Ja w internecie

PROGRAM SZKOLENIOWY W ZAKRESIE ROZWOJU KOMPETENCJI CYFROWYCH



Wyszukaj na stronie "Ja w internecie"



Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Lepiej widzę, kiedy nie patrzę

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Lepiej widzę, kiedy nie patrzę

Lepiej widzę, kiedy nie patrzę

03.09.21

„Nie tylko Szninkiel, czy Thorgal, ale komiks w ogóle był dla mnie dramatyczną koniecznością, z której się nie mogłem wyzwolić. Bo ja zawsze chciałem robić coś innego. Dla mnie główną moja istotą bycia, było szukanie nowych form ekspresji. Ale jak można robić nową formę ekspresji, jak się zaczęło coś, co się okazało przebojem.”  - tak o swojej twórczości mówi Grzegorz Rosiński, znany na całym świecie rysownik, który w 3 sierpnia tego roku obchodził 80. urodziny. Z artystą rozmawiał Paweł Rojek.

 

Skąd się biorą obrazy, które można zobaczyć potem na kartach pana komiksów?

 

Jak zamykam oczy, bo wtedy lepiej widzę. Jak zamykam oczy, to sobie lepiej wyobrażam. I wtedy mogę to kopiować z głowy. Ja jestem człowiek-paradoks. Ktoś może tego nie chwycić i ja to zrozumiem, bo to dość skomplikowane, ale ja rzeczywiście lepiej widzę, kiedy nie patrzę. Zawsze mam ogromną dokumentację do każdego tematu. Bo jako ilustrator, podkreślam ilustrator… Bo rysowanie komiksu, to jedna z form graficznych, jaką się zajmuję. Ja nie jestem klasycznym rysownikiem komiksów, który tylko komiksy robił, zawsze. Dlatego muszę mieć ogromną dokumentację, bo nigdy nie wiem, co mnie czeka, co będę rysował. No, w tej chwili już nie muszę, bo jest Internet, ale jak zaczynałem, to nie było nie tylko Internetu, a telewizja była jeszcze w powijakach.

 

W Polsce popularność zyskał pan głównie dzięki kapitanowi Żbikowi, a na świecie stał się pan znany dzięki postaci Thorgala, którą rysował pan wiele lat. Czy kiedy pojawiła się na przykład szansa zrobienia Szninkla, ucieszył się pan, że wreszcie będzie mógł pan zrobić coś nowego?

 

Nie tylko Szninkiel, czy Thorgal, ale komiks w ogóle był dla mnie dramatyczną koniecznością, z której się nie mogłem wyzwolić. Bo ja zawsze chciałem robić coś innego. Dla mnie główną moja istotą bycia, było szukanie nowych form ekspresji. Ale jak można robić nową formę ekspresji, jak się zaczęło coś, co się okazało przebojem. Szninkla robiłem z dużą przyjemnością, bo to jest przede wszystkim dobry scenariusz, genialny scenariusz van Hamma. A Thorgal to była taka saga nigdy się nie kończąca – nigdy niekończąca się opowieść – ale nie mogłem tam zmienić niczego. Nie miałem prawa do tego. Bo jak tylko próbowałem nowe techniki wprowadzić... A to jest dla mnie główna sprawa, moja racja bycia, to jest szukanie różnych technik, które robiłem w ilustracji. Robiłem ilustracje do polskich książek, dużo ich robiłem, nie zawsze do książek znanych. To były takie różne edukacyjne, podręczniki szkolne. I ja zawsze starałem się znaleźć adekwatną technikę do tego tematu, który miałem ilustrować. I to była piękna przygoda. Ja byłem uczniem Marcina Szancera, rodzice lub dziadkowie pamiętają to nazwisko. To ja się potem zorientowałem, że on też komiksy rysował. Na przykład słynne kultowe „Przygody ziarnka kawy”. On mi powiedział parę bardzo mądrych rzeczy. Na przykład, że ilustracja, to jest za każdym razem nowa przygoda. Do każdej książki trzeba się inaczej wyekwipować. Co to znaczy wyekwipować dla grafika? Użyć odpowiednich środków, nie takich, jak zazwyczaj stosuję. Bo co oznacza „zazwyczaj”? Ciągle to samo. Ja bym zasnął przy tym. Jeśli mam robić książkę o polowaniu na lwy, to wtedy inaczej ubieram moich bohaterów i innej techniki używam. Z jakiej epoki to jest? Może to jakiś pastisz być Sienkiewicza lub Verne’a. A inaczej, kiedy mam robić „Ryby śpiewają w Ukajali” dla Fiedlera, czy takie jakieś rzeczy. Innych środków wyrazu muszę użyć do tego. A jeszcze inaczej historia starożytna, jak robiłem i jestem z tego bardzo dumny, takie książeczki „Ursa z krainy Urartu”, o Asyrii starożytnej. Zupełnie inaczej się do tego podchodzi. A co ja mogę biedny w tym komiksie? Nic nie mogę! Bo za każdym razem jak coś zmieniam, próbuję szukać, próbuję coś wzbogacić, dodać jakiś nowy walor, jakieś nowe środki wyrazu, to wtedy mówią: Zdrajca! To nie jest Rosiński! Rosiński był najlepszy w „Diademie Tamary”, pierwszym numerze „Kapitana Żbika”. To mówię o polskich czytelnikach. A we Francji z kolei: Rosiński był najlepszy w „Zdradzonej czarodziejce”, pierwszym albumie „Thorgala”. Na litość Boską!

