Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Kiedy człowiek dostaje skrzydeł

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Kiedy człowiek dostaje skrzydeł

Kiedy człowiek dostaje skrzydeł

16.09.22

„Urbanator Days to nie jest szkolenie. To jest coś, czego doświadczyłem jako nastolatek, kiedy do Łodzi przyjechał pierwszy amerykański zespół New York Jazz Quartet. Po koncercie można było z nimi porozmawiać, pograć. Granie z takimi muzykami, śpiewanie, czy po prostu rozmawianie i radzenie się w sprawie podejścia do rytmu, to jest wspaniała korzyść.” – mówi Michał Urbaniak, wybitny muzyk jazzowy, twórca Urbanator Days w rozmowie dla Legalnej Kultury

 

To już 15. edycja Urbanator Days. Od czego to się zaczęło?

 

Zaczęło się od tego, że zacząłem przyjeżdżać do Polski i zauważyłem, że wielu muzyków fajnie gra, ładnie brzmią, ale brakuje pewnych elementów, które są podstawą w muzyce rytmicznej. Postanowiłem sprowadzać amerykańskich muzyków, z którymi grywam lub grałem, żeby się spotkali z pasjonatami muzyki. Jest wielu muzyków, którzy nie skończyli żadnej szkoły muzycznej, nie znają nut, a mają potrzebę grania, bo to ich pasja. Grają w garażach, tworzą zespoły. I to jest adresowane do takich muzyków. Właściwie to jest adresowane do wszystkich pasjonatów muzyki, którzy chcą się dowiedzieć się z pierwszej ręki na czym polega granie muzyki rytmicznej. To nie tylko jazz, ale najczęściej to się sprowadza do jazzu lub afro-amerykańskiej muzyki rytmicznej.

 

A pamiętasz tę pierwszą edycję?

 

Pierwsza edycja Urbanator Days odbyła się w 2005 roku w Łodzi, była połączona z festiwalem i nazywała się Vena Festival. Był zorganizowany z wielką pompą, byli sponsorzy, były nagrody. Pamiętam, że główną nagrodę dostała Monika Urlik. I od tego czasu co roku jeździliśmy po Polsce, w wielu miejscach organizowaliśmy Urbanator Days. W ostatnich latach grywaliśmy raz, dwa razy w roku, natomiast ostatnio dodaliśmy działalność online i mamy stałych użytkowników, a dzięki temu stały kontakt z publicznością. Przez te wszystkie lata udało się wychować kilka wspaniałych zespołów i wielu solistów i muzyków. U nas zaczynali między innymi EABS (Electro-Acoustic Beat Sessions), Marek Pędziwiatr oraz P.Unity.

 

Urbanator Days trwa dwa dni. Czy w tym czasie da się czegoś nauczyć ludzi, którzy przychodzą bez zaplecza w postaci szkoły muzycznej?

 

Przede wszystkim, to nie jest nauka, tylko anty-szkolenie. W szkołach muzyki rozrywkowej z reguły uczy się tego, co profesorowie praktykowali 20 lat temu. Uczy się nut i innych pożytecznych rzeczy, których my w ogóle nie uczymy. Muzyka ma tylko 12 nut i wielu muzyków na świecie w ogóle nie zna nut i gra. Nuty w tej muzyce są traktowane drugorzędnie. Bardzo fajnie, jeśli ktoś zna, bo wtedy jest szybsza komunikacja, można coś zanotować. Ale większość muzyków ma świetną pamięć muzyczną i szybko łapią, więc nawet nie trzeba nic zapisywać. To jest po prostu spotkanie z muzykami, którzy przyjeżdżają, są sobą i udostępniają swoją wiedzę. Oprócz tego opracowujemy jeden czy dwa utwory, które wszyscy uczestnicy wspólnie wykonują i drugiego dnia, po koncercie głównym, wykonujemy to razem w ramach jam session. I to daje rezultaty od razu, bo pierwszego dnia jest ewaluacja muzyków, są pytania i porady, są krótkie, ale owocne zajęcia z instrumentalistami, których dzielimy na grupy. W tym roku będzie znakomity warsztat z wybitnym skrzypkiem jazzowym Mario Forte. Będą też nowe rzeczy – będzie Polak Stellarnotes, który występuje z looperem, czy sam robi sobie brzmienie. Chętni będą mogli skorzystać z jego doświadczeń. Gościnnie na koncercie wystąpi też raper donGURALesko, z którym nagraliśmy już wcześniej kilka utworów. Oprócz tego będą zajęcia dla całej sekcji rytmicznej – o podejściu do rytmu będzie opowiadał wspaniały perkusista Frank Parker jr. Zainteresowanie jest zawsze olbrzymie, jesteśmy zasypywani prośbami o warsztaty w innych miastach, ale jest to bardzo trudne logistycznie. Dlatego rozszerzyliśmy działalność o warsztaty online, pozostając przy kilku spotkaniach na żywo.

