gruzy”. Pamiętam, że latałam nad ziemią ze szczęścia. Potem się okazało, że to wcale nie było takie łatwe. To było pierwsze i ostatnie, jak do tej pory, takie moje doświadczenie w teatrze – grałam w tak zwanej czwórblurze, czyli oprócz mnie były jeszcze 3 wykonawczynie tej roli. Ja byłam najmłodsza, więc zawsze byłam na szarym końcu. Musiałam się właściwie zgłaszać, żeby coś móc przepróbować. Ale grałam potem to przedstawienie najczęściej, ponieważ zostałam członkiem zespołu Teatru Dramatycznego, więc byłam na miejscu. Byliśmy z tym spektaklem w Meksyku, na festiwalu Cervantesa w Guanajuato, więc mam związane z nim wspaniałe wspomnienia. Natomiast jak sobie teraz z perspektywy moich doświadczeń teatralnych myślę , czym ta rola była dla takiej młodej dziewczyny – studentki 4. roku, to myślę, że to było poważne wyzwanie. Duża scena Teatru Dramatycznego, ogromna widownia. Oprócz tego – musical, czyli trzeba i grać (to jest rola dramatyczna) i trzeba śpiewać z orkiestrą na żywo. Ta rola została mi „zaliczona” jako drugi dyplom, bo w szkole trzeba mieć dwa spektakle dyplomowe. 

Szybko Cię pokochało kino, głównie dzięki Juliuszowi Machulskiemu i jego „Kilerowi”. To był skok na głęboką wodę, bo wiadomo, że taki film Machulskiego mógł Cię z jednej strony zaszufladkować, ale z drugiej strony otworzyć drogę do kariery.

 

Rolę dziennikarki Ewy Szańskiej otrzymałam wygrywając casting. Na pewno to był film, który dał mi nazwisko. Oczywiście nikt się nie spodziewał takiego sukcesu. Wtedy nie chodziło się na polskie filmy. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ten film przyciągnął z powrotem widzów do kin. Cieszył się ogromną popularnością i frekwencja była ogromna. Dostaliśmy w Gdyni Złotego Klakiera. To był najdłużej oklaskiwany film festiwalu. Plejada gwiazd, z którymi miałam stanąć na planie onieśmielała: Cezary Pazura, który wtedy był absolutnie u szczytu swojej popularności, Marek Kondrat, Jerzy Stuhr i Kasia Figura. Miałam jedno założenie: niczego im nie popsuć, ale nie zostać niezauważona. Wówczas nie umiałam na spokojnie oglądać tego filmu i ocenić tego, jak zagrałam. Ale teraz, ponieważ ten film cały czas się cieszy popularnością i czasem natykam się na niego gdzieś w telewizji, myślę sobie: „Kurczę, fajnie gram…. mimo tego, że pamiętam, jak bardzo się stresowałam na planie. Czułam ogromną presję, ale i poczucie odpowiedzialności, nie chciałam, żeby Juliusz Machulski myślał, że postawił na niewłaściwego konia. Choć ten film na pewno jakieś swoje piętno na mnie odcisnął, bo najczęściej przychodziły do mnie propozycje ról temperamentnych silnych kobiet w filmach komercyjnych.

 

Mówisz, że musiałaś odrzucać te role, które przychodziły, ale byłaś nadal młodą, początkującą aktorką. Było ryzyko, że jak odrzucisz, to już cię nikt nie będzie chciał.

 

Ja tego tak nie postrzegałam i zawsze byłam optymistką. To może naiwność, ale zawsze uważałam, że jeżeli będę dobra w tym, co robię, jeśli będę uczciwa, jeśli będę te zadania, które do mnie przychodzą traktowała z szacunkiem i wdzięcznością, będę się do nich przykładała, to po prostu będę miała pracę. Oczywiście ten zawód, to nie jest koncert życzeń i różnie się może zdarzać. Ale miałam też to szczęście, że byłam już na etacie w teatrze, że w teatrze właściwie przechodziłam od premiery do premiery. I to były bardzo ciekawe rzeczy. Więc nie miałam takiego poczucia, że wpadnę w jakąś czarną dziurę.



Fot. Nina Eberhardt/Stor9


Czym się teraz kierujesz wybierając rolę?

