Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Wielka miłość, a w głowie nieuleczalny lęk

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Wielka miłość, a w głowie nieuleczalny lęk

Wielka miłość, a w głowie nieuleczalny lęk

– "53 wojny" mocno przeżyłam, już je wypłakałam i mogę zająć się kolejnym tematem. To chyba naturalne, przynajmniej tak jest ze mną, że muszę najpierw sama przeżyć wszystko emocjonalnie, żeby móc potem zrobić o tym film. Wtedy wiem na pewno, że działa to, co sobie wymyśliłam – z Ewą Bukowską, reżyserką filmu "53 wojny", który zdobył nagrodę Młodzieżowego Jury na Festiwalu "Młodzi i Film", rozmawia Ryszard Jaźwiński.


Na niedawnym Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film" po raz pierwszy publicznie pokazałaś wyreżyserowany przez siebie film "53 wojny". Z festiwalu miałaś powody wracać chyba zadowolona?

Tak, rzeczywiście. Muszę przyznać, że byłam też ogromnie zaskoczona, bo dostałam nagrodę od młodych ludzi. To niezmiernie mnie cieszy, ale nie spodziewałam się, że właśnie Jury Młodzieżowe tak bardzo doceni mój film.

Jury Młodzieżowe przyznało Ci tę nagrodę "za autentyczność i bogactwo wykorzystania filmowych środków, wybitne aktorstwo i mistrzowskie operowanie ścieżką dźwiękową oraz wiarygodne ukazanie zmagań jednostki na frontach zewnętrznych i wewnętrznych wojen".

Musiało być coś szczególnie interesującego dla młodych ludzi w filmie zrobionym przecież przez osobę dojrzałą. A to film dla dorosłych, absolutnie dla dorosłych. Tak sądziłam do tej pory, ale teraz może zmienię zdanie. Cieszę się, że "53 wojny" mają tak szerokie spektrum. Bardzo zaciekawił mnie silnie emocjonalny odbiór mojego filmu przez ludzi z różnych pokoleń.

To film zrobiony przez osobę dojrzałą, ale jednocześnie debiutantkę w roli reżysera w pełnometrażowej fabule. Dość długo dochodziłaś do tego debiutu poprzez różne doświadczenia filmowe. Najpierw byłaś aktorką, później zaczęłaś pisać scenariusze i dopiero wtedy zainteresowała Cię reżyseria. Z czego zrodziła się potrzeba zrealizowania "53 wojen"?

W moim życiu zawsze ważny jest przypadek, który silnie determinuje wszystko. Wcale nie marzyłam o tym, żeby być reżyserem. Nie sądziłam nawet, że nim kiedykolwiek będę. Owszem, coraz częściej pojawiała się we mnie myśl, że jako aktorka czuję się fatalnie przed kamerą, że nie lubię, jak ktoś mi mówi, co mam robić. Zdecydowanie lepiej wychodziło mi mówienie komuś, co ma robić i realizowanie planu, za który ja w pełni biorę odpowiedzialność. A zatem przypadek. Zwyczajna sytuacja wynikająca z tego, że kiedyś napisałam scenariusz i poprosiłam producenta, żeby znalazł reżysera, który go zrealizuje. Po pewnym czasie producent stwierdził, że ten scenariusz jest na tyle niezwykły, że trudno mu będzie znaleźć osobę, która podejmie się tego tematu. W efekcie stwierdził, że powinnam zrobić to sama, bo podobno piszę już jak reżyser. I to był właśnie ten moment, w którym pomyślałam sobie, że może warto spróbować.

Nie od razu jednak zdecydowałaś się na pełny metraż. W 2013 roku zrealizowałaś "Powrót", trzydziestominutową fabułę o żołnierzu powracającym z misji wojennej w Afganistanie.

Tak, najpierw postanowiłam spróbować swoich sił w krótszej formie. "Powrót" był dla mnie ciekawym doświadczeniem. Bardzo lubię ten film i teraz po sukcesie "53 wojen" namawiałabym wszystkich, żeby wrócić do tamtego filmu. Ci, którzy go nie widzieli mogą znaleźć "Powrót" bezpłatnie na stronie ninateka.pl.

Także dlatego, że tematyka obu filmów jest zbieżna?

Tak, bo "53 wojny" wynikały bezpośrednio z "Powrotu". Postanowiłam pogłębić temat. I znowu zadziałał przypadek. Usłyszałam bardzo interesującą dla mnie rozmowę, która miała miejsce podczas promocji książki Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia". Na motywach tej książki powstał później mój film. Tematy obu filmów są podobne, bo mnie w ogóle interesuje wojna, konflikt i cierpienie ludzi w ekstremalnych sytuacjach. Jednocześnie dostrzegam w nim pewną groteskę. W takim strasznym, krańcowym cierpieniu, które kończy się nawet w szpitalu psychiatrycznym, człowiek zawsze jest trochę śmieszny. Jeśli nie kontroluje swojego umysłu, to też przekracza pewną granicę, za którą staje się wręcz groteskowy. Z tego powodu właśnie ludzie trafiają właśnie do szpitali psychiatrycznych.



