Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Najlepsze wciąż jeszcze przede mną

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Najlepsze wciąż jeszcze przede mną

Najlepsze wciąż jeszcze przede mną

15.01.26

Połowę mojego życia zajmuje jazz, który jest moją pasją i daje mi pełną dowolność kształtowania mojej drogi. Jazz to improwizacja, interpretacja, która za każdym razem jest inna, powinna być inna, szukanie wciąż nowych dźwięków, nowych rytmów, nowych dróg wyrazu, słuchanie, otwartość, dialog. - powiedziała Legalnej Kulturze Aga Zaryan, chwilę po rozpoczynającym jubileuszowy rok koncercie „All Stars Birthday". Dwukrotna laureatka Polskiej Nagrody Muzycznej Fryderyki w rozmowie z Marzeną Mikosz opowiedziała o jubileuszowym roku 25/50, zmieniającym się rynku muzycznym, jazzowej tkance Warszawy oraz wyzwaniach, jakie nowe technologie stawiają przed artystami.

 

25/50 to nazwa Twojego roku jubileuszowego. 50 odnosi się do urodzin, które dziś obchodzisz, a 25?

 

Do wejścia do studia by nagrać pierwszą płytę „My Lullaby”, która swoją premierę miała w 2002 r.

 

Jak podchodzisz do świętowania? Podsumowanie, może nowy początek czy po prostu kontynuacja?

 

Podsumowanie jak najbardziej. Nowy początek raczej nie, choć czuję, że przede mną jeszcze wiele albumów i pomysłów, które gdzieś we mnie drzemią od dawna. Na pewno kontynuacja różnych ścieżek, które do tej pory wybierałam. A chodziłam równolegle wieloma: poetycką, autorską, jazzowych standardów czy polskich piosenek. Mam w głowie pewien projekt, dojrzewający od paru lat. Chciałabym nagrać płytę, która jest z innej parafii, czyli coś znacznie bardziej rozrywkowego niż do tej pory. 

 

Czyli będzie to jakiś trzypłytowy album! Bo jeśli chodzi o Twoje inspiracje, to jest to bardzo szeroka paleta. Wystarczy spojrzeć na Twoją dyskografię.

 

Tak [śmiech]! Mam ich sporo, zapuszczają korzenie, pączkują, powodują ferment twórczy i ekscytację kiedy o nich myślę. Łączenie jest piękne w jazzie i tak różne od muzyki klasycznej, której świat poznałam jako obserwatorka dzięki Tacie. Moje 50 lat dla świata jazzu to jeszcze nie jest dużo i kiedy patrzę na ikony gatunku, to widzę, że jako dojrzałe wokalistki tworzyły wiele wartościowych rzeczy. Myślę więc, że tych inspiracji mi nigdy nie zabraknie. Teraz ważne tylko, żebym nie straciła głosu, dopóki będę mogła śpiewać, będę to robiła z przyjemnością. Powtarzając za Frankiem Sinatrą, „the best is yet to come”.)

 


Fot: Jarek Wierzbicki

 

Bardzo w to wierzę. Na Twojej najnowszej płycie, słychać słowa napisane przez Ciebie „I'm grateful for what I have found”.

 

Piosenka „Meltemi” mówi o tym, na co każdy czeka, pędząc na co dzień do różnych zadań i obowiązków: o chwilach beztroski, zadowolenia, oddechu od trudności, które niesie życie. Muzykę w stylu bossa novy napisał Larry Koonse, który wielokrotnie dla mnie pisał. Jego kompozycje znajdziesz na płytach „Looking Walking Being” i oczywiście „Picking up the Pieces”, którą nagrałam w tym samym składzie co „Second time around”.

 

Towarzyszą Ci, poza grającym na gitarach Larrym, Darek Oleszkiewicz - kontrabas i Munyungo Jackson – instrumenty perkusyjne.

 

Spotkaliśmy się 20 lat temu, też nagrywaliśmy w Kalifornii. Wtedy to był początek, druga płyta, przez ten czas wiele się zmieniło. Ja się zmieniłam, dojrzałam. Taka klamra. Obiecaliśmy sobie, że musimy coś jeszcze wspólnie nagrać, ale nie możemy czekać kolejnych 20 lat, gdyż Munyungo ma obecnie 75 lat. Nie mam czasu do tracenia.

