Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Ja cały czas nieustająco „wampirzę”

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Ja cały czas nieustająco „wampirzę”

Ja cały czas nieustająco „wampirzę”

18.03.22

„Młodzi ludzie, których uczę dają mi energię, oni zwracają uwagę na rzeczy istotne, mówią co dzisiaj, w naszym świecie najbardziej pulsuje, co ich dotyka, co ich obchodzi, o czym już należałoby zapomnieć. Oni są źródłem też takiego entuzjazmu zawodowego, z którego ja czasem czerpię.” – mówi Dorota Kolak w rozmowie z Pawłem Rojkiem.

 

Kristoffer Rus, to po Magnusie von Hornie, drugi szwedzki reżyser, który działa w Polsce. Jakie jest pani doświadczenie w pracy z tym reżyserem?

 

Z Kristofferem spotkałam się na takim pierwszym, nazwijmy to produkcyjnym, czytaniu scenariusza. Potem na próbach, potem na rozmowie z młodym człowiekiem Maciejem Karasiem, który gra główną rolę w „Za duży na bajki”. I tak prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać na planie. Kris okazał się niezwykle dociekliwy, drobiazgowy, a jednocześnie dawał przestrzeń wolności. Ale przede wszystkim to, co było w tej pracy, chyba najbardziej, w moim odczuciu, wartościowe to to, że często otwierał mi jakieś takie przestrzenie tematów, które mnie samej nie przyszły do głowy. Miał rzeczywiście nieco inne spojrzenie na różne rzeczy. To po pierwsze. Po drugie był spokojny i bardzo konkretny w pracy. Plan filmowy zwykle kojarzy się z dużą ilością nerwów, prawda? Spięcia, napięcia. A tutaj przy Krisie byliśmy jakoś fajnie wyspokojeni. Powoli, ale skutecznie szliśmy do celu.

 

Jest takie bardzo stare aktorskie powiedzenie, że z dziećmi i psami na planie nie powinno się grać. Widziałem film i zauważyłem, że dzieciaki trochę kradną show, ale pani im dotrzymuje kroku...

 

Cieszę się, że pan tak uważa, ale to jest prawda i rzeczywiście wyjątkowym bohaterem jest Maciek, który gra Waldusia. Z Krisem zorientowaliśmy się wtedy, że trzeba bardzo uważać ze środkami aktorskimi, że przy Maćku, który jest samą prawdą, tylko prawdą i kwintesencją prawdy, trzeba bardzo uważać, żeby nie zagrać za dużo. I to był jeden wyznacznik. Ale też trzeba powiedzieć, że moja postać – postać ciotki – jest osobą niezwykle dynamiczną, energetyczną i kolorową, więc znalezienie balansu między tym spokojem i dostosowaniem się do tonacji Maćka, a tym, żeby spróbować jednak wyartykułować tego kolorowego ptaka, to było, powiem szczerze, bardzo trudne i poświęciliśmy temu sporo uwagi na planie.

 
Fotos z filmu „Za duży na bajki”. Fot: Jarosław Talacha


Za chwilę będzie panią można zobaczyć w kolejnym filmie, który jest kierowany do dzieci – „Detektyw Bruno” Mariusza Paleja. Jak pani się odnajduje w tej w tej tematyce? I skąd nagle taki wysyp filmów dla dzieci?

 

To jest w ogóle bardzo zabawne, dlatego, że mnie się wydaje, że ja jakoś tak robię filmy pakietami. To znaczy: był pakiet alkoholowy, prawda? Potem był jakiś taki pakiet dziwnych postaci. Dziwnych , bo czekam na premierę „Głupców” w reżyserii Tomka Wasilewskiego, „Jeziora słonego” Kasi Rosłaniec. Potem były właśnie dwa filmy, nazwijmy to dla dzieci. Przyjęłam te propozycje dlatego, że to były dwie kompletnie różne postacie. Postać ciotki i agentki głównego bohatera są odległe pod każdym względem. Więc pozwoliłam sobie na przyjęcie, mimo pakietu, tych dwóch ról. W „Detektywie Bruno” też grałam z młodym, bardzo, bardzo energetycznym, prawdziwym, bardzo fajnie grającym młodziutkim aktorem. Bo tam jest przecież jeszcze młodszy. To dziewięciolatek.

 

No właśnie, mówi pani o pakietach, które się w pani życiu pojawiają. Jest pani na tym etapie chyba, gdzie może pani przebierać między rolami? Wiem, że tych ról nie ma tak dużo, żeby nich przebierać, ale czym się jak pani kieruję wybierając rolę?

 

To oczywiście nie jest tak, że aktorki w moim wieku, czyli sześćdziesięcioparoletnie, że każda z nas dostaje stosy scenariuszy co miesiąc. To absolutnie tak nie jest. Natomiast rzeczywiście jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności, te propozycje, które dostałam w zeszłym roku, czy w tym roku, są tak różnorodne, że mogłam się tylko cieszyć i powiedzieć „Gram!”. I nie kalkulować, tylko podejść do obu, czy do wszystkich czterech, z jakąś ogromną radością i entuzjazmem. Cieszę się, że w ogóle te propozycje nie są z jednej szuflady. Że odeszłam od moich alkoholiczek.

 

Jedną z pani słabości jest to, że mieszka pani poza Warszawą, a jednak gros takiego filmowego życia, serialowego, telewizyjnego dzieje się w Warszawie i okolicach? W Gdańsku trzyma panią teatr. Czy przez to, że jest pani dalej, to czasem coś pani ucieka zawodowego?

 

W ciągu całego mojego zawodowego życia, tych propozycji parę uciekło, i to powiedziałabym, że ze dwie takie bardzo istotne przez teatr filmy mi po prostu umknęły. Ale z drugiej strony teatr pozwala przetrwać ten moment, kiedy z kolei nie mam pracy w filmie. I wtedy móc się rozwijać i pracować. W ogóle pracować i pracować nad sobą. I nie zastygać nie, nie zamarzać wewnętrznie i emocjonalnie, i zawodowo. Więc nie można przecenić tego, że ja na stałe jednak jestem w teatrze. A to, że jestem w Trójmieście, to jest wspaniałe, że ja przyjeżdżam do Warszawy, tylko do pracy. Jestem naprawdę tylko w pracy. Ja nie pędzę do domu, gdzie czeka na mnie dziecko, kolacja i obowiązki. Jestem w stanie się skupić na tej pracy. Jest mi dużo łatwiej niż tak, jak koledzy mają, że muszą wracają do domów, do dzieci. Pędzą na przedstawienia jeszcze czasem. Więc muszę powiedzieć, że jest to rodzaj komfortu.

 

Jeszcze musi pani znaleźć czas na swoją pracę edukacyjną. Jest pani wykładowcą w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Czym to dla pani jest?

 

To jest nieustające źródło... Ja powtarzam, może to nie jest ładne słowo, ale ono jest bardzo adekwatne. Ja cały czas nieustająco „wampirzę”, jak ja to mówię, na tych młodych ludziach. Oni dają mi energię, oni zwracają uwagę na rzeczy istotne, mówią co dzisiaj, w naszym świecie najbardziej pulsuje, co ich dotyka, co ich obchodzi, o czym już należałoby zapomnieć. Oni są źródłem też takiego entuzjazmu zawodowego, z którego ja czasem czerpię. Ale, nie ma co ukrywać, oni bardzo też ze mnie siły wysysają. Więc powiem szczerze, że jak prowadzę cały dzień zajęcia od rana, a wieczorem mam przedstawienie, to przychodzę na to przedstawienie czasem bardzo zmęczona, bo staram się też wpompować własną energię w nich. Więc to takie naczynia połączone powiedziałabym. Taką mam nadzieję, przynajmniej.

 

Pandemia jeszcze trwa,  nadal są odwoływane zdjęcia, zajęcia w szkołach, spektakle teatralne. Co najgorzej za funkcjonowało w pandemii?

 

Ja mam takie wrażenie, że wykorzystano i pogłębiono w nas wszelkie lęki. Także lęk przed utratą pracy w zawodzie. Że oprócz tego, że boimy się teraz różnych rzeczy, boimy się pandemii, boimy się tego, co się dzieje za naszymi granicami, boimy się tego, co się wydarzy tutaj, to jeszcze nastąpił w naszym zawodzie lęk przed utratą pracy albo lęk przed niedostępnością tej pracy. Brak przedstawień przez dłuższy czas, generuje nie tylko brak pieniędzy, bo aktorzy zarabiają głównie jednak na przedstawieniach, wtedy, kiedy grają. Ale też taki lęk, że czas mija. W moim wypadku, ja mam 64 lata, to już każdy rok jest dla mnie istotny. Już wiem, że czegoś tam nie zagram. Coś umknęło bezpowrotnie. Więc ten czas, który upłynął i pogłębiający się lęk, a wraz z lękiem, myślę, że samotność. Ja się boję w życiu dwóch rzeczy: bezradności i samotności. I jedno i drugie zaistniało. Bezradność wobec wszystkiego, co się dzieje. I poczucie samotności. Zawsze po premierze można się było spotkać. Zawsze można było wyjechać razem, pogadać o tym, co się robi. To było niemożliwe przez pewien czas. Jesteśmy, każdy zamknięty w swoim plastrze. Słabo się komunikujemy. Tak, to chyba te dwie rzeczy.