 

Czy jest jakaś weryfikacja uczestników?

 

Nie ma żadnej. Powtarzam, to nie jest szkolenie, to nie jest nauka. To jest coś, czego doświadczyłem jako nastolatek, kiedy do Łodzi przyjechał pierwszy amerykański zespół New York Jazz Quartet. Po koncercie można było z nimi porozmawiać, pograć i wtedy człowiek dostaje skrzydeł. Granie z takimi muzykami, śpiewanie, czy po prostu rozmawianie i radzenie się w sprawie podejścia do rytmu, to jest wspaniała korzyść. Wszyscy to sobie chwalą i pytają, gdzie i kiedy będzie następna odsłona. Gdziekolwiek nie gramy, teraz Urbanator Days będą w Poznaniu, ludzie przyjeżdżają z całej Polski.

 

Czy macie grono osób, które przyjeżdżają co roku, od początku?

 

Nie wiem, czy od 15 lat, ale są osoby, które przyjeżdżają co roku. Za każdym razem jest parę znajomych twarzy. Inni włączają się w ten sposób, że przysyłają swoje utwory, demówki, bo co jakiś czas nagrywamy płytę z udziałem najlepszych. Jest płyta „Urbanator Days”, nie mylić z „Urbanatorem”, na której jest między innymi Marek Pędziwiatr, Patrycja Zarychta, która zaczynała z nami i kilku innych solistów. Myślę, że to jest korzystne dla każdego, kto w świecie plastikowej muzyki chce znaleźć własny język i odnaleźć się w muzyce rytmicznej. Zawsze powtarzam, że ta muzyka nie ma głowy, ale ma serce, duszę i rytm.

 

Czy zdarzyło się, że w czasie Urbanator Days ktoś tak cię urzekł, że włączyłeś go do swoich projektów?

 

Wielokrotnie. Taką osobą był wspomniany już kilkakrotnie Marek Pędziwiatr, ale też Michał Wróblewski, sporo osób dołączyło po warsztatach do zespołu.

 

Opowiedz o koncertach, bo to ważny element Urbanator Days.

 

Koncert odbywa się na zakończenie, drugiego dnia. Wszyscy uczestnicy są zaproszeni na sound check, czyli próbę dźwięku przed koncertem. Specjalnie organizujemy tę próbę trochę na pokaz, żeby uczestnicy mogli zobaczyć jak taka próba sprzętowo-dźwiękowa powinna być profesjonalnie przeprowadzona. Potem zaproszeni przeze mnie artyści grają swój koncert – w tym roku będą niespodzianki, będą goście. Zaśpiewa Irene Blackman, córka nieżyjącego już, niezapomnianego Dona Blackmana, który w Urbanatorze grał wiele lat – wspaniały człowiek, wspaniały muzyk.

