Ja w internecie

PROGRAM SZKOLENIOWY W ZAKRESIE ROZWOJU KOMPETENCJI CYFROWYCH



Wyszukaj na stronie "Ja w internecie"



Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Czwarty kolor Kieślowskiego

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Czwarty kolor Kieślowskiego

Czwarty kolor Kieślowskiego

26.06.21

Pytanie, które mi zawsze przyświeca – takie pytanie bardzo „krzysztofowe” – to: „Dlaczego?”. To jest fundamentalne pytanie dla Kieślowskiego i jego bohaterów – „dlaczego taki jestem”, „dlaczego tak się stało”, albo „dlaczego ten człowiek jest taki, a nie inny" – mówi Maria Kieślowska w rozmowie z Dianą Dąbrowską. Specjalnie i zupełnie wyjątkowo z okazji 80. rocznicy urodzin Krzysztofa Kieślowskiego.

 

Jak z pani perspektywy wyglądało przejście Kieślowskiego z dokumentu do fabuły? Pani mąż był wtedy bardzo cenionym dokumentalistą w kraju. Czy tym punktem przełomowym była realizacja filmu „Dworzec”?

 

Rzeczywiście Krzysztof mówił o tym, jak gdyby to była pewna granica. Świat dokumentu i osobno świat fabuły. Wydaje mi się jednak, że te elementy fabularne zaczęły się w jego twórczości pojawiać wcześniej, jeszcze przed podjęciem tej decyzji. Podczas realizacji zdjęć do filmu „Dworzec” zarekwirowano taśmy. Miały one ewentualnie dostarczyć jakiś dowodów w dochodzeniu policji dotyczącym dramatycznego zdarzenia, które miało miejsce właśnie na dworcu. Okazało się, że film można wykorzystać jak rodzaj donosu, dowodu w sprawie. Stąd – w moim przekonaniu – ta zmiana kierunku.

 

Oczywiście pewne zarzuty ze strony krytyki pojawiły się już po premierze „Z punktu widzenia nocnego portera”. Określano ten dokument mianem „sterowanego”. Do pewnego stopnia tak było. Krzysztof i jego ekipa zadawała konkretne, przemyślane pytania swojemu bohaterowi. Nikt jednak nie wiedział, jak ów bohater na nie odpowie. Jakiego rodzaju dialog pojawi się ostatecznie w filmie. Decyzja o przejściu ma stronę fabuły dojrzewała u Kieślowskiego, nie była zatem nagła. Często powtarzał po latach, że lepiej mu z tym, że płaci aktorowi by płakał. Bo płacz prawdziwy, do którego mógłby dopuścić, nie zawsze służy dla bohatera dokumentu.

 

Praca nad fabułami okazała się tak intensywna, że Krzysiek nigdy nie znalazł już czasu na dokument. I choć mogłoby się wydawać, że kino dokumentalne już mniej go interesowało, to Kieślowski zawsze szanował dokument. To była jego wielka, porzucona miłość.

 

Jak pani wspomina ówczesną wspólnotę filmowców? Jak wyglądały ich spotkania? Czy często odbywały się one u was w domu?

 

Jako niezwykle solidarną i przyjaźnie do siebie nastawioną. To była prawdziwa wspólnota, która pomagała sobie wzajemnie na komisjach kolaudacyjnych i w walce z cenzurą. Wspólnie też pracowali nad swoimi scenariuszami. Słuchali się, a to bardzo ważne. Wspominam ten czas w naszym życiu jako niezwykle pełen wrażeń.

 

Trzeba pamiętać, że większość znała się z Łodzi. Wiele żon reżyserów znałam również ze studiów. Tak nas los połączył. Po Szkole Filmowej, takim ich „drugim domem” stała się warszawska Wytwórnia Filmów Dokumentalnych. Pokazywali tam nakręcone materiały, wymyślali sobie tytuły filmów, udzielali porad, które nie zawsze musiały być brane pod uwagę przez reżysera, ale jednak ta grupa funkcjonowała w głębokiej przyjaźni. Ufali sobie.