Fotos z filmu „Zabawa Zabawa”. Fot Robert Jaworski

 

Jeszcze wrócę do tematu edukacji. Czy pamięta pani jeszcze ten czas, kiedy pani była w szkole teatralnej i co z tego, co wtedy panią uczyli bardzo szybko się zdezaktualizowało? A co dało pani siłę do dociągnięcia tego zawodu przez wszystkie lata?

 

Mam wrażenie, że moja szkoła, czyli krakowska Szkoła Teatralna, dzisiaj Akademia, i pedagodzy zwracali przede wszystkim uwagę na taką przestrzeń rzemieślniczą tego zawodu i to się w moim odczuciu stało nawet jeszcze bardziej wartościowe. Czyli dbanie o rzeczy podstawowe: muszę być słyszalna i zrozumiała. Czyli rzemieślniczo: dykcja i głos. Co prawda gramy na mikroporty dzisiaj, ale też na mikroporcie trzeba dobrze mówić. Dalej cała przestrzeń pracy nad ciałem, ekspresji ciała, wyrazistości tego ciała. Aktor, żeby grać, musi być z jednej strony rozluźniony, ale jednocześnie skoncentrowany, czyli te, wydawałoby się, sprzeczne rzeczy muszą się połączyć. I te zasady raczej nie uległy zmianie. Natomiast to, co wydaje mi się, uległo zmianie dzisiaj, to myślę, że ten zawód się zdegradował, jeżeli chodzi o tak zwaną misję społeczną. Gdy kiedyś środowisko ogłosiło bojkot, coś to znaczyło dla społeczeństwa. W czasie stanu wojennego nasz głos był słyszalny. Dzisiaj wydaje mi się, że on już jest zagłuszany albo nie wysłuchiwany. Możemy sobie krzyczeć: „Kultura głupcze”, ale to i tak nie pomaga, bo ważniejsze są inne rzeczy, prawda? Na przykład sport. Nie mam nic przeciwko sportowi, ale rzeczywiście to jest bardzo widoczne, jak ta uwaga rządowa się przesunęła z kultury na sport. To widać gołym okiem. To jednak nie aktorzy promują szczepionki, tylko sportowcy i tak dalej, i tak dalej. Tych elementów jest bardzo wiele. Więc element rywalizacji został uwypuklony. Wygrywania bezwzględnego. To znaczy albo jesteś na podium, albo nie jesteś na podium. W zawodach artystycznych tak nie jest. Nie ma czegoś takiego jak najlepszy aktor, prawda? Jesteśmy w różnych rzeczach dobrzy. Natomiast tu jest rzecz bezwzględna: albo skoczysz tam ileś, albo przebiegniesz. Wymierność. To jest istotą. Schematyczność oglądu świata. A sztuka, to nie wynik i nie rywalizacja, tylko spektrum – spektrum tolerancji i otwarcia na różnorodność – tak bym powiedziała.

 

A co by pani teraz młodym ludziom powiedziała, nie tylko tym z Akademii Muzycznej, ale wszystkim młodym adeptom aktorstwa? Jaką dałaby im pani radę?

 

Tę samą od lat, żeby się nie dali zwieść czerwonym dywanom, które za czasów mojej młodości w ogóle nie istniały. Czerwone dywany, ścianki i takie inne rzeczy. Nie dajcie się temu zwieść, bo to jest tylko jakaś pozłotka, jakiś cieniuteńki złoty papierek, który jest na wierzchu i przydarza się nie wszystkim. Jeżeli nie masz miłości do tego zawodu i pasji, to lepiej w to nie wchodź. Bo ten zawód niesie ze sobą wiele radości, ale też bardzo dużo rozczarowań. A ścianka to jest jakiś czubek góry lodowej, która zresztą topnieje szybko.

 

Mówi pani, że rywalizacja wśród aktorów, to nie jest coś naturalnego…

 

Ja tak nie powiedziałam. Ja uważam, że to nie jest istotą tego zawodu, to chciałam tylko powiedzieć.

 

Ale nagrody się zdarzają i czym są właśnie takie nagrody dla artysty? Ja zawsze mam problem oglądając Oscary, Orły czy festiwale, jak można porównać nieporównywalne rzeczy? A z drugiej strony to jednak te nagrody są jakimś dowartościowania artysty.

 

Z całą pewnością, miło jest dostawać nagrody. Tylko ważne jest, żeby je postawić na szafie i więcej na nie patrzeć, a nie postawić je na stole i wpatrywać się w te nagrody od śniadania do kolacji. To jest jakiś element, który mówi: dobrze grasz. Albo: potrafisz to robić. Albo: ta rola ci się wyjątkowo udała. Ale trzeba się wtedy ogarnąć i zapomnieć. I pracować tak samo albo nawet więcej, a nie wpatrywać się w nagrodę.

 

Są przecież aktorzy, którzy rzadko dostają nagrody, ale mają ciągle pracę.

 

Dokładnie tak. A poza tym też myślę, że nagroda, no cóż, o gustach się nie dyskutuje, ale gdyby był inny skład jury, to i nagrody byłyby inne. No umówmy się, prawda? To nie jest tak, że każde forum, każde grono jurorskie wybrałoby te same typy do nagrody, prawda? Więc to jest wypadkowa.

 

Po raz drugi bierze pani udział w sesji nagraniowej spotów „W czerni kina” dla Legalnej Kultury. Na ile pani uważa, że edukacja – sama pani jest edukatorką – ma znaczenie w tej kwestii? I jaką pani ma zwrotną informację od swoich studentów, z jakich źródeł kultury korzystają? Legalnych czy nielegalnych? Czy oni mają świadomość tego, że trzeba jednak wybierać legalne źródła?

 

Oni mają świadomość. Ale myślę, że też mają świadomość i starają się być uczciwi, bo są sami artystami, przyszłymi artystami. Wiedzą, że podlegają temu. Ponieważ to jest ich przyszłość, to jest także tez ich powinność. Natomiast to nie jest powszechne jeszcze. Mam wrażenie, że edukacja zaczęła być w pogardzie. I niekoniecznie ci, którzy zabierają głos i są słuchani, wiedzą coś naprawdę, bo to zgłębili, a nie wiedzą, bo sobie tak wymyślili. Ale nie ma innej drogi w moim odczuciu. Znaczy, możemy tylko edukować, edukować i jeszcze raz edukować. Choć mamy świadomość, że nie do wszystkich to trafia. Ale trzeba to robić.

 

Spotykamy się w czasie przerwy w zdjęciach do filmu...

 

W tej chwili kończę dwa filmy. Znowu mam pakiet, tym razem pakiet świąteczny. Więc kończę dwa filmy. Kończę film „Jeszcze przed świętami” jeden, a drugi „Uwierz w Mikołaja”, więc pakiet świąteczny.

 

„Uwierz w Mikołaja” to film Anny Wieczur-Bluszcz. Ja dosyć mocno cenię tę reżyserkę, bo ona bierze lekkie tematów i potrafi z nich zrobić dobre kino.

 

Ja się za Anią spotkałam po raz pierwszy. I jestem rzeczywiście pod wrażeniem jej profesjonalizmu, który jest profesjonalizmem radości. Nie wiem czy ja to jasno powiedziałam. Ona pracuje bardzo rzetelnie, ale w sposób pogodny. To jest osoba o niezwykłej kulturze i zawsze bardzo przygotowana. Tak, jestem pod wrażeniem tego spotkania z Anią.

 

Mam wrażenie, że ona potrafi nawet z nie najlepszego tekstu często wyciągnąć pewną prawdę.

 

Myślę, że tak będzie, chociaż temat jest zdawałoby się ograny, prawda? Kino świąteczne. I mam nadzieję, że z tego będzie fajne kino.


Rozmawiał Paweł Rojek

Zdjęcie główne: Legalna Kultura




Fot. Legalna Kultura






Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Jeśli podoba Ci się nasz artykuł, udostępnij go


Do góry!