 

Na pewno intuicją. Czytam scenariusz i albo coś mnie w nim porusza i zwyczajnie podoba mi się, wydaje mi się interesujący, albo nie. Zazwyczaj też patrzę z perspektywy tego, co przed chwilą zrobiłam. Staram się, żeby moje wybory były urozmaicone. Jeżeli gram dużo w komediach, to potem lubię zrobić jakiś dramat. I bardzo ważne też jest dla mnie towarzystwo, czyli kto mnie zaprasza do współpracy i z kim się spotkam na planie. To jest też dla mnie taką gwarancją jakości. Ponieważ dużo pracowałam w serialach, jednocześnie pracując cały czas w teatrze, miałam głód kina. Kiedy odeszłam z „M jak miłość” od jednej z reżyserek castingu usłyszałam, że role w filmach zacznę dostawać po karencji dziesięciu lat. Ta informacja lekko mnie przeraziła, bo byłam już wtedy czterdziestoletnią aktorką…. Więc kiedy one zaczęły przychodzić, to się właściwie rzuciłam na to kino.

 

Najpierw "zrobiłaś" sobie nazwisko i twarz dzięki „Kilerowi”, potem utrwaliło się to dzięki „M jak miłość”, następnie była „Rodzinka.pl”. Na pewno ludzie na ulicy cię zaczepiali. Jak sobie radzisz z popularnością?

 

Uważam, że popularność dla aktora, mimo jakichś cieni, jest dobrodziejstwem. Pamiętam, że kiedy, byłam bardzo młodą dziewczyną, która marzyła właśnie o tym, żeby zostać aktorką, to myślałam o tym, że chciałabym być aktorką znaną i szanowaną. Cieszyło mnie to, że jestem traktowana przez widzów ciepło, że czuję, że jestem lubiana. Chociaż był taki moment, kiedy grałam Hankę Mostowiak, która była czarnym charakterem, przez ileś tam sezonów, że zaczęłam odczuwać na własnej skórze, chłód bijący w moją stronę od widzów. Wtedy zadzwoniłam do Ilony Łepkowskiej i poprosiłam ją o to, żeby spróbowała ocieplić tę postać, bo wolałabym nie zostać aktorką bardzo znaną i bardzo nielubianą. Oczywiście to był zabieg ryzykowny, ale to, co Ilona wtedy wymyśliła, było świetne – widz uwierzył w przemianę. I poczułam się traktowana przez widzów jak ktoś z rodziny, ktoś bardzo bliski. Były różne zabawne sytuacje. Czasami w najmniej oczekiwanych miejscach czy sytuacjach byłam zaczepiana lub proszona o zdjęcie, ale nie czułam dystansu, tylko słyszałam: „O Gośka!” albo „O nasza Hanka” mimo tego, że też bardzo pilnowałam, żeby nie zostać Hanką Mostowiak. Zależało mi jednak, żeby ludzie wiedzieli, że Hanka to Hanka, a ja to Małgorzata Kożuchowska – aktorka, która tę Hankę gra. 

 

Interesujesz się modą i dbasz o wizerunek. Niedawno na pokazie Gosi Baczyńskiej znowu zostałaś zauważona. Na pewno bardzo świadomie dobierasz kreacje. Czy zwracasz uwagę potem na komentarze?

 

Oczywiście, że moje wybory są absolutnie świadome. Przez wiele lat pracowałam bez stylistki i sama decydowałam o tym, co zakładam. Oczywiście we współpracy z polskimi projektantami. Bardzo sobie tę współpracę ceniłam i to są do dzisiaj trwające przyjaźnie. Zresztą fascynujące, bo zawsze byłam wielką orędowniczką ich talentów i cieszyłam się, że mamy coś, co możemy pokazać na świecie, i że możemy być z tego dumni. Mamy tylu utalentowanych projektantów, którzy kreują modę i w niczym nie ustępują (no, może budżetami jedynie), tym, którzy robią modę na świecie. Potem już było mi trochę trudniej, kiedy urodziłam dziecko. I czas poświęcany mojemu synkowi stał się dla mnie najważniejszy, więc poprosiłam o pomoc stylistkę.



Fot. Nina Eberhardt/Stor9

Jak wspominasz swoją przygodę z muzyką i z zespołem Futro?