Taką postać w "53 wojnach" wspaniale zagrała Magdalena Popławska. Jej rola również została doceniona na Festiwalu "Młodzi i Film", tym razem przez Jury Konkursu Pełnometrażowych Debiutów Fabularnych. Aktorka otrzymała Jantara 2018 za główną rolę kobiecą, a dokładnie "za zabranie widza w emocjonalną podróż bez trzymanki".

Bardzo mnie to ucieszyło! Spotkanie z Magdaleną było naprawdę fantastyczne. Jestem szczęśliwa, że dokonałam świetnego aktorskiego wyboru. Nasza współpraca była wręcz idealna. A pewnie nie od razu było to tak oczywiste, bo zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba było mi zaufać. Nie jest to przecież taki zwyczajny film. Raczej bardzo abstrakcyjny i opowiadany subiektywnie. W dodatku Magda jest niemal cały czas na ekranie. Rozpycha się na nim i słusznie. Musiała mi jednak uwierzyć, że wiem, czego chcę. Zrobiła to i dlatego też osiągnęłyśmy wspólnie tak dobry efekt. Magda zasłużyła w pełni na tę nagrodę i mam nadzieję, że czekają na nią jeszcze kolejne.

Bohaterka przeżywa wojnę, nawet wiele wojen, choć na froncie nigdy nie była. Temat trudny, powiedziałbym "męski", a opowiedziany przede wszystkim przez dwie kobiety czyli wasz reżysersko – aktorski duet. Jak pracowałyście na planie, by pokazać tak skrajne emocje, które później udzielają się widzom?

Zanim weszłyśmy na plan bardzo dużo rozmawiałyśmy ze sobą. Nasączyłam Magdę tą postacią. Nasączyłam Magdę również sobą. A to dlatego, że najpierw sama musiałam stać się tą osobą, zanim ją wtłoczyłam w Magdę. Później już Magda wkładała w tę bohaterkę siebie. Na planie trzeba było jeszcze zrozumieć wiele trudnych rzeczy. Wciąż zadawano mi mnóstwo pytań, głównie o to, dlaczego ktoś zachowuje się w taki, a nie inny sposób? Dlaczego odchodzimy w jakiejś scenie od realizmu? Dopiero, kiedy Magdzie albo Michałowi Żurawskiemu, który zagrał jej filmowego męża, korespondenta wojennego, wyjaśniłam dokładnie, co chcę pokazać, oni byli w stanie to zagrać. Dopiero kiedy zrozumieli, jaka jest przyczyna i skutek określonej sytuacji, mogli przystąpić do pracy.

Film dotyczy prawdziwej choroby, ale właściwie niespotykanej. Z tego powodu było to tak trudne do zagrania?

Nigdy wcześniej nie znaliśmy osoby, która nie będąc na wojnie zachorowała na zespół stresu bojowego. Owszem ten syndrom występuje często, ale dotyczy wyłącznie żołnierzy albo korespondentów wojennych. Ludzi przebywających w rejonach konfliktów wojennych. Natomiast moja bohaterka i jej pierwowzór czyli Grażyna Jagielska rzeczywiście zachorowała na tę chorobę i leczyła się w szpitalu psychiatrycznym. A prawda jest taka, że właściwie nigdy się z tego nie wychodzi. Pamiętam, jak Grażyna mówiła, że to jak pocisk, który przeleciał przez głowę. Ta rana nigdy nie zarośnie.

Po doświadczeniach aktorskich i scenopisarskich udowodniłaś już, że świetnie radzisz sobie również jako reżyser. Jak zaczęła się Twoja fascynacja kinem, któremu jesteś wierna przez całe swoje zawodowe życie?

Kino było zawsze, to oczywiste. Ze mną jednak jest pewnie trochę inaczej, niż z większością filmowców, bo mnie zawsze bardziej niż filmy inspirowały książki. Przypomniałam sobie właśnie śmieszną historię z dzieciństwa związaną zresztą z opowieściami o korespondentach wojennych. To zdarzyło się w Ciechocinku, bo pochodzę z tego miasta. Miałam wtedy chyba dziesięć lat. I pewnego dnia kupiłam w kiosku "Ruchu" książkę dla mojego ojca, ale głównie po to, by ją przeczytał i później mi opowiedział. To była "Wojna futbolowa" Ryszarda Kapuścińskiego. Mój tata kompletnie nie mógł zrozumieć, dlaczego zainteresowała mnie właśnie ta, na pewno trudna dla dziewczynki książka. A mnie już wtedy interesowały konflikty. I w ogóle wojna.

Nie wyglądasz zupełnie na osobę, która mogłaby mieć takie zainteresowania.

No właśnie nie, ale tak jest. Pierwszy scenariusz, który napisałam i dzięki któremu wygrałam konkