Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Prawdopodobnie największy lombard w Europie

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Prawdopodobnie największy lombard w Europie

Prawdopodobnie największy lombard w Europie

03.11.22

„Film opowiada o rzeczach ważnych społecznie, ale nie brak w nim dużej porcji humoru. O to przede wszystkim była duża walka na montażu. Z jednej strony, żeby nie przesadzić z żartem i groteską, a z drugiej, aby w tym smutnym miejscu zachować jej tyle, ile to tylko możliwe. Smutnych filmów o Śląsku powstało już wystarczająco wiele.” – mówi Łukasz Kowalski, reżyser filmu „Lombard”,  poruszającej i pełnej humoru komedii dokumentalnej o ludziach, którzy walczą o przetrwanie, pomagając jednocześnie bardziej potrzebującym.

 

Jak trafiliście do tytułowego lombardu? Co Was w nim zainteresowało?


Pierwszy kontakt z lombardem w Bytomiu przy ul. Wytrwałych 1 w dzielnicy Bobrek miałem w 2016 roku, podczas realizacji reportażu w ramach programu TVP „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...” o zaginionym mężczyźnie z Bobrka. Gdy rozpytywaliśmy o niego z kamerą mieszkańców dzielnicy, wszyscy odsyłali nas do wielkiego, żółtego magazynu po starej Biedronce, w którym mieścił się ówcześnie lombard – jak się później okazało prawdopodobnie największy w Europie! Nad wejściem klientów witał baner z hasłem „Przyjmiemy wszystko, od igły po helikopter”. I faktycznie było tam niemal wszystko. Od samego wejścia musieliśmy przeciskać się wąską alejką między pralkami, koszami wypełnionymi obuwiem, wielkimi bojlerami do wody, manekinami ubranymi w futra i skóry, kompletami mebli, zastawami do stołu, starymi zabawkami... Pod ścianą uginały się półki z żelazkami (było ich w sumie około 300 sztuk), dalej były suszarki, sprzęt RTV a nad nim gitary... Jeszcze dalej stał manekin w mundurze milicyjnym, maskotka żaby, kącik z wózkami inwalidzkimi, rowerami i w końcu docierało się do kasy, za którą znajdowały się prawdziwe perełki – miecze
samurajskie, antyczny obraz, stare poniemieckie książki, broń gazowa w gablocie oraz stare monety... A to dopiero był początek. Lombard zajmował dwa piętra hali po supermarkecie i był zawalony po brzegi najróżniejszym towarem w setkach sztuk – 200 pilotów od telewizorów, dziesiątki poroży jeleni, 700 par kurtek skórzanych, 1100 futer z najróżniejszych zwierząt, setki łyżew i 3 tys. książek, około 40 tys. elementów szklanych, porcelanowych, kryształowych (z czego bardzo wiele kufli okolicznościowych po górniczych biesiadach). W pewnym momencie, na samym tylko Allegro, właściciele lombardu mieli wystawionych około 70 tys. aukcji, a był to zaledwie ułamek tego, czym dysponowali.

 


Fot. Materiały prasowe Against Gravity


Lombard od początku borykał się z problemami finansowymi. W wyjściu na prostą nie pomagała pasja Wiesława do kolekcjonowania nowych przedmiotów. Na pewno nie pomagało też dobre serce pani Joli, która obdarowywała różnymi rzeczami ludzi w potrzebie. Wielokrotnie byłem świadkiem jak przychodził do lombardu klient, żeby coś zastawić a wychodził z butami czy kurtką. Jola była najbardziej wrażliwa na dzieciaki, które licznie zaglądały do lombardu. Dostawały od niej ciepłe kożuchy, zabawki, medale... Czasem, gdy klienci nie mieli w ogóle nic do zastawienia, Jola częstowała ich zupą własnej roboty. To wszystko było bardzo przejmujące i poruszające. Lombard przy ul. Wytrwałych 1 był antytezą lombardów, jakie znamy – miejsc nastawionych na zysk. Był trochę jak oaza pośród rozpadających się familoków, szarych podwórek, gruzowisk i terenów poprzemysłowych. To była w zasadzie gotowa historia na piękny i poruszający, acz często także bardzo zabawny film. Nigdy bym się wcześniej nie spodziewał, że tak niezwykłą historię znajdę całkiem niedaleko miejsca, w którym sam mieszkam. Ogrom najdziwniejszych przedmiotów, od starych mundurów górniczych i telefonów z podziemi kopalni, przez dewocjonalia typu Jezus w zegarze, czy Maryjka w wodorostach, po neony z dawno już zamkniętych nocnych klubów. Robiło to niezwykłe wrażenie. To była gotowa wystawa albo scenografia do filmu. Pamiętam, że pomyślałem o „Sklepach cynamonowych” i ulicy Krokodyli u Brunona Schultza. W tym samym roku poszedłem do Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy na program dokumentalny DOK PRO, gdzie pod okiem Marcela Łozińskiego, Maćka Cuske i pani Vity rozwijany był projekt filmu o lombardzie. Szybko okazało się, że to nie będzie film wyłącznie o przedmiotach. W centrum opowieści stanęli jego właściciele Jola i Wiesław (para w biznesie i w życiu prywatnym) oraz ich pomocnicy Agnieszka, Roksana i Tomek. To była niezwykła ekipa, która lombard traktowała jak drugi dom. Byli trochę jak taka „czeska rodzina” która wspiera się nawzajem, przeżywa wspólnie smutki i radości, jadąc razem na jednym wózku.

