Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Znajduję w kinie miejsce dla wykluczonych

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Znajduję w kinie miejsce dla wykluczonych

Znajduję w kinie miejsce dla wykluczonych

12.08.22

„Różni twórcy filmowi mieli wpływ na moją twórczość. Nie sięgam jednak bezpośrednio do takich inspiracji, staram się nie cytować innych twórców. Doceniam ich za to, że idą za swoją myślą, bo wtedy czuję, że chcą mi coś ważnego powiedzieć.” – mówi reżyser i scenarzysta Tomasz Wasilewski w rozmowie dla Legalnej Kultury.

Młodym scenarzystom mówi się, żeby pisali o czymś, co znają. Jak patrzę na twoje filmy, to widzę, że relacje międzyludzkie, które opisujesz, są niepokojące.


Są trudne. Moi bohaterowie są na granicy. Wybieram z ich życia momenty, które nie są dla nich najłatwiejsze. Czułem zawsze, że właśnie w takich momentach bohater jest bezbronny, a wtedy można dojrzeć prawdę, bo nie zakłada na siebie żadnych masek i nie buduje muru wokół siebie. Jest to taki moment, kiedy ja jako twórca mogę dostrzec kim ten człowiek jest.

 

Ale też są trudne dla widza, dlatego, że rzadko w codziennym relacjach spotykamy się z takimi tematami. Nawet rzadko rozmawiamy o takich aspektach miłości, związków międzyludzkich.

 

Uważam, że filmy powinny opowiadać historie, powinny portretować ludzi. W kinie, w sztuce jest miejsce na wszystkie historie. Wzrusza mnie fakt, iż ludzie, którzy są wykluczeni przez społeczeństwo, kolokwialnie mówiąc, muszą radzić sobie sami. Muszą walczyć z przeciwnościami, z którymi inni nie muszą walczyć. Gdzieś tutaj znajduję dla nich pole w kinie, by w jakiś sposób zabrali również swój głos.

Zwróciłem uwagę w twoim filmie na zdjęcia. We wszystkich twoich filmach są one bardzo dopasowane do klimatu filmu. W „Głupcach” operujesz często długimi ujęciami, budujesz bardzo wolne tempo filmu. Opowiedz troszkę o stronie artystycznej swojego filmu.

 

Strona wizualna zawsze jest dla mnie bardzo ważna. Kostiumy, charakteryzacja, scenografia – nigdy nie są przypadkowe. Nie tylko budują świat bohaterów, ale też dopowiadają ich historię lub stan emocjonalny. W ostatnich dwóch filmach – w „Głupcach” i w „Zjednoczonych stanach miłości” nie użyłem w ogóle muzyki. Wszystkie zdarzenia są w czasie rzeczywistym. Dzięki temu w „Głupcach” widz jest w stanie przeżyć z Marleną wszystko to, przez co przechodzi bohaterka – każde cięcie, w przypadku tego filmu, mogłoby budować pewnego rodzaju dystans, przekazać jedynie informację.



Fotos z filmu "Głupcy", fot. Łukasz Bąk

W „Głupcach” masz też kulminację współpracy ze swoimi ulubionymi aktorami. Dorota Kolak, Katarzyna Herman, Marta Nieradkiewicz, Łukasz Simlat i Tomasz Tyndyk, to są osoby, które już wcześniej u ciebie występowały w różnych konfiguracjach, a tu masz ich wszystkich razem na planie.

 

Po pierwsze uwielbiam ich jako ludzi, po drugie uwielbiam z nimi pracować. Są wybitnymi aktorami i praca z nimi jest wyjątkowa. Akurat przy „Głupcach” miałem taką możliwość, żeby bohaterowie tego świata mogli się znaleźć w ich ciałach, w ich energii, w ich emocjach. Byłem bardzo szczęśliwy, że mogę spotkać się z nimi wszystkimi w pracy nad moim najnowszym filmem.

Można powiedzieć, że trochę przeczołgujesz swoich aktorów emocjonalnie. Tam nie ma prostych scen. Tam nie ma prostych chwil, wyzwań.

 

Jest to wspólna podróż. To praca, która trwa dużo dłużej niż film, niż plan zdjęciowy. Spotykamy się przez bardzo długi okres przed zdjęciami i idziemy razem tą drogą. Trzeba sięgnąć do trudnych i wymagających emocji, ale decydujemy się na to wspólnie. Poza tym myślę, że dla aktorów i aktorek może to być, tak jak dla mnie, pewne katharsis. W pewnym sensie idziemy razem przez życie. 

 

Musi być naprawdę mocna więź między tobą a aktorami, ponieważ wiem, że aktor, żeby zagrać szczerze musi nie dość, że zrozumieć intencje, to jeszcze zrozumieć emocje. Wszystko to musisz im wytłumaczyć, dlatego, że w samym tekście tego nie widać.


Tak, dlatego spędzamy bardzo dużo czasu przed zdjęciami. Próby do „Głupców” trwały ponad rok. Nie spotykaliśmy się codziennie, ale co jakiś czas. Rozmawialiśmy o scenariuszu, o bohaterach, budowaliśmy tę historię, by zrozumieć, co się działo z nimi przed filmem. Rozkładaliśmy tak naprawdę stronę emocjonalną bohaterów na czynniki pierwsze. Dopiero kiedy ją zrozumieliśmy, mogliśmy zaczynać pracę na planie. Sedno mojej pracy z aktorami tkwi w zrozumieniu bohatera. Na planie próbujemy dotrzeć do emocji, których podczas prób już dotknęliśmy.