 


Larry Koonse, Darek Oleszkiewicz, Aga Zaryan, Munyungo Jackson  Fot. Mikołaj Szozda

 

Z tym album zataczasz kręgi, ale po spirali, niby tor ten sam, ale przestrzeń inna. Zdecydowałaś się między innymi na samodzielne wydanie płyty.

 

Tak, po 15 latach odeszłam z prestiżowej wytwórni. Zmiany rynku, spadek sprzedaży płyt mają ogromny wpływ również i na duże wytwórnie. Te zmiany następują bardzo szybko i szybko się trzeba do nich dostosować. Po prostu poczułam, że najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce. Zakończyliśmy współpracę w czerwcu, a w sierpniu już wsiadałam do samolotu.

I tak zaczęłam nowy rozdział. Wspólnie z moją managerką Joanną Kalińską, założyłyśmy Wytwórnię A&A, czyli Aga i Asia, mamy podpisaną umowę z dystrybutorem e-muzyka.

To częsty trend wśród artystów. Jeśli wytwórnia nie daje ci tego czego potrzebujesz działaj samodzielnie. 

 

Z tym albumem znów robisz woltę. Po płycie „Sara”, która pomimo swojej hermetyczności była bardzo jasna, wracasz do brzmienia klubowego.

 

Tak, ta wspomniana wyżej różnorodność ścieżek, po których chodzę. Ten skład instrumentów jest bardzo rzadki: gitara, kontrabas, instrumenty perkusyjne. Dużo przestrzeni, powietrza, miejsca ma wybrzemienie każdego słowa. To jest piękne w jazzie i we współpracy z muzykami takiej rangi jak wspomniani panowie. Nie ma wyścigu pomiędzy samymi instrumentalistami, jak i pomiędzy nimi, a mną. Miałam wielki komfort pracy. Szacunek do roli wokalistki w zespole. 
Darek Oleszkiewicz to niesamowity artysta. 20 lat temu gościł mnie u siebie w domu, opowiadał o muzyce, muzykach, a już wtedy grał z legendami. Teraz kiedy zaczęliśmy próby, to było jak spotkanie starych, dobrych przyjaciół. Odbywały się one po kolei w domu każdego z muzyków. Potem sobie szliśmy na wspólny posiłek, rozmawialiśmy o życiu, co u nas słychać… jakby kontynuując rozmowy z czasów, kiedy ja miałam 30 lat, a oni odpowiednio o 20 mniej. 
Mam z nimi to poczucie i muzycznie, i energetycznie, że są to naprawdę mi bliscy ludzie. Wszystko szczere i prawdziwe. I to zawdzięczam Darkowi, dzięki niemu poznałam Larrego i Munyungo. 
On też pomógł organizacyjnie na miejscu oraz napisał muzykę do “Save the children”, jednego z dwóch autorskich tekstów.

 

Ale Second time around to też covery.

 

… i standardy, jak chociażby rzadko grany, przepięknej urody „The Peacocks” Jimmiego Rowlesa i moje fascynacje, czyli znowu powrót do wpływów z dzieciństwa: Stinga, Tiny Turner, Steviego Wondera. Na tej muzyce się wychowałam i ona we mnie cały czas jest.

 

Ta płyta nie jest linearna, jednowątkowa. Z jednej strony jest wątek prywatny z drugiej komentarz do tego co się na świecie dzieje.

 

To prawda i ja w ogóle siebie tak widzę. Jestem i Agą Zaryan – artystką i Agnieszką, która żyje w danym kraju, w danym momencie na świecie, takiej, a nie innej geopolitycznej sytuacji, która jest również matką, a od niedawna ponownie żoną, tworzę patchworkową rodzinę, mam przyjaciółki, mam synów. Mam swój głos, którym mogę opowiadać śpiewając czy opowiadając ze sceny o czym mam ochotę.  Żyje we mnie niepokój o przyszłość, nie tylko moją, ale głównie dzieci, następnego pokolenia. Stąd powrót do utworu „Russians”, napisanego 40 lat temu, a wciąż aktualnego. Rosja, Stany, Ukraina, wiele wojen… Palestyna, kraje afrykańskie i inne, odleglejsze nam konflikty… i my gdzieś pomiędzy.
 Wtedy żelazna kurtyna, dziś nowe niepewności i ten sam niepokój, dlatego poruszam te tematy. Nina Simone powiedziała kiedyś coś z czym się w pełni zgadzam, artysta powinien odzwierciedlać czasy, w których żyje. 