 

Bardzo ważnym, jeśli nie przełomowym w karierze Kieślowskiego, było spotkanie Krzysztofa Piesiewicza. Jak sam Piesiewicz mówił po latach – połączył ich dokument, „filmowy” (w przypadku Kieślowskiego) i życiowo-sądowy (w przypadku Piesiewicza). Jak z pani perspektywy wyglądało to spotkanie „dwóch Krzysztofów” i czy od początku miała pani taką intuicję, że ich relacja przekształci w idealny tandem?

 

Od początku miałam takie wrażenie. Co prawda nie byłam świadkiem ich pierwszego spotkania, natomiast dokładnie pamiętam dzień, w którym Piesiewicz pierwszy raz nas odwiedził. Od razu mnie zaciekawił. Mówił niezwykle ciekawe rzeczy. Widziałam w oczach Krzysztofa rosnące zainteresowanie Piesiewiczem.

 

Ten dialog Kieślowskiego z Piesiewiczem trwał do samego końca, a Krzysiek [Piesiewicz] stał się po prostu częścią mojej rodziny. Bywał u nas prawie codziennie. A że prowadził przez długi czasu równolegle działalność prawniczą, przychodził do nas zazwyczaj późną porą i tak spędzali z Kieślowskim długie noce pracując nad scenariuszami, dyskutując.

 

Czy w ich przypadku zadziałała zasada „przeciwieństwa się przyciągają”?

 

Może i w pewnych kwestiach byli przeciwieństwami, ale ważniejsze jest to, co ich łączyło. A łączyła ich podobna ciekawość i zainteresowanie drugim człowiekiem. I to w ich filmach widać. Oni się bardzo dobrze rozumieli. Natomiast jeśli chodzi o sposób organizacji pracy czy cechy charakteru, to rzeczywiście w tym się różnili. I potrafiło między nimi również iskrzyć. Kieślowski był bardzo obowiązkowy, wręcz rygorystyczny. Piesiewicz zaś bardziej wyluzowany i nie przywiązywał wagi w takim stopniu jak Kieślowski. Najlepszym tego przykładem są spóźnienia Piesiewicza, które Kieślowskiego potrafiły czasem doprowadzać do szału. Ale to wszystko ostatecznie nie było ważne, bo dopełniali się w pracy. To, co ich łączyło, można śmiało nazwać prawdziwą – i naprawdę rzadko spotykaną – przyjaźnią.

 

Autor zdjęcia: Piotr Jaxa
Plan zdjęciowy filmu „Trzy kolory. Czerwony”. Krzysztof Kieślowski (reżyser) obserwuje Irene Jacob (Valentine) podczas wykonywania ewolucji baletowych.


Wielu współpracowników Kieślowskiego podkreśla, że była pani ukrytą bohaterką wielu jego filmów. Krzysztof Wierzbicki wspomina na przykład: „Usłyszałem od reżysera jedną szczególną wskazówkę przy castingu do „Siedmiu kobiet”, żeby tak znaleźć, wszystkie muszą być podobne do siebie, a typem urody przypominać moją żonę”. Przepiękne.

 

Myślę, że Kieślowski wyobrażał sobie, że w filmie będą nieduże brunetki, stąd ta uwaga do Wierzbickiego. I że casting akurat nie ma nic wspólnego z miłością do mnie (uśmiech). Szczerze mówiąc boje się tego typu spostrzeżeń. Boję się, że ludzie zaczną interpretować niektóre postaci z filmów Kieślowskiego przez pryzmat mojej osoby. Już w przeszłości pytano mnie na przykład, ile z naszego życia jest w filmach. Czy to co się wydarzyło na przykład w „Amatorze”, kiedy Irena rzuca zafajdanymi pieluchami w stronę Filipa, to scena pochodząca z naszego małżeństwa. Czy u nas też tak było, że sztuka wchodziła mocno w życie i je wręcz uzależniała. Odczytanie filmów w taki sposób jest niebezpieczne i najprościej mówiąc – błędne. Nie ma po co doszukiwać się w filmie faktów z życia prywatnego, bo może prowadzić to na manowce.

 

Oczywiście. Ale zdarzało się jednak, że niektóre sytuacje, które was spotykały, na przykład we Francji, przechodziły później do filmów. Stanisław Latek zdradził mi w rozmowie, że scena w „Niebieskim”, w którym Julie w środku nocy staje się – z perspektywy swojego mieszkania – świadkiem bójki, jest inspirowana zdarzeniem z waszego życia.