 

A potem jest jam session…

 

Na koniec jest jam session, w którym mogą brać udział wszyscy uczestnicy. Zaczyna się od tego, że najodważniejsi albo najlepsi wchodzą na scenę, a po nich zwykle wszyscy odważają się do nich dołączyć. Na koniec koncertu jest troszkę bałaganu, ale ponieważ słowo „jazz” można także przetłumaczyć jako „bałagan”, wszystko jest okej. Przestawiamy instrumenty na estradzie, dodajemy więcej mikrofonów. Każdy ma szansę wystąpić, każdy ma szansę zaśpiewać lub zagrać, a to jest naprawdę ważne. Z doświadczeń z młodości wiem, że to naprawdę dodaje skrzydeł. A jak wspólne granie się skończy, od razu zaczynają się pytania, kiedy kolejne Urbanator Days.

 

Zawsze fascynowały mnie jam sessions. Nie mają one sformalizowanej struktury, więc jak udaje się zachować jakiś porządek muzyczny w trakcie takiego wspólnego grania?

 

No właśnie nie udaje się, to jest swojego rodzaju bałagan. Kreatywny bałagan, który nazywamy jazzem, w którym muzycy, słuchając siebie nawzajem, wykonują swoje wizje solówek. Wiadomo, trochę rzeczy jest przygotowanych, po to są w końcu te warsztaty pierwszego dnia. Podczas nich przygotowujemy jakiś materiał, ale tylko tak roboczo. Potem wszyscy mają szansę wystąpić i mieć solówki. To jest bardzo interesujące, niektórzy są fantastyczni, dostają za to nagrody i są zapraszani do kolejnych odsłon Urbanator Days, albo wręcz do udziału w nagraniu płyty.

 

Wiem, czego można się spodziewać na Urbanator Days, a czego tam na pewno nie będzie?

 

Na pewno nie będzie nauki gry na instrumencie, nauki zagrywek…, choć jeśli zajdzie taka potrzeba perkusiści mogą coś zagrać, podpytać o warsztat, ale to nie jest nauka podstaw muzyki. Raczej rozwijanie umiejętności, które są potrzebne i przydatne uczestnikom warsztatów, którzy są z nami i potrzebują wyjaśnienia, porady. Z reguły zaczynamy od czegoś prostszego, takich spraw, jak słuchanie siebie nawzajem, reagowania. Tłumaczymy, że nie należy się popisywać czy grać za szybko, tylko zaczynać powoli i pozwalać innym włączać się. To są bardzo ważne rzeczy, które towarzyszą graniu.

 

Jakie są największe błędy jakie można popełnić w trakcie warsztatów lub jam session?

 

Nie sądzę, że są jakieś straszne błędy, które można popełnić, ponieważ zostają one szybko i przyjaźnie skorygowane. Jak ktoś gra za gęsto, albo przyśpiesza, to się wraca do podstaw i gra bardzo wolno, słuchając siebie nawzajem. Poza tym, to nie jest układ nauczyciel-uczeń, jesteśmy jedną społecznością, która będzie wspólnie bawiła się muzyką.

 

O Urbanator Days wiem już wszystko, a co ciekawego dzieje się u Michała Urbaniaka?

 

Mam dużo propozycji i bardzo wybiórczo pracuję nad kilkoma projektami: jest mini opera, po Urbanator Days planuję trasę po Stanach Zjednoczonych, pracuję nad muzyką do filmu, a nawet dwóch. Jest praca online, bo będziemy udostępniać wszystkie płyty, które mamy, także w formie nutowej i takiej nowej formie – nuty-wideo. To bardzo ciekawa opcja – film z partyturą będzie szedł, a jednocześnie będzie słychać utwór. Żałuję, że kiedyś, kiedy sam się uczyłem grać jazz słuchając i spisując wszystko, nie miałem takich warunków, jakie będziemy teraz tworzyć przy online’owej wersji Urbanator Days. A poza tym zwyczajne życie, trochę wyjazdów w teren, ale zawsze z komputerem i instrumentem.