Ograniczenie się do zabawiania słuchaczy, dostarczania im jedynie rozrywki i przyjemności, mam wrażenie byłoby próżne i powierzchowne. Może to wynika z tego jak zostałam wychowana, z tego, jak moja rodzina żyła. To poczucie wspólnoty, odpowiedzialności, współodczuwania. Nie chcę być konformistką i kalkulować, co mi się opłaca, a co nie. Na pewno płyta nie jest w żaden sposób rewolucyjna czy odkrywcza, ale ja też, tak jak powtarzałam często, nie czuję, że moją rolą jest wyznaczanie nowych trendów na siłę.

 

Muszę Ci się przyznać, że chodzę po domu i nucę balladę otwierającą album „Windmills of your mind”, ku uciesze mojego dziecka, które próbuje śpiewać ją ze mną.

 

(śmiech) no widzisz, muzykoterapia! Legendarny Michel Legrand i słowa napisane przez Bergmanów, którzy byli ze sobą prawie 70 lat. Po prostu, staram się czerpać od najlepszych.

 

Czy w ogóle nagrywanie płyt ma dzisiaj jeszcze sens? Ten rynek tak bardzo się zmienia, trendy się zmieniają, czy on w ogóle jeszcze ma sens budowania jakiegoś programu, którego w całości być może nikt nie odsłucha? Dziś już nie ma nawet odtwarzaczy w samochodach i to co nam jako muzycy proponujecie słuchamy po drodze, w pędzie. Czy naprawdę, czy jest sens w ogóle nagrywanie płyty jako płyty, jako czegoś fizycznego?

 

No widzisz, ty masz tę płytę w ręku, widzisz, że ona ma książeczkę z tekstami, fotografie, że ma oprawę graficzną, że jest to spójny projekt od a do z. Ale, przyznaję, ja sama też już nie słucham CD, bo w moim samochodzie nie ma, tak jak mówisz, odtwarzacza. W domu mam setki płyt w kartonach i nie wiem, co z nimi zrobię.

Na szczęście na koncerty wciąż jeszcze przychodzi publiczność, która kupuje płyty. Czasem kilka, czasem kilkadziesiąt. Przychodzą po koncercie i proszą o autograf, zdjęcie, chcą zamienić dwa słowa i to jest bardzo miłe, a ja jestem ciekawa tych osób, mojej widowni. Dzięki niej istnieję, koncertuję. Wydaje mi się, że płyty nadal będą potrzebne, no i mamy powrót winyli, choć ich sprzedaż jest zdecydowanie niższa niż jeszcze kilka lat temu, kiedy sprzedawałam kilkanaście tysięcy egzemplarzy CD.

 

Twoje pierwsze płyty to: złota, złota, złota, podwójna platyna, złota.

 

Tak i pokreślmy to, mówimy o jazzie, a nie popie. Wiesz, kiedy weszłam w rynek fonograficzny on już był na spadku. I przez tych 25 lat widać po prostu upadek tego rynku. Są artyści, którzy nadal świadomie rezygnują z platform streamingowych, ale dla mnie wyjęcie płyty ze streamingu byłoby strzeleniem sobie w stopę. Wielu ludzi by nie usłyszało mojego albumu, a za cenę kawy, bo tyle kosztuje miesięczny abonament, masz dostęp do wszystkiego. Ja też byłam najpierw zniesmaczona. Boże, nie będę miała tantiem, nikt nie będzie podziwiać moich ślicznie wydanych płyt, a my się tak staramy, ale taki jest rynek i nie ma się co oburzać.

 

W Legalnej Kulturze przed ostatnim festiwalem filmowym w Gdyni, robiliśmy serię nagrań z artystami o chodzeniu do kina i o emocjach, które towarzyszą wspólnemu oglądaniu filmów. Pewnie nie do końca tak samo jest z płytami, ale dzisiaj słuchamy ich raczej indywidualnie, przez smartfony, na słuchawkach…

 

Tak, tak. To się strasznie zmieniło, dlatego cudowny jest ten powrót do słuchania winyli, bo to jest właśnie rytuał, że musisz płytę sobie wyczyścić, puścić ją, potem zmienić stronę. Winyl raczej nie kojarzy się z tym, że włączasz muzykę i idziesz biegać. Jednak potrzebny jest czas, spokój, może kubek herbaty czy kieliszek dobrego wina, by delektować się tym ciepłym brzmieniem. No, a jak masz jeszcze odpowiednią pojemność portfela, to już samo budowanie miejsca do słuchania może być ekscytujące: jaki gramofon, kable, głośniki i tak dalej. Audiofile kochają winyle.

 

Twoje płyty kupowałabym z jeszcze jednego powodu, nawet nie mając w domu odtwarzacza. Od pierwszej do ostatniej, z wyjątkiem „Umiera Piękno”, firmujesz je też i swoją twarzą. Można by zrobić z nich kolaż na ścianę, jaki niektórzy tworzą z talerzami Fornasettiego, na których jest śpiewaczka Lina Cavalieri.

 

To był pomysł wydawcy i osób ze mną współpracujących, którzy mówili mi: Aga, ty jesteś i tak niszowa, to jest jazz, nie jesteś celebrytką, nie masz prawie w ogóle sesji fotograficznych na okładki pism, w związku z tym nie ma cię tak dużo. Przy „Umiera Piękno” na to się nie zgodziłam, ale z „Live at Palladium” – póki co, jedynym nagraniem koncertowym – wróciłam na okładkę. Dzisiaj w dobie social mediów ma to dodatkowe znaczenie. Tworząc okładki współpracowałam z dobrymi fotografami, grafikami, ale jest jeszcze jedna rzecz niezmienna, znak „AGA ZARYAN” i czcionka są zawsze w tym samym stylu. Również jak ustawisz moje płyty grzbietami koło siebie na półce, to będą tworzyły harmonijną całość.

Być może „Second time around” jest ostatnią na tym nośniku.



Fot: Jarek Wierzbicki


Na szczęście są jeszcze koncerty.

 

W ogóle w jazzie koncerty mają szczególną wartość, gdyż nigdy nie zagramy dwóch takich samych. Oczywiście mamy ramy utworów, jest określona forma, ale wstępy mogą być dłuższe, spontanicznie ktoś zagra dłużej, powstanie dialog między samymi muzykami, publicznością, komuś się palec obsunie, zakończenie zabrzmi inaczej… Płyta jest zamkniętą, sterylną formą ze studia, na żywo jest kompletnie inaczej. Dlatego planuję nagranie kolejnej płyty „live”. Od nagrania w Palladium minęło już 18 lat. Może uda się to z programem polskich piosenek w aranżacjach Michała Tokaja, który razem z Big Bandem Śląskim gramy już od dwóch lat. Takie płyty mają inny ładunek emocjonalny, spontaniczność, ekspresję. To nas też wyróżnia od popu, w którym publiczność jest zaniepokojona, jak coś się zmieni.

 

Wspominasz Palladium. Jako Warszawianka i artystka możesz obserwować, jak zmienia się jazzowa tkanka miasta. Nie ma już Akwarium, gdzie debiutowałaś ponad 25 lat temu, nie ma Tygmontu, Piwnicy Kurylewiczów, sklepów z płytami, ale jazzowa scena wciąż jest aktywna, dynamiczna.

 

Niezwykle się zmieniła. Warszawa jest światowym miastem, bez kompleksów, odwiedzanym przez turystów, dynamicznie się przekształcającym. Mamy w tej chwili trochę więcej klubów offowych, jak Pardon to Tu. Jest Jassmine, sala Nova Miodowa. Cały czas są podejmowane próby stworzenia takiego Akwarium Bis, gdzie może wejść każdy, niezależnie od zasobności portfela. Gdzie na scenie każdy może dołączyć by wspólnie zagrać.

Lubię grać w Jassmine, ale zdaję sobie sprawę, że wyjście do tak ekskluzywnego klubu dla niektórych może być dużym wydatkiem. W Tygmoncie było miejsce dla każdego, w tym też studentów, choć kultura słuchania w obu tych klubach była inna. Tygmont zawsze głośny, gdzie czasami nawet uciszałam ludzi, Jassmine skupione jest tylko na muzyce, nawet kelnerzy chodzą tam na paluszkach. Żal mi Sali Kongresowej, której remont jest zagadką. Pamiętam, że po Jazz Jamboree szło się jeszcze na jamy do Akwarium… Bardzo za tym tęsknię.

Zmieniły się też zachowania słuchaczy. Kiedy zaczynałam, to jeszcze paliło się papierosy i cygara w klubach i śpiewałam w oparach dymu. Pamiętam, że jak wracałam do domu, to cała kreacja z bielizną włącznie była przesiąknięta smrodem dymu papierosowego.

 

    

Archiwum Jazz Forum. Od lewej: numer 4-5/2010, projekt okładki Rafał Krajewski, fot. Mateusz Stankiewicz, numer 10-11/2025  projekt okładki: Kasia Stańczyk, fot. Marta Orlik,

 

Dużo mówisz o jazzmanach, którzy ci towarzyszą, o tych od których się uczyłaś, ale też o swoich kolegach i koleżankach. Wypowiadasz się o nich z podziwem, pokorą, ze świadomością też swoich własnych ograniczeń.

 

Uważam, że muzyka jest oceanem możliwości i w tym oceanie pływają jazzowe rybki, większe, mniejsze, o różnych odcieniach i ja zawsze, od samego początku, wierzyłam w taką jakąś wspólnotę, koegzystencję. Jeśli kogoś uważam za utalentowanego to mówię o tym z przyjemnością. Wierzę, że warto wspierać się nawzajem, że dobro zawsze zwycięży, że warto działać w taki sposób w jaki samemu chciałoby się być potraktowanym. Może dlatego od samego początku przyciągnęłam wspaniałe osoby ze świata muzyki, wspomniany Darek Oleszkiewicz, ale i też Michał Tokaj, któremu tyle zawdzięczam. To są muzycy, którzy nie dość, że są wirtuozami na swoich instrumentach, to mają niesamowitą wiedzę harmoniczną, znają wspaniale historię jazzu, z którymi mam bardzo zbliżoną estetykę, gust, podobny flow i wrażliwość.

Jestem bardzo wierna muzykom, tak jak zauważyłaś Larry,Munyungo czy Darek grali nie tylko na „Picking up the pieces”, ale spełniam również swoje marzenia i zapraszam gwiazdy ze świata, jak genialna pianistka Geri Allen czy perkusista Brian Blade.

Czuję od nich ogromne wsparcie, dlatego o nich też tyle mówię, bo moja muzyka brzmi w taki, a nie inny sposób dzięki ich wrażliwości i ich brzmieniu. Sama nie jestem niezależną artystką. Oni pomagają, często dla mnie piszą i aranżują utwory. Nazywam ich moim muzycznym plemieniem. Oczywiście to nie są moi prywatni muzycy, to są liderzy swoich formacji, zdobywcy Fryderyków. Próba zatrzymania ich na wyłączność zubożyłoby ich. Nie mam takiego podejścia. Poza tym ich rozwój jest budujący w kontekście mojej drogi. Czerpiemy z siebie.

 

Mówisz o uznanych muzykach, ale są też i młodzi.

 

To się wszystko przeplata. I to jest super. A jeżeli chodzi o wspieranie innych, oczywiście, że jeżeli jest ktoś, kto mi się podoba, to powiem dobre słowo tej osobie, bo pamiętam siebie na początku drogi, jak miałam 25 lat i wchodziłam pierwszy raz do studia. Pamiętam emocje, kiedy dzwoniłam do Tomasza Szukalskiego, który był wielką gwiazdą, a był zawsze taki bardzo bezpośredni i jak się wstydziłam zapytać go, czy jest szansa, żeby pojawił się gościnnie na płycie. Okazało się, że nie przepada w ogóle za wokalistkami, ale moje brzmienie mu się podoba i uważał, że jestem zdolna. Nie odmówił udziału.