 

Tak, zgadza się. I to jest świetny przykład na to, jak Kieślowski czerpał z rzeczywistości nawet w przypadku tych późniejszych, francuskich filmów. Pewnej nocy w Paryżu, obudziły nas dramatyczny, kobiecy krzyk. Zerwaliśmy się z łóżka, wyszliśmy na balkon. Nie byliśmy w stanie zrozumieć o co chodzi. Wypadek? Morderstwo? Nie wiedzieliśmy jak pomóc, od czego zacząć, bo po prostu nie rozumieliśmy sytuacji. Dzwonić na pogotowie, a może na policję? Jak wytłumaczyć w ogóle to co się dzieje, skoro sami nie rozumiemy? To jest okropne uczucie, kiedy nie rozumie się, co się dzieje. I Kieślowski o tym pisał w swojej autobiografii. Nie wyobrażał sobie na dłuższą metę życia za granicą, ponieważ czuł, że nigdy nie będzie potrafił zrozumieć otoczenia w zadawalający go sposób.

 
Autor zdjęcia: Piotr Jaxa
Krzysztof Kieślowski (reżyser) i odtwórczyni głównej roli Juliette Binoche w paryskim mieszkaniu Julie na planie zdjęciowym tryptyku „Trzy kolory. Niebieski”. W tle niebieski żyrandol – jedyny przedmiot, jaki Julie zabrała z podparyskiej posiadłości swojego męża


Kieślowski o wielu rzeczach mówił z pewnym intelektualnym dystansem, ale często nie brakowało w tym ironii, humoru. Jego współpracownicy i współpracowniczki podkreślają, że miał właśnie niesamowite poczucie humoru. Kieślowski myślał kiedykolwiek poważnie o zrealizowaniu komedii?

 

Szczerze mówiąc, nie słyszałam, żeby marzył o zrealizowaniu komedii. A w niektórych filmach fabularnych – jak „Amator” czy „Trzy Kolory. Biały” – ewidentnie pojawiają się elementy komediowe. To, że Krzysztof miał niezwykle poczucie humoru, to oczywiście prawda. Ale był to bardziej humor sytuacyjny. Nie jestem w stanie opowiedzieć jakiegoś żartu, który Kieślowski by powtarzał na okrągło. Ale przed oczami mam mnóstwo zabawnych sytuacji, które są właściwie nie do powtórzenia bez niego. Wszyscy mieli jakieś przezwisko, ksywę. Ja na przykład byłam „Generałem Maczkiem”, bo maszeruję zazwyczaj z torebką generalskim krokiem. Mówił do mnie „Generalciu”.

 

Po światowym sukcesie „Dekalogu”, jeszcze przed realizacją „Trzech Kolorów”, zaczął się prawdziwy szał na Kieślowskiego i jego twórczość. Podróżowaliście państwo po całym świecie – festiwale, retrospektywy… Jak wyglądały wówczas kontakty z Polakami na świecie? Jak Kieślowski był odbierany przez zagraniczną Polonię?

 

Zdarzało się, co mnie nawet zaskakiwało, że w Paryżu ludzie zaczepiali nas na ulicy. Polacy i Francuzi. Nie tylko znali jego filmy, ale także go rozpoznawali. Pamiętam taką sytuację, jak kiedyś nocą siedzieliśmy we trójkę – ja, Krzysiek i Zbyszek Preisner – w jakieś restauracji, w ogródku na zewnątrz. Trzech młodych ludzi nas minęło, żeby następnie wrócić i się z nami przywitać. Chwalili filmy Krzyśka, które tego samego dnia widzieli w kinie.