 

Ale to właśnie były nowe wyzwania. Pierwsze albumy nowych komiksów.

 

Ale ja wtedy nie umiałem rysować! Dalej nie umiem rysować! Ja zachowuję to. Mnie strasznie zależy, żeby nie umieć rysować. Mógłbym to wytłumaczyć, ale to chyba zrozumiałe. Ja się zwracam do czytelnika inteligentnego. Głównie.

 

Pamiętam, jak rozmawialiśmy przy okazji komiksu „Western”, miał pan tam okazję namalować kilka obrazów…

 

To też była nowa forma. Bo ja kocham sztukę, głównie sztukę popularną XIX wieku. Ja byłem ostatnio w Épinal. To takie kultowe miejsce we Francji. Stamtąd pochodzi „Imagerie populaire” - obraz popularny, obraz uniwersalny, jakie sobie wieszano w chatach Jezusiki, Matki Boskie i inne religijne. Chodził taki po wsiach i sprzedawał takie obrazki. Potem były jakieś wycinanki, zabawki dla dzieci. Ja uwielbiam żołnierzyki do wycinania. To właśnie w Épinal było robione, tam się to wszystko zaczęło. Potem „Images d’ Épinal” stały się gatunkiem. Tam się dowiedziałem, że to nie pochodzi tylko z tamtego miejsca, ale jest gatunkiem „obrazu uniwersalnego, popularnego”. A co jest najbardziej uniwersalne i zrozumiałe dla każdej kultury, dla każdego poziomu, niż właśnie komiks. I dlatego to mnie zawsze fascynowało.


Plansza z komiksu "Western"


A jak wygląda zwyczajny dzień pracy rysownika? Siada pan od 10 do 18 i rysuje?

 

U mnie nie, ale są tacy. Na przykład Herman Huppen, mój przyjaciel, który siada o 8 rano i 8 godzin pracuje. Ale on ma ten rygor, bo pochodzi z Ardenów, na granicy niemieckiej. To jest pewna kultura, pewna predyspozycja, której ja nie mam.

 

A jak to jest u pana?

 

Ja po prostu pracuję jak chcę, jak nie chcę, to nie pracuję. Ponieważ jako wolny człowiek wszystko robię wolno. Choć ludzie, którzy jak rysuję, mówią, dziwią się, jak można tak szybko rysować. Jest taki film na YouTube (tytuł, link), który mój syn zrealizował. Taki making of. Tam nie ma żadnego tekstu, żadnego słowa, więc to można oglądać. I to jest ten ruch. To najlepszy making of, jaki widziałem kiedykolwiek, bo tam nie ma żadnych sztuczek, żadnych przyśpieszeń, żadnych kombinacji. I kiedy był on pokazywany we Francji, ludzie na sali nie mogli uwierzyć, że tam nie ma przyśpieszeń. Tylko dynamiczny montaż.

 

Jako osoba pozbawiona talentu plastycznego zawsze byłem ciekaw jak się tworzy postać, tak by była trójwymiarowa na papierze?