 

W jaki sposób zdobywaliście zaufanie bohaterów i jak wyglądała praca z nimi?

 

To proces, który musi trwać – w końcu mówimy o ludziach z krwi i kości, którzy nie są aktorami, a których prosi się, aby przed kamerą odsłonili część swojego życia, często bolesną i intymną. W zdobywaniu zaufania pomaga szczerość. Opowiadałem im o sobie – o tym, że na Śląsku pracuje od przeszło 15 lat i że w tym czasie zrealizowałem ponad 200 reportaży poświęconych całemu spektrum problemów, z którymi boryka się postindustrialny Śląsk. Relacjonowałem protesty górników i ich rodzin po tym, jak zamykano kolejne kopalnie. Zajmowałem się tematem bezdomności, przemocy, degradacji środowiska… Podejmując te tematy, mogłem lepiej zrozumieć mój region oraz problemy, z jakimi borykają się jego mieszkańcy. Będąc dziennikarzem społecznym, jesteś niejako na pierwszej linii frontu – obserwując i relacjonując światu to, co widzisz. Moi bohaterowie docenili to, że jestem „człowiekiem stąd”, że mam rozeznanie w sytuacji, że nawet jeśli nie mam podobnych problemów jak oni, to przynajmniej rozumiem je. Dużo rozmawialiśmy z Jolą i Wieśkiem. Polubiliśmy się. Bez tego nie byłoby możliwości zrobić takiego filmu. Pomału zaczęliśmy wyciągać kamerę i kręcić. Rozmawialiśmy o tym, co chcemy pokazać, dlaczego naszym zdaniem jest to ważne... Po pewnym czasie nasi bohaterowie zapomnieli o kamerze, o tym, że jesteśmy ekipą filmową. Zaczęli nas traktować trochę jak cześć ekipy lombardu. Zaczęli się przed nami bardziej otwierać, a my uważnie ich podglądaliśmy w ich pracy, w relacji do klientów, do przedmiotów i do samych siebie. Zdjęcia trwały miesiącami i bohaterowie już chyba trochę przestali wierzyć, że jakikolwiek film w ogóle powstanie.




Fot. Materiały prasowe Against Gravity

Jak długo trwała produkcja filmu, ile czasu spędziliście w lombardzie?

 

Zdjęcia rozpoczęliśmy 2017 roku, zaraz po przenosinach lombardu do Biedronki. Wcześniej lombard zajmował trzypiętrową kamienicę w centrum miasta, ale ponieważ budynek groził zawaleniem, Jola i Wiesław musieli się przenieść. Wybrali peryferia miasta – tu był niższy czynsz, a i mieli dużo miejsca na towar. W lombardzie byliśmy aż do momentu, gdy nasi bohaterowie musieli wynieść się z Bobrka i opuścić magazyn po Biedronce, który został sprzedany. Główna cześć zdjęć zrealizowaliśmy na przestrzeni dwóch lat – do wybuchu pandemii. Trudno zliczyć, ile dni z kamerą spędziliśmy w lombardzie, ponieważ często byliśmy z naszymi bohaterami, ale nie filmowaliśmy nic. Dni stricte zdjęciowych było około 60. Dysponowaliśmy prawie 12 godzinami materiału wyjściowego, co było dużym wyzwaniem podczas montażu. Ale nawet wtedy, gdy zaczęliśmy już konstruować pierwsze wersje filmu, wracaliśmy do lombardu jak tylko coś ważnego się działo. Nie chcieliśmy nic stracić. W ten sposób towarzyszyliśmy naszym bohaterom aż do kolejnej przeprowadzki – gdy powrócili do centrum miasta. To był dla nas naturalny koniec tej historii.