Z takich spotkań z Polakami na świecie, bardzo miło wspominam czas spędzony w Kanadzie. W Vancouver podejmował nas m.in. konsul. Kieślowski był już wówczas nieludzko zmęczony, najchętniej spędzałby czas odpoczywając w pokoju hotelowym. Jeśli miał wyjść, to tylko dosłownie powiedzieć „dzień dobry” na scenie i wrócić. A musiał się pokazać, bo takie były kontrakty producenckie. Ale temu konsulowi bardzo zależało na zorganizowaniu specjalnej kolacji dla nas i spotkania z Polonią. Kieślowski nawet nie chciał o tym słyszeć, bo po prostu nie miał siły. Próbowałam go przekonać, ostatecznie umówiłam się z nimi potajemnie. Kieślowski był początkowo wściekły… Stanęło na tym, że pójdzie na kolacje z konsulem, ale bez marynarki i będzie mógł palić. Konsul przyjechał po nas pięknym, odrestaurowanym samochodem, tak jakby wiedział, że Krzysiek jest wielkim fanem motoryzacji. Kochał samochody, chyba zaraz po filmach. Konsul wychodzi z auta i okazuje się, że sam nie ma marynarki. Mało tego – dyplomata również był palaczem! Spędziliśmy naprawdę cudowny wieczór, wyluzowani. Udało się tym samym potwierdzić oficjalnie spotkanie z Polonią, które okazało się kolejnym strzałem w dziesiątkę. Polacy własnymi siłami udekorowali trzy sale w trzech kolorach – białym, czerwonym i niebieskim. Wszystko było starannie dobrane pod kolor – wystrój, napoje, potrawy. Ale jeszcze ważniejsza okazała się dyskusja po filmie. Zadawali tak ciekawe, nietuzinkowe pytania, że Kieślowski się niezwykle ożywił, a to zdarzało mu się coraz rzadziej. Bardzo często pytania – szczególnie dziennikarzy – brzmią bardzo podobnie. A w przypadku Kanady, było zupełnie odwrotnie. Byliśmy naprawdę pod ogromnym wrażeniem.


Czy z „francuskiej perspektywy” tęskniliście za czymś szczególnie?

 

Tęskniliśmy za Polską po prostu – za językiem, prasą, teatrem. Ale nie zapominajmy, że we Francji byli Polacy, mieliśmy ekipę – Zbigniew Preisner, Sławomir Idziak, montażystka Urszula Lesiak, przyjeżdżali aktorzy, przyjaciele. Dojeżdżał nieustannie Piesiewicz. Te kontakty były ożywione.

 

Kieślowski nie miał czasu na tęsknotę, bo nieustannie pracował. W pewnym momencie tak się nawarstwiło, że równocześnie montował „Niebieski” w nocy, za dnia kręcił „Biały”, a pomiędzy nimi kończył z Piesiewiczem scenariusz do „Czerwonego”. To był ogrom pracy, który ostatecznie kosztował go życie. Chcieliśmy – razem z Piesiewiczem – poprosić producenta Marina Karmitza, żeby dał mu urlop, co by oczywiście przeszło. Karmitz był niezwykle lojalny wobec Krzysztofa, bardzo go szanował. Ale Krzysztof odmówił, nie było o tym mowy, ponieważ miał świadomość, że dostał ogromne pieniądze na tak duże produkcje filmowe. Kieślowski czuł odpowiedzialność za wszystkich. Kiedy wracał z montażowni o pierwszej w nocy do domu, to zamiast iść spać, dzwonił po mnie domofonem i wychodziliśmy jeszcze na spacer z psem. I szliśmy jeszcze na kawę na Plac Clichy, bo w okolicy mieszkaliśmy. Była tam taka kawiarnia, w której wiedzieli co nam zaserwować, a dla psa zawsze wystawiali miskę z wodą.

 

Blisko tej kawiarni mieściła się chińska restauracja, w której uwielbiano Zbyszka Preisnera. „Mr Zbig”, tak na niemo wołali. Preisner udzielił kiedyś wywiadu do francuskiego radia i powiedział, że muzykę do któregoś z filmów Kieślowskiego – chyba nawet do „Niebieskiego” – wymyślił właśnie podczas pobytu w tej restauracji. Byliśmy tam witani zawsze z pełnymi honorami. Do tego dochodziła jedna z naszych ulubionych restauracji – Veppler – gdzie zamawialiśmy zazwyczaj przepyszne krewetki z majonezem. I tak między tymi restauracjami i wspomnianą kawiarnią roztaczał się taki nasz „trójkąt kulinarny”. Spędziliśmy tam dużo czasu.

 

A czy pani przychodziła czasem do montażowni?