 

Po prostu być ta postacią. Jak pan się staje postacią, którą pan rysuje, to pan już wie, jak wygląda z każdej strony. Choćby ze zdjęć rodzinnych. Ja tak robię. To instynktowne. Używam bardzo mało fotografii. Fotografię mnie interesują tylko, do światła i cienia, światłocienia. Ponieważ na formie, jaką jesteśmy, na głowie w kształcie kartofla z tymi wszystkimi rzeczami, to jest nie do przewidzenia, jak się układa światło. Tego nie można zaprogramować, bo wychodzi to sztuczne bardzo. Komputerowe. Są algorytmy wyliczające wszystko. I wychodzi to niby prawdziwe, ale nie, bo tam nie ma przypadku. W komputerze nie ma przypadku. Na zdjęciu tez nie ma. Ja uwielbiam wszelkie potknięcia. Uwielbiam, jak mi coś źle wychodzi. Uwielbiam, jak mi się kawa wyleje na planszę, na przykład. Naprawdę. Bo wtedy myślę: o fajnie! Ja to wykorzystam jakoś. I zaczynam paluchami, łapami po tym mazać. Ja nie wiem, co mi wyjdzie. Nie mam tego z góry w głowie.


Plansza z komiksu "Yans"


Większość komiksów, które pan rysuje, ma wiele scen dynamicznych. Jak osiągnąć dynamikę w statycznym obrazku?

 

Po prostu być dynamicznym w sobie. To jest psychologia. Człowiek się raptem zamienia w superbohatera z mieczem. Mnie nikt nie zmusi, żebym założył śmieszne majtki, trykoty na siebie i biegał po dachach Nowego Jorku. Trzeba być wiarygodnym. Co jest najważniejsze w tym: żeby tworzyć postaci i działanie tych postaci takie, żeby czytelnik w to uwierzył. Jak w teatrze. Wiadomo, że to jest fałszywe, bo tam są zastawki z papier mâché. Ale jak ktoś kocha teatr, to chłonie to i wierzy i identyfikuje się. To samo jest w komiksach. Wiadomo, że to jest fałszywe, ale trzeba umieć tak stworzyć bohatera, jego gesty i jego działania, żeby one nie były prawdziwe. Jak mawiał jeden wykładowca w szkole teatralnej: mnie nie zależy, żeby to było prawdziwe, tylko żeby wyglądało jak prawdziwe. I o to samo chodzi w komiksie. Żeby człowiek zapomniał czy to widział w komiksie, czy to widział w kinie, czy w teatrze, czy przeczytał w książce. Sam się na tym łapię, że pamiętam historię, ale nie jestem pewien czy to jest z filmu, z telewizji czy czytałem książkę na ten temat. I na tym to właśnie polega. Poczułem nawet podmuch tego, o czym mówię, kiedy zagrałem z Jackiem Rozenkiem w audiobooku. Akurat byłem zobaczyć, jak oni to robią. I mnie zaprosili, żebym zagrał Hierulfa, który uczył Thorgala władania mieczem. I to strasznie fajne było. Poczułem wtedy, że jak już nikt nie będzie chciał czytać moich komiksów, to zostanę aktorem w audiobookach.

 

Przy pana dorobku, trudno jest rozmawiać o poszczególnych komiksach…

 

Który najbardziej lubię?

 

No właśnie często to się do tego sprowadza.

 

Które dziecko najbardziej kocham? To, którego nie zrobiłem jeszcze.

 

Czy to znaczy, że jest szansa, że coś się pojawi jeszcze?

 

Tak, ale żadne długie rzeczy. Bo ja mam świadomość, że jeszcze chwila, a już mnie nie będzie. Nie mogę zacząć... Nie mogę zawieść odbiorcy, ani wydawcy, że ja zaczną coś robić i umrę. Bo coraz częściej takie rzeczy się zdarzają, że moi przyjaciele odchodzą. Jakoś znikają, umierają, a żaden przyjaciel się nie rodzi. To jest niesprawiedliwość dziejowa. Na przykład Philippe Delaby, znany rysownik, który przejął ode mnie i kontynuował „Skargę utraconych ziem”, umarł przed końcem. I ktoś musiał kończyć za niego. Wiele takich było historii, że umierali autorzy, którzy będąc w moim wieku porywali się na długie serie. Nie chwytali poczucia upływu czasu. Wciąż zostawali dziećmi. Ja wciąż jestem dzieciakiem, który wycina sobie żołnierzyki z papieru z Épinal. I oni podejmują się takich rzeczy, takich zadań, których normalnie, logicznie myśląc mogą nie wykonać do końca.


rozmawiał Paweł Rojek

Plansze z komiksów i okładka dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont

Zdjęcie Grzegorza Rosińskiego - polishcomicart.pl




Plansza z komiksu "Zemsta Hrabiego Skarbka"




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Do góry!