 

Szczerze mówiąc, to jest taka sfera mojej działalności, za którą tęsknię. Tęsknię dlatego, że wydaje mi się, że muzyka daje taką nieprawdopodobną przestrzeń wolności. Wydaje mi się, że większą niż ma aktor w tworzeniu swoich postaci. W tej mojej przygodzie z Futrem, z Wojtkiem Applem i Konradem Kuczem, było tak, że ja dostawałam od nich materiał muzyczny i Układałam z sampli piosenkę, dawałam jej kształt, wymyślałam melodię i słowa. I czułam się wtedy naprawdę, jak artysta, który tworzy coś swojego od samego początku. Muzyka dawała mi oddech. Odpoczywałam, bardzo dobrze to wspominam i chętnie bym jeszcze kiedyś zrobiła coś w tej materii. To była super przygoda.

 

Bardzo mi się podoba, jak artyści wykorzystują swoją popularność do pomagania. Wiem, że jesteś ambasadorką Fundacji Mam Marzenie. Skąd to się wzięło i czy widzisz, że twoje działanie rzeczywiście coś zmienia?

 

To była dla mnie jakaś naturalna kolej rzeczy, popularność ma ogromną siłę. Pomyślałam sobie, że byłoby nieprzyzwoite, gdyby nie wykorzystać tej mocy w dobrym celu. A ponieważ to był taki czas (popularność M jak Miłość), kiedy byłam zasypywana naprawdę mnóstwem różnych próśb i propozycji włączenia się w działania pomocowe, starałam się, w miarę swoich możliwości, głównie czasowych, wychodzić im naprzeciw. Ale w pewnym momencie miałam poczucie, że są to działania nieskoordynowane, i że trzeba to w jakiś sposób usystematyzować i nadać temu bardzo konkretny kierunek – to znaczy zaangażować się w jakąś konkretną rzecz i wtedy te działania przyniosą lepsze rezultaty. Pamiętam, że zostałam zaproszona do Poznania na galę Fundacji Mam Marzenie, z którą już robiłam kilka projektów: przychodziłam do szpitali, spotykałam się z dziećmi, co też dla mnie było wielkim przeżyciem. Wtedy ówczesna prezes Fundacji zapytała, czy nie chciałabym się związać z nimi na dłużej. Chciałam spróbować. I działamy razem już ponad 10 lat. W pracy FMM ujęło mnie to, że realizujemy marzenia dzieci z chorobami zagrażającymi życiu. Przez pryzmat wielu tysięcy spełnionych marzeń widzimy, że te spełnione marzenia, a często też czas oczekiwania na ich spełnienie, mobilizuje organizm do walki z chorobą i to jest niesamowite. Sama byłam wielokrotnie świadkiem takich niesamowitych historii. I pamiętam taki przypadek, gdy marzeniem małego pacjenta z chorobą onkologiczną była podróż do Rzymu. Dostałam informację, że stan zdrowia chłopca nie pozwala na realizację marzenia i że jest mało prawdopodobne by jego stan się w ogóle poprawił. Ale czekaliśmy z nadzieją….  Nie na darmo! Chłopiec poleciał do Rzymu, a po powrocie jego stan błyskawicznie zaczął się poprawiać aż do całkowitego wyleczenia. Lekarze nie byli w stanie wytłumaczyć z medycznego punktu widzenia, co się stało, więc wiem, że jest w tym głęboki sens i zawsze wszystkich namawiam do pomagania.

Wróćmy do aktorstwa. Na razie trafiło ci się niewiele ról postaci historycznych. Jak bardzo w takich sytuacjach próbujesz rzeczywiście dotrzeć do historii tej osoby i poznać ją, a na ile szukasz własnej interpretacji na podstawie scenariusza?

 

Zawsze, jeśli mam grać postać autentyczną, która żyła albo żyje, uważam za swój obowiązek, by poznać jej historię ze wszystkich dostępnych źródeł. Żeby mieć jak największą wiedzę na temat tej osoby, jej motywacji, żeby zrozumieć jej wybory. Chcę poznać jej charakter, temperament, gust, poglądy, hierarchię wartości. Dowiedzieć się czy miała poczucie humoru, czy była osobą empatyczną. Jaki był jej stosunek do rodziny? Mnóstwo różnych faktów, które składają się na wiedzę na temat człowieka. Natomiast grana postać jest jednak moją interpretacją, zderzeniem mojej wrażliwości i mojego sposobu patrzenia na tę osobę - wyobrażenia o niej.