 

Nie miałem takiego zwyczaju. Wiem, że były takie żony, które przychodziły na plan zdjęciowy czy do montażowni. Jakoś tego nie lubiłam, uważałam, że to jest miejsce Krzysztofa. Zresztą trudno mi by było się po prostu nie wtrącić, zagadywać. Ale – co ważne – Kieślowski miał bardzo klarowne idee i trzeba było naprawdę genialnego pomysłu, żeby przekonać go do zmian. Do takich „genialnych ludzi” należał właśnie Piesiewicz. Bardzo mi to w nim imponuje.

 

Bardzo często podkreśla się, że Kieślowski bardziej niż plan filmowy, kochał właśnie montażownie. I że właściwie on był też wspaniałym montażystą, który pracował w niesamowitym tempie…

 

Byłam tego świadkiem, a w kontekście „Białego” szczególnie to przeżyłam. Krzysztof zorganizował pokaz pierwszej układki filmu dla ludzi, których zdanie szczególnie cenił – Piesiewicz, Preisner, Lesiak, francuscy współpracownicy. Też przypadkiem znalazłam się wówczas na sali. Po seansie miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Byłam świadkiem tego jak powstawał scenariusz i to miał być zupełnie inny film. Nie jestem jednak fachowcem, nie chciałam zabierać głosu i mówić o swoich odczuciach. Okazało się, że reszta podziela moją intuicję. Każdy zaczął Kieślowskiemu coś doradzać, tych głosów było mnóstwa. Istna kakofonia. I tak patrzyłam jak ten Krzysiek zbiera te wszystkie uwagi. Każdy mówił w dobrej wierze, ale to były mocno krytyczne uwagi. Do dziś mam przed oczami obraz człowieka całkowicie samotnego. Kieślowski przyjął wszystko na klatę, a ja się zastanawiałam, jak on połączy te wszystkie głosy, często tak od siebie różne. Krzysiek zmontował ten film ponownie, dwa tygodnie później zaprosił wszystkich na nowy pokaz. Obejrzeliśmy tę wersję „Białego”, która rozkochała w sobie większość filmowego świata, zdobywając Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale. To był kompletnie inny film, a przecież korzystał z tych samych materiałów. Kieślowski nie robił żadnych dokrętek. Kochał montaż, kochał porządkować materiał, łączyć te skrawki taśmy w jedną całość.

 

Autor zdjęcia: Piotr Jaxa
Krzysztof Kieślowski (reżyser) i Zbigniew Zamachowski (odtwórca roli Karola) podczas kręcenia sceny do filmu „Trzy kolory. Biały”, w toalecie paryskiego Pałacu Sprawiedliwości


Ta logika i potrzeba łączenia wszystkiego objawiała się też u Kieślowskiego w miłości do różnego rodzaju gier, w tym do gameboya. Tadeusz Sobolewski wspominał bodajże na łamach miesięcznika Kino, że kiedy przyjechał do Paryża przeprowadzić wywiad z Kieślowskim, to ten nieustannie grał w gry komputerowe. Skąd ta pasja do gier?

 

Trzeba sięgnąć do dzieciństwa Kieślowskiego, do Sokołowska. Bardzo dużo spędzali czasu w domu z siostrą, wymyślali różne zabawy. Często to była dla nich jedyne rozrywka. Krzysiek uwielbiał bawić się z naszą córką Martą, szczególnie na Mazurach. To go odprężało. A on naprawdę tego potrzebował. Ten gameboy pozwalał mu na uspokojenie nerwów, dawał chwilę wytchnienia.

 

Jeśli pamięć mnie nie myli tego gameboya zafundował mu Piotrek Sobociński. To wyglądało niesamowicie – dwóch dorosłych chłopów siedziało naprzeciwko siebie na kawie i tak grali w gry. Sobociński opowiadał, że ktoś kiedyś bał się lotu z Kieślowskim, że nie podoła intelektualnie konwersacji z wielkim reżyserem. A Kieślowski wyciągnął w trakcie lotu gameboya i wspólnie grali.