Fotos z filmu "Plynace Wiezowce", fot. Anna Tomczynska


Poza „Płynącymi wieżowcami” twoimi głównymi bohaterkami są kobiety...


Tak, ale w „Płynących wieżowcach” ten aspekt kobiecy też jest bardzo silny, bo jednak mamy postaci Sylwii – Marta Nieradkiewicz i matek, czyli Kaśki Herman i Izki Kuny. Wybieram bohaterki instynktownie. Być może gdybym teraz robił „Płynące wieżowce”, to opowiedziałbym tę historię z perspektywy Sylwii. Nie wiem tego.

 

Jesteś autorem scenariuszy do wszystkich swoich filmów. Czy szukasz tematów też u innych scenarzystów? Czy kusi cię, żeby kiedyś coś zaadaptować, współpracować z kimś innym? Czy chciałbyś zmierzyć się z czymś, co nie jest w stu procentach twoje?


Myślę o tym. Do tej pory nie zdecydowałem się na taki krok, ale niczego nie wykluczam. Otwieram się powoli na różne perspektywy, żeby wciąż się rozwijać.


Kim się inspirujesz?


Oglądam bardzo dużo filmów. Nie mam jednego ulubionego twórcy. Fascynowałem się kinem Hanekego, Farhadiego, Lánthimosa, braci Dardenne, ale uwielbiam też Bergmana. To są jedynie przykłady twórców, których cenie za to, że idą swoją drogą. Różni twórcy filmowi mieli wpływ na moją twórczość. Nie sięgam jednak bezpośrednio do takich inspiracji, staram się nie cytować innych twórców. Doceniam ich za to, że idą za swoją myślą, bo wtedy czuję, że chcą mi coś ważnego powiedzieć. Co nie wyklucza, że uwielbiam różne gatunki kina. Bardzo dobrą rozrywkę czy 007. Oglądam tak naprawdę wszystko, co jest dobre.


A zmierzyłbyś się z komedią?


Nie wiem. Uważam, że trzeba mieć do tego odpowiedni talent. Czy ja go mam? Nie wiem. Do tej pory o tym nie myślałem. Myślę, że to jest bardzo trudne i również wymaga spójnego języka i formy, z którymi nie miałem jeszcze styczności.



Fotos z filmu "Zjednoczone stany miłości". fot. Oleg Mutu


Wszystkie cztery Twoje firmy były w konkursie w Gdyni, masz już dwie nagrody za reżyserię na swoim koncie. Do tego masz Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie. Czym dla ciebie są festiwale?

 

Jest to ogromne przeżycie, ponieważ zazwyczaj jest to pierwsze spotkanie z widzem. Po tych czterech filmach wydaje mi się, że mam większy dystans do festiwali. Mniej je przeżywam. Jestem też mniej nimi zachłyśnięty. Wspaniałe są spotkania z publicznością, długie rozmowy po pokazach, które są zazwyczaj bardzo interesujące. Nie zawsze łatwe, nie zawsze pozytywne, ale na koniec zawsze bardzo ważne. A poza tym jest to spotkanie z przyjaciółmi, twórcami, filmowcami, których przez te 10 lat poznałem, bo w tym roku przypada 10. rocznica premiery kinowej „W sypialni”. Przez te lata nawiązałem niezwykle przyjaźnie na festiwalach w Polsce i zagranicą Jest to również okazja do sentymentalnej podróży, do spotkania ludzi, którzy są dla mnie ważni.


A na ile ważne są nagrody?


Nagrody są ważne, ponieważ w pewien sposób pokazują, że zrobiło się coś dobrego, coś ważnego. Grupa ludzi honoruje, nawet nie mnie, ale film, czyli pracę ogromnej liczby osób, które przy nim pracowały. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że jury to zawsze grupa przypadkowych osób. Gdyby było inne jury,  werdykt też byłby inny, więc staram się mieć do nagród dystans. Są to jednak bardzo miłe chwile.

 

Nagrałeś spot do swojego nowego filmu „Głupcy”. Wcześniej już nagrałeś spot do „Zjednoczonych stanów miłości”. Co myślisz o właśnie o takiej formie rozmowy z ludźmi na temat trudny, czyli korzystania z legalnych źródeł kultury?


Chodzi o świadomość ludzi, wobec tego problemu. Uświadomienie drugiego człowieka, że jest to kradzież.

 

A ty pamiętasz, jak to było kiedy byłeś młodszy? Czy szukałeś byle jakich źródeł kultury, byle w Internecie, byle szybko? W którym momencie zorientowałeś się, że to nie jest super?


Kiedy byłem młodszy nie było Internetu, mało było nielegalnych źródeł. Kiedy pojawił się Internet i pojawiły się w nim filmy, oglądałem je czasem, bo wydawały się dostępne i legalne, tylko dlatego, że są w nim zamieszczane. Dziś mamy o wiele większą świadomość dotyczącą tego tematu, dlatego warto zmienić swoje nawyki i korzystać z legalnych źródeł.  Szczególnie że jest to przestępstwo, które krzywdzi innych ludzi.

 

Rozmawiał Paweł Rojek

Zdjęcie główne: fot. materiały dystrybutora




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Podobał Ci się nasz artykuł?
Udostępnij:



Do góry!