 

Film „Zołza” był promowany jako autobiografia Ilony Łepkowskiej, ale po obejrzeniu go widzę, że tylko fakt, że bohaterka jest producentką nasuwa skojarzenie z autorką książki, na podstawie której powstał scenariusz. Widzę natomiast, że jest to forma puszczenia oka do widza, jak w scenach, w których jest mowa o Hance Mostowiak, o twojej elegancji czy nazywaniu bohaterki „królową seriali”.

 

Na pewno jest to puszczanie oka do widza. Poza tym też Ilona Łepkowska nie ukrywała tego, że to nie jest autobiografia jeden do jeden na poważnie. To jest autoironiczna komedia. Tam się jest pewien nawias, jakiś cudzysłów. Nie stawiamy pomnika i nie robimy dokumentu biograficznego, tylko lekki film, w którym można odnaleźć elementy biografii scenarzystki i producentki, ponieważ bohaterka uprawia takie właśnie zawody. Ale ponieważ Ilona zdecydowała się powierzyć mnie tę rolę, więc też wydawało mi się, że fajnie będzie, jeśli znajdą się tam jakieś smaczki, które mogą się widzowi kojarzyć również ze mną. 


Fotos z filmu "Zołza". Fot. Bartosz Mrozowski

Pierwszy raz jesteś wymieniona jako producentka, w napisach końcowych. Czy to jest wstęp do nowego rozdziału twojego życia?

 

Zobaczymy, jak się to potoczy. Mam jakieś pomysły. Wydaje mi się, że jestem w takim momencie swojego zawodowego życia, ale też w takim momencie życia, że chciałabym mieć trochę więcej wpływu na to, co robię i jaki to ma ostateczny kształt. Ciekawi mnie to. Uważam, że to jest bardzo fajna sprawa, że nie oddaję siebie, jako aktorka, po zejściu z planu ostatniego dnia zdjęciowego w czyjeś ręce, tylko mogę dalej nad tym materiałem pracować. Daje mi to większe poczucie bezpieczeństwa. I też możliwość bycia takim pełniejszym twórcą, aniżeli aktor, którego praca się kończy w momencie, kiedy już zagra swoją rolę.

 

A co po „Zołzie”? Są już znane kolejne tytuły „Wygrać marzenia”, „Gdzie diabeł nie może, tam baby pośle - Tajemnice polskich fortun”…

 

Ten film kręciłam rok temu latem, a do kin wchodzi w październiku. To już mój trzeci film z Januszem Heathcliffem Iwanowskim po Procederze i Gierku. Jeszcze nie miałam okazji go zobaczyć.  Na swoją premierę czekają też „Chłopi” Doroty Kobieli .



Fotos z filmu "Gierek". Fot Robert Pałka


To było robione metodą performance capture? Jak się w tym czułaś?

 

Pierwszy raz mi się zdarzyło brać udział w takim gatunku. Praca była fascynująca, bardzo wnikliwa. Mieliśmy dosyć dużo czasu. Dorota jest reżyserką, dbającą o każdy szczegół, ale też dającą wolność aktorowi. A poza tym pomysł, żeby zrobić w tej chwili adaptację „Chłopów” Reymonta jest doskonały. To jest wciąż bardzo aktualna opowieść. Grałam Organiścinę. Zagrałam też w „Domu wybranych” Wojtka Nowaka pandemia nam pokrzyżowała plany i jeszcze mamy jakieś zdjęcia we Włoszech do dokończenia. Za mną już premiera „Zołzy”, więc zapraszam do kin. Jestem ciekawa bardzo, jaki będzie odbiór. Teraz jestem w trakcie intensywnych prób do kolejnej sztuki w reżyserii Wojtka Farugi robimy „Dekalog” na podstawie książki Kieślowskiego i Piesiewicza – próby zaczęliśmy jeszcze przed wakacjami, a premiera już 8 października w Teatrze Narodowym. W tej chwili teatr jest dla mnie najważniejszy, chcę się na tym skupić. A potem zasłużone wakacje…. 





Rozmawiał Paweł Rojek

Zdjęcie główne: Fot. Bartosz Mrozowski




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Jeśli podoba Ci się nasz artykuł, udostępnij go


Do góry!