 

Ostatnio spotkała mnie niezwykła sytuacja na cmentarzu. Podeszła do mnie pani, która pracowała przez wiele lat w TOR-ze i opowiedziała mi, że jak przyjechaliśmy z Paryża to poszła taka fama, że Kieślowski niewiarygodnie dużo zarobił. Gdy już wyszedł ze studia, to wszyscy panowie pobiegli za nim, żeby zobaczyć jaką furę sobie kupił. A on wsiadł na rower i odjechał.

 

Rower – kolejna wielka pasja.

Dużo jeździł na rowerze, pamiętam jak dzwonił Piwowski i pytał: „Krzysiek wyjdziesz na rower?”. Wspominam to z niezwykłą czułością. Choć kiedyś napędził mi strachu z tym rowerem, jak z Grześkiem Skórskim pojechali do Zakopanego, prawie w ogóle się nie zatrzymując. Krzysiek był wtedy w lepszej formie, to były te „dokumentalne lata”. Ale i tak się o niego niesamowicie martwiłam, tym bardziej, że Skórski miał opinię szaleńca.

 

Autor zdjęcia: nieznany, Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego    
Na zdjęciu: Krzysztof Kieślowski popisy na rowerze w Sokołowsku


Chciałam jeszcze zapytać panią o to słynne Cannes 1988. To, właśnie od wyróżnienia dla „Krótkiego filmu o zabijaniu” zaczyna się podbój międzynarodowych festiwali i widowni.

 

Nie pojechałam na ten festiwal, to było ponad moje nerwy. Krzysztof był do tego festiwalu kompletnie nieprzygotowany, ale to wszystko go niezwykle intrygowało. Nie miał odpowiedniego garnituru ani tym bardziej smokingu. Postanowiliśmy wypożyczyć smoking. Pojechałam specjalnie po niego na Nowy Świat. Czasu było mało. W domu Krzysztof go przymierzył. Dla mnie wyglądał ładnie, ale on strasznie zaczął pajacować, udawać kelnera. W pewnym momencie tak się nachylił, że ten smoking pękł. A na drugi dzień wylot. Całą noc siedziałam i ręcznie szyłam ten smoking. Agata Idziak, która szła za nim na czerwonym dywanie w Cannes, miała za zadanie uważać, żeby ten szew na smokingu nie pękł. Jego z kolei to niesamowicie bawiło i cały czas się wygłupiał.

 

Szukając tego smokingu spotkałam zresztą Mirka Bakę, który w tak młodym wieku zagrał główną rolę w „Dekalogu” i „Krótkim filmie (…)”. Baka był bardzo nieśmiały, mówił zdawkowo. Kiedy mnie rozpoznał pod sklepem z garniturami, zapytał: „A on już ma?”. Chodziło oczywiście o ten nieszczęsny smoking. Uśmiechnęłam się.

 

Nie chce panią nakłaniać do tego, żeby interpretować filmy Kieślowskiego, ale chciałabym zapytać o to, jakie pytania – z tych zadanych przez pani męża w różnych filmach – są dla pani najcenniejsze, najbardziej aktualne?

 

Tych pytań oczywiście jest wiele, część z nich w moim przypadku pojawiło się w trakcie trwania naszego małżeństwa. Spędziliśmy ze sobą większość życia, wiele się od siebie nauczyliśmy. Pytanie, które mi zawsze przyświeca – takie pytanie bardzo „krzysztofowe” – to: „Dlaczego?”. To jest fundamentalne pytanie dla Kieślowskiego i jego bohaterów – „dlaczego taki jestem”, „dlaczego tak się stało”, albo „dlaczego ten człowiek jest taki, a nie inny”. Do dzisiaj jak jestem wściekła na kogoś, to zastanawiam się potem, dlaczego ten agresor zachował się tak a nie inaczej.

 

Krzysztof był bardzo prawdziwy w kontaktach z ludźmi, niezwykle szczery. Przyszła kiedyś do nas przyjaciółka, która nie wiedziała jak poradzić sobie z kryzysem małżeńskim. Przyszła porozmawiać właśnie z Krzysztofem, nie ze mną. Rozmowa między nimi trwała bardzo krótko. Gdy wyszła, zapytałam Krzyśka, co jej poradził. A on na to: „Nic. Zapytałem tylko czy jest w stanie uświadomić sobie sytuację, w której jest bez męża. Co więcej mogłem jej poradzić?”.

 

Scena jak z filmu Kieślowskiego.