 

Jakie były największe wyzwania i problemy, przed jakimi stanęliście w procesie tworzenia filmu?

 

Największym problemem była temperatura. Magazyn, w którym mieścił się lombard, był cały pokryty cienką blachą. Latem było tu niemiłosiernie gorąco. Ale najgorsza była zima. W lombardzie było jak w lodówce. Temperatura w środku była często niższa niż na zewnątrz i dochodziła momentami do -14 stopni!!! Wtedy zamarzały rury i nie było wody. Wszyscy chodzili ubrani w kilka warstw i siedzieli w kantorkach dogrzewanych farelkami. Na hali głównej, siedząc, czy filmując, dało się wytrzymać zaledwie kilkanaście minut. To było zdecydowanie najgorsze, ale właśnie w takich warunkach nasza lombardowa załoga musiała pracować.




Fot. Materiały prasowe Against Gravity


Ile materiału ostatecznie widzimy na ekranie? Z jakich sytuacji i wydarzeń najtrudniej było Wam zrezygnować?

 

Ostatecznie film z napisami to osiemdziesiąt parę minut. Myślę, że to optymalny czas i wszystko, co chcieliśmy opowiedzieć powiedzieliśmy, nie tracąc nic, na czym nam zależało. Jest więc miłość i przyjaźń. Poznajemy historię każdego z pracowników oraz relacje między nimi. Poznajemy klientów, którzy odwiedzają lombard. Mamy historie miejsca i przedmiotów. W tle snuje się obraz dzielnicy nazywanej przez miejscowych „dzielnicą cudów”, bo wszystko tu może się wydarzyć. Jeszcze inny plan stanowi sama dzielnica miasta Bytom, nazywanego jeszcze do niedawna przez dziennikarzy „polskim Detroit”, ponieważ jako pierwsze miasto w Polsce stanęło przed widmem bankructwa. Film opowiada o rzeczach ważnych społecznie, ale nie brak w nim dużej porcji humoru. O to przede wszystkim była duża walka na montażu. Z jednej strony, żeby nie przesadzić z żartem i groteską, a z drugiej, aby w tym smutnym miejscu zachować jej tyle, ile to tylko możliwe. Smutnych filmów o Śląsku powstało już wystarczająco wiele.

 

Wasz film jest pokazywany na festiwalach na całym świecie. Jak różnią się reakcje na film w Polsce i poza krajem?

 

Odbiór jest wspaniały. Ludzie śmieją się i płaczą na przemian. Piszą do nas bardzo miłe wiadomości. To dla nas najlepsza nagroda. Nasz film jest o dobroci, człowieczeństwie, przyjaźni i o sile wspólnoty – wartościach niezbędnych, aby przetrwać trudne czasy. Te historie dobrze czytają też ludzie za granicą – rozumieją uniwersalny przekaz filmu.

 

Czy utrzymujecie kontakt z bohaterami i bohaterkami? Jak potoczyły się ich dalsze losy?

 

Utrzymujemy stały kontakt. Jeżdżą z nami w różne miejsca, chętnie biorą udział w spotkaniach po pokazie filmu. Cieszą się sukcesem „Lombardu” tak, jak my. Rok po przeprowadzce do centrum Bytomia, lombard już po raz trzeci musiał zostać przeniesiony. Na razie przedmioty znajdują się w magazynie, ale już szukają nowego miejsca w Centrum. Wszystko wskazuje na to, że Wiesław odda stery firmy w ręce Joli.

 

Rozmawiał Mateusz Góra




Łukasz Kowalski – reżyser, dziennikarz telewizyjny, producent filmowy. Absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej im. Andrzeja Wajdy. Od 2007 roku zawodowo związany z Telewizją Katowice. Autor ponad 200 reportaży i krótkich form dokumentalnych emitowanych na antenach ogólnopolskich TVP.

 

W swoich materiałach porusza tematy trudne i kontrowersyjne, zawsze stawiając człowieka w centrum uwagi. Za swoją pracę był wielokrotnie nagradzany w prestiżowych, ogólnopolskich konkursach dziennikarskich, m.in. Nagrodę PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego czy Nagrodę „Watergate” przyznawaną przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Został nominowany do polsko-niemieckiej nagrody dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego. Od 2016 roku jest wydawcą i współautorem programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...”, który pomaga w poszukiwaniu zaginionych osób. Film „Lombard” to jego pełnometrażowy debiut.






   Fot. Materiały prasowe Against Gravity




Zdjęcie główne: Fotos z planu filmu "Lombard", fot. Basia Jendrzejczyk




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Jeśli podoba Ci się nasz artykuł, udostępnij go


Do góry!