 

Wspomniałeś o mini-operze…

 

To jest polski projekt, kreowany w bardzo ciekawym środowisku związanym z Łodzią Kaliską. To wspaniały, bardzo awangardowy projekt inspirowany Szekspirem, ale szczegółów jeszcze nie mogę zdradzać.

 

Wspomniałeś też o muzyce filmowej. Mam wrażenie, że film jest ważnym medium dla ciebie. Jak wygląda u ciebie proces komponowania muzyki filmowej?

 

Bardzo lubię być przy filmie prawie od samego początku, czyli już na etapie gotowego scenariusza i spotkania z reżyserem, żeby się wczuć w klimat filmu. Z reguły mam problem z tym, że tworząc muzykę, troszkę przesadzam i za dużo jej piszę. Przez to muszę być trzymany za ręce albo wprowadzić ostrą samodyscyplinę. Obecnie moja muzyka filmowa jest hybrydowa, czyli łączę elektronikę z prawdziwymi, żywymi instrumentami, które potrafią więcej błędów robić niż komputer.

 

Muzycy jazzowi, którzy najczęściej są mistrzami improwizacji, świetnie nadają się na taperów. Mam wrażenie, że zdarzało ci się grać na żywo muzykę do filmów.

 

Zdarzało się, oczywiście, to było fantastyczne doświadczenie i planuję je niedługo powtórzyć. Mamy propozycje, żeby zespół zagrał na żywo muzykę do kilku filmów.

 

Czy jesteś wtedy w stanie przewidzieć w jakim kierunku twoja muzyka pójdzie?

 

Absolutnie nie. Najbardziej lubię nie znać filmu i opierać się na pierwszych reakcjach na to, co widzę. Podobnie, jeśli nagrywam gościnnie dla kogoś solówki, to proszę, żeby mi nie grać utworu, do którego mam się włączyć, tylko żeby mi zagrano inny utwór, który pozwoli mi się zorientować w klimacie. Pierwsza reakcja jest najlepsza. Jak sam nagrywam, to albo wchodzi pierwsza próba, albo któraś z ostatnich. Bo jak się zaczyna myśleć, kombinować, to przeszkadza w muzyce.

 

Czy planujesz nową płytę opartą o ostatnie projekty?

 

W tej chwili są masterowane dwie nowe płyty. Jedna nagrana w Nowym Jorku, zajęło to pół roku, druga w Chicago. Jedna oscyluje w stronę bluesa, nazywa się „Kind of Blues”, choć nie jest to stuprocentowy blues. Mogę zdradzić, że nagrałem ją z zespołem Buddy Guya, który miał śpiewać kilka utworów, ale niestety pandemia nam wszystko popsuła i płyta została ukończona bez Buddy Guya. A drugi projekt jest typu „all stars”, czyli pojawi się w nim wiele znanych nazwisk wspaniałych artystów i moich przyjaciół jak Herbie Hancock, Marcus Miller, Lenny White czy Patches Stewart.

 

Ostatnio odświeżasz swoją twórczość i wydajesz ją na winylach. Skąd ta potrzeba?

 

Przede wszystkim stąd, że jest wielu fanatyków płyt winylowych, którzy słuchają jazzu. Oni najczęściej mają najlepszy sprzęt, więc trzeba te płyty dopieścić. To trwa i nie jest tanie, ale moim zdaniem warto, ponieważ jest to bezpośrednio adresowane do tych fanów. Nie tłoczymy jakiś dużych ilości, ale patrząc na liczbę fanów na całym świecie, jest to pokaźny rynek.

 

Jak ty widzisz tę ewolucję nośników? Płyta winylowa oddawała dźwięk 1:1 ze wszystkimi niedoskonałościami, CD miało prezentować najdoskonalszą cyfrową jakość, a teraz rządzą mp4 i streamingi, które tę jakość mocno obcinają.

 

Miałem duży problem z zaakceptowaniem streamingów, ponieważ mają dobre i złe strony.  Ale jako zodiakalny wodnik idę z duchem czasu, w końcu zaakceptowałem to i mam nawet pewne rozwiązania, które stosuję – na przykład nie daję całych płyt na streaming, tylko parę utworów z linkiem do CD lub winylu. Takie jest moje wyjście z tej sytuacji. Bardzo często streaming pomaga ludziom w dowiedzeniu się o muzyku lub płycie. Nieraz spotkałem na ulicy ludzi, którzy mówili: „Panie Michale, słuchałam albo słuchałem czegoś na spoitfy i nie wiedziałam, że jazz może być taki fajny”. Więc streaming ma też dobre strony. Ale z drugiej strony jest tego bardzo dużo, bo każdy z ulicy może coś wstawić.

 

Winyl czy CD?

 

Oczywiście jakościowo, brzmieniowo – winyl z taśmy analogowej, bo jest aktualnie najlepszym nośnikiem do słuchania. Natomiast trudno jest z CD zrobić bardzo dobry winyl. Wymaga remasterowania, grzebania w nim. To jest produkt wtórny, ale potrafi brzmieć lepiej niż CD.

 

 

Pogodziłeś się ze streamingiem, a mówi się, że płyty CD jako nośnik umierają, choć niektórzy lubią mieć fizyczną kopię ulubionego albumu...

 

Nie powiedziałbym, że umierają. Istnieją nieraz jako zło konieczne. W starych samochodach można ich słuchać w odtwarzaczu CD. Pewnie czekamy na jakiś nowy nośnik. Próbowano pendrive’ów. A ja wracam do kaset. Wydaję oryginalną srebrną płytę „Urbanator” na kasecie, niedługo powinna być na rynku. Kto jeszcze ma walkmana, będzie mógł jej posłuchać.

 

Nadal wydajesz płyty, koncertujesz, jeździsz po świecie… Skąd bierzesz na to energię? Jak sobie radzisz z tymi wszystkimi wyjazdami?

 

Ja bym zadał odwrotne pytanie: jak bym sobie radził bez?… Od 15. roku życia jestem muzykiem podróżującym po całym świecie. Mając 15 lat zdałem sobie sprawę z tego, że chcę podróżować, nawet więcej – życie sobie układałem tak, żebym mógł podróżować i być światowym muzykiem jazzowym. Nie miałem żadnych zwierząt. Także wybór partnerki życiowej był skomplikowany, bo musiał być to osoba, która rozumie moją pasję i chce ją dzielić ze mną. Oczywiście teraz wchodzi w grę aspekt wieku, tego, że szybciej się męczę. Kiedyś fruwałem ze skrzyniami, biegałem z nimi po lotnisku, teraz ktoś mi musi przy tych skrzyniach pomagać, a ja idę prosto do samolotu. Ale nie wyobrażam sobie życia bez podróżowania i muszę powiedzieć, że w najlepszych latach mojego grania, latach 80. XX wieku, miałem średnio około 40 przelotów transatlantyckich rocznie, do tego dochodziły przeloty po Stanach, loty do Japonii, Chin.

 

Ja wiem, że inspiruje cię każda muzyka, a która – niekoniecznie amerykańska – miała na ciebie największy wpływ?

 

Niestety amerykańska. W polskiej muzyce jest kilku kompozytorów, których uwielbiam i pamiętam z czasów studiów i z czasów, kiedy byłem młodym wirtuozem klasycznej muzyki skrzypcowej. Wtedy chciałem to tak podzielić, że klasykę gram na skrzypcach, a jazz na saksofonie. Saksofon zwyciężył, ale bliscy mojemu sercu pozostali Szymanowski, Lutosławski, Kilar – znakomici polscy kompozytorzy, nie można też zapomnieć o Strawińskim, Rimskim-Korsakowie, którego kilka utworów nawet przearanżowałem. Jeszcze ich nie nagrałem, to mnie nadal czeka. Ale generalnie, to jestem bardzo zamerykanizowany. I tak było jeszcze przed moim wyjazdem za ocean. 12 lat mi zajęło spełnienie marzenia i osiedlenie się w Nowym Jorku. Najbardziej lubię wyloty i powroty do Nowego Jorku.