Owszem, ale ten sam Krzysiek potrafił się często wygłupiać, a z jego ust nie zawsze padały tylko „złote rady”. Jak ktoś go zatrzymywał i mówił: „Mistrzu!”, to on patrzył zdziwiony i mówił grzecznie: „Ale… Nie rozumiem…”. Gdy człowiek ten skonfundowany dopytywał: „Pan Kieślowski?”, Krzysiek odpowiadał z powagą: „Ależ skąd!”. I szedł dalej.

 

Wspiera Pani bardzo dużo inicjatyw, które rozpowszechniają i edukują o twórczości Kieślowskiego.

 

To jest naturalne, chcę zachować pamięć o nim. Do tej pory znajduję na cmentarzu listy, ludzie zostawiają zdjęcia Krzysztofa. Piesiewicz, który był teraz w Chinach, opowiadał mi, że jest tam szaleństwo „na Kieślowskiego”, wydają książki, scenariusze. Filmy Kieślowskiego wciąż otwierają ludzi na dialog. Czas się dla nich nie liczy, one wciąż interesują nowe pokolenia. I to ludzi z całego świata. Szkoda, żeby jego praca – scenariusze, zdjęcia, książki… - zalegały w magazynach. Pomagając rozpowszechniać pamięć i wiedzę o nim, Kieślowski jeszcze silniej jest z nami.

 

Wspólnie z fundacją In Situ stworzyła Pani Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego w Sokołowsku. Archiwum jest dostępne online, możemy dzięki niemu dowiedzieć się o naprawdę mało znanych projektach Kieślowskiego, zapoznać się z różnymi wersjami scenariuszy. Analizować jak dany pomysł na film ewaluował. Takie inicjatywy, jak Archiwum właśnie, pozwalają badać filmy w nowym świetle. Nie skupiać się wyłącznie na tym, co na ekranie, ale zbadać wszystkie teksty i konteksty dookoła obrazu.

 

Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego jest moją dumą. Krzysztofa kompletnie nie interesowało zbieranie materiałów o sobie, ale ja i jego mama zbierałyśmy wszystko, co się dało, nawet szkolne teksty, wiersze. Pomógł mi w uporządkowaniu tego Stanisław Zawiśliński, który zrobił z Krzyśkiem wywiad-rzekę krótko przed śmiercią Krzysztofa. Tych materiałów było bardzo dużo, to wszystko było nieuporządkowane. Rozpoczęła się tym sposobem wieloletnia, szalona wręcz praca, którą wzięły w dużej mierze na siebie Bożena Biskupska i Zuzanna Fogtt z Fundacji In Situ. Z czasem powstał także festiwal Hommage a Kieślowski, który rokrocznie zaskakuje ciekawą selekcją tytułów. Tytułów, które nie należą w większości do filmografii Kieślowskiego, lecz młodych twórców, którzy proponują odważne kino i wchodzą z nim w dialog.


Dziękuję za rozmowę.
 


Rozmawiała Diana Dąbrowska

 

Zdjęcie wykonane przez Marte Hryniak w Paryżu

Sześćdziesiąte czwarte zdjęcie z serii przedstawiającej Krzysztofa Kieślowskiego i jego żonę, Marię. Opowieści o parze kochających się ludzi, kobiety i mężczyzny, budowaniu wzajemnych relacji, odnajdujemy w wielu filmach Kieślowskiego. Pewien osobny zbiór takich opowieści stanowią cztery części cyklu „Dekalog” (1988), odcinki 2, 3, 6 i 9.

Zdjęcie główne:

Zdjęcie wykonane przez Marte Hryniak w Paryżu

Dziewiąte zdjęcie z serii przedstawiającej Krzysztofa Kieślowskiego i jego żonę, Marię Kieślowską. „Rodzinne” inspiracje w wielu wypadkach odgrywały istotną rolę w procesie powstawania filmów polskiego reżysera. „Pierwsza miłość” (1974), opowieść o parze nastoletnich rodziców, oczekujących przyjścia na świat ich pierwszego dziecka, powstała krótko po tym jak przyszła na świat córka Kieślowskich.


Wszystkie zaprezentowane zdjęcia pochodzą z Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego






Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Do góry!