Pamiętam też odmowę wsparcia mojej ówczesnej Pani profesor. Zabolało, ale po latach widzę, że dodało mi to doświadczenie jeszcze większej determinacji.

 

A ja dzięki Tobie odkryłam Szymona Mikę.

 

Wpsaniale! A teraz pojawił się kolejny zdolny muzyk, odkryty w Polsce przez Michała Barańskiego Shachar Elnatan, który od kilku lat mieszka w Polsce.

Uznane wokalistki jazzowe słynęły z tego, że odkrywały nowych i zapraszały ich do zespołu. To je napędzało, rozwijało, mobilizowało. W jazzie nie ma granic, nie ma barier. Każda współpraca jest możliwa. Najważniejsza jest jazzowa mięta. Trzeba ją poczuć.

 

Wiem, że czytasz poezję i jako wokalistka przykładasz wagę do słów, zarówno do ich rytmu, jak i znaczenia.

 

To jest ta przewaga wokalistki, wokalisty nad instrumentalistą. Instrumentalista wyraża emocje poprzez dźwięki, ale musi współpracować z wokalistą jako akompaniator. I nie każdy instrumentalista to potrafi. To jest kwestia inteligencji emocjonalnej. Kiedy wybieram dany wiersz i chcę go opowiedzieć śpiewając, to nie mogę być zagłuszona kaskadą dźwięków. Mam to szczęście, że mogę śpiewać po polsku i po angielsku, choć nasz język uważam za trudniejszy do śpiewania. Cieszę się, że mogę ze słuchaczem podzielić się wierszem, który uznałam za ważny, poprosić kogoś, żeby napisał do niego muzykę albo mogę ją stworzyć częściowo sama. Wiersz taki dostaje skrzydeł, tak jak to było przy płycie „Sara”, „Umiera Piękno” czy w „Księdze Olśnień”. Bardzo mnie to ekscytuje i na pewno będę jeszcze ten wątek poetycki w przyszłości kontynuowała.

Lubię pisać własne teksty piosenek. Ale broń Boże nie aspiruję do bycia poetką! To tylko lyrics, teksty piosenek. I to też jest fajne, że można usiąść sobie na plaży i napisać „Meltemi” prosty tekst, który nagle staje się bezpretensjonalną miłą piosenką, która wpada w ucho i być może kogoś odprężyć. Piosenki mogą radować, dawać ukojenie, a czasami niepokoić. Różna jest ich funkcja, ale właśnie tylko dzięki dobrym tekstom to się udaje. Ale jest i grafomania, którą jesteśmy nadmiernie otoczeni. Ten muzyczny fast food jest przerażający.

 

I w przeciwieństwie do oczu nie możemy uszu zamknąć, nie możemy się odciąć.

 

Mamy to w taksówkach, w sklepach, w windach.
Teraz dochodzi jeszcze nowy wątek sztucznej inteligencji. Są programy, które tworzą piosenki. Możesz zadać temu programowi zadanie, żeby piosenka była w danym stylu stworzona i zaśpiewana danym głosem, żeby tekst był na zadany temat. Przedziwne…
Świat idzie w przedziwnym kierunku, który mnie miejscami przeraża.
Zabaczymy co przez kolejną dekadę się wydarzy. Na rynku muzycznym następują właśnie teraz bardzo dymanmiczne zmiany. Reklamówki są robione przez sztuczną inteligencję. Wiele zawodów w ogóle w ciągu najbliższych lat zniknie. Ja cały czas liczę na to, że głosu ludzkiego nie zastąpi na dobre sztuczna inteligencja, że nadal słuchacze będą przychodzić na koncerty, żeby zobaczyć i posłuchać żywego człowieka z krwi i kości, który sam tworzy z jego charakterystycznymi cechami, osobowością, aurą. AI nie ma charyzmy!

Ale jako ambasadorka Legalnej Kultury, od samego początku kibicująca fundacji, wiesz też, że ten głos ludzki jest też kradziony.

 

Jest kradziony i powiem ci więcej, narzeczony mojej managerki, znany lektor Jarosław Łukomski wytoczył proces ludziom, którzy wykorzystali jego głos bez pytania do reklamy. Pewna firma ukradła jego głos. Czasem kradzież dotyczy samej twarzy, czasem ciała. Chore czasy… Są programy, którym  wystarczy wkazać temat by stworzyć piosenkę utrzymaną w określonym stylu, określasz skład muzyków, rodzaj głosu i AI wypluwa w mig piosenkę. Czy to jest artystka? Czy to jest twórczość? Temat rzeka…


Aga Zaryan, Kinga Jakubowska, Rafał Królikowski      Fot. Legalna Kultura

 

Jak Ty – artystka, stojąca na scenie od 25 lat się z tym czujesz?

 

Czuję się przedziwnie. To jest dla mnie takie jakieś nierealne, prawie jak film science fiction. Szczerze mówiąc, to mnie przeraża! Niektórzy mówią, że to jest ciekawe, ekscytujące, że to jest przyszłość. Może tak jest, ale mnie ta przyszłość niepokoi. To jest coś obcego i odtwórczego, to nie ma w sobie tych wszystkich pierwiastków, o jakich tutaj rozmawiamy: spotkania z drugim człowiekiem, nawiązywania więzi, relacji… Nie ma tego wszystkiego, co uważam za wartościowe.

 

A jednocześnie bazuje właśnie na tym, co wypracowaliście wy jako artyści.

 

Tak. I mówiąc o legalnej kulturze, to jest to wszystko gdzieś na granicy prawa czy luk prawnych. Obawiam się, że jest to równia pochyła, podobnie tak jak rozmawiałyśmy o Spotify'u chociażby, gdzie tantiemy są żadne z odtworzeń, nawet jeśli liczby wydają się wysokie. Lata temu, kiedy zaczynałam, miałam bardzo konkretne tantiemy i to było moje dodatkowe źródło dochodów. Teraz zniknęło bezpowrotnie, a m.in. wytwórnie położyły łapę na dochodach artystów.

 

A powtórzmy to może, że proces nagrywania płyty trwa dużo dłużej niż czas jej odsłuchania – co najmniej kilka miesięcy.

 

Tak. Nawet „Second Time Around”, to szybko zrealizowana płytą, ale potem dochodzi dopieszczanie brzmienia, wybieranie wersji, mix, mastering, sesja zdjęciowa, praca z grafikiem, całs postprodukcja.

 

I stoją za tym ludzie, których normalnie koło Ciebie na scenie nie widać: Joanna Kalińska, Twoja managerka, Tyler Sherwood, Tadeusz Mieczkowski…

 

…Marta Orlik, Agnieszka Jańczyk, Justyna Chajduk od niedawna Bartek Born-Chojnacki, który zajął się mediami i socialami. Część wymienionych osób pracowało ze mną przy Picking Up the Pieces. Dla mnie to jest team, teamwork. To nie jest tak, że Aga Zaryan stworzyła sobie płytę sama, wyprodukowała ją, zrobiła sesję zdjęciową, nagrała, zgrała i wydała, i jeszcze ją promuje. To jest praca zespołowa i te niewidoczne osoby również trzeba doceniać.

 

Mam nadzieję, że będziemy mogły o nich jeszcze wielokrotnie rozmawiać.

 

Mam nadzieję, że będziemy rozmawiały za 10 lat i za 20. O kolejnych etapach, projektach, pomysłach.

 

Agnieszko, w imieniu Fundacji Legalna Kultura życzę Ci wspaniałego jubileuszu, kreatywnego, pełnego cudownych spotkań z artystami i widownią. Dziękuję Ci za wszystkie emocje, którymi nas przez 25 lat obdarzałaś i obdarzasz oraz cieszę się na kolejne koncerty i nowe projekty.

 

Bardzo Ci dziękuję, a ja od lat trzymam mocno kciuki za działania Fundacji Legalna Kultura. Potrzebne i wartościowe.


Relacja z jubileuszowego koncertu Agi Zaryan "All Stars Birthday Concert 25/50"



Z Agą Zaryan rozmawiała Marzena Mikosz

 

 

Fundacja Legalna Kultura serdeczne dziękuje magazynowi Jazz Forum za udostępnienie okładek czasopisma.


Zdjęcie główne: Fot. Marta Orlik


 

 




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!