 

A którzy z amerykańskich muzyków wywarli na ciebie największy wpływ?

 

Oczywiście Louis Armstrong i Miles Davis to były największe ikony. Przy okazji mam taką anegdotę: któryś z polskich promotorów lata temu zaproponował mi cały wieczór w kongresowej i zapytał mnie kto będzie w moim zespole. Odpowiedziałem mu: Lenny White, Marcus Miller, Herbie Hancock, George Benson i ja. Koncert się nie odbył. Rok później zbliża się ten sam festiwal i to samo pytanie, więc powtórzyłem moją odpowiedź. Koncert się nie odbył. Trzeci raz to samo pytanie i ta sama odpowiedź i tym razem usłyszałem: czy to musi być tak komercyjne? Nigdy tak absurdalnego pytania nie usłyszałem. Widać promotor ma zupełnie inne wyobrażenie o jazzie i prawdopodobnie nie rozumie tej muzyki. Oczywiście nadal taki koncert się nie odbył, ale gdyby mnie ktoś dziś zapytał, prawdopodobnie podałbym ten sam skład. A w ogóle jestem fanatykiem Wayne’a Shortera, który mimo swojego wspaniałego wieku nadal pisze utwory, które ja nazywam nikoforami, bo niektóre są tak oryginalnie nielogiczne i tak piękne, że to się w głowie nie mieści.

 

A co cię inspiruje poza muzyką? Czy zdarza ci się iść ulicą, usłyszeć rytm, nie wiem… młota pneumatycznego i biegniesz do studia i nagrywasz?

Oczywiście. Nieraz moja bezsenność mi pomaga. Budzę się w nocy i dźwięki zza okna, bo przecież cały czas coś gra, coś się dzieje, powodują, że biegnę do komputera. Zdarza się, że zanotuję i wracam spać, a zdarza się, że się zapominam i dopiero o 10 rano orientuję się, że już sześć godzin siedzę przy komputerze. Ciekawostka: dwa razy zdarzyło mi się, że obudziłem się z melodią, o której myślałem, że jest moja i pobiegłem zanotować. Na drugi dzień po przebudzeniu siadam, by to dalej rozwijać i coś mi to przypomina. A to „A Remark You Made” zespołu Weather Report, kompozycja Joe Zawinula, czapki z głów przed tym kompozytorem. Drugi raz był podobny. Już zapomniałem o tamtym epizodzie i dokładnie to samo się wydarzyło. Wszystko wpływa na proces twórczy. Inaczej się pisze muzykę w mieście, inaczej na wsi, w lesie inaczej i zupełnie inaczej muzykę się słyszy i kreuje w Nowym Jorku niż gdziekolwiek indziej.

 

A jakie jest największe niespełnione marzenie Michała Urbaniaka?

 

Lista marzeń mojego życia została zrealizowana i rozszerzona wielokrotnie, ale oczywiście są następne. Ten zespół, o którym mówiłem jeszcze powinien zagrać. Przed pandemią była propozycja, żeby zebrać ten zespół i była już zaplanowana trasa po wschodnim wybrzeżu: Nowy Jork, Filadelfia, Waszyngton, Baltimore oraz w Chicago. Nawet były plany, żeby zarejestrować tę trasę na wideo. Chciałbym, żeby do tego jeszcze doszło. A poza tym moje marzenia to zdrowie, spokój i muzyka.

 

Rozmawiał Paweł Rojek

Zdjęcia: Fot. Materiały prasowe Urbanator Days




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Podobał Ci się nasz artykuł?
Udostępnij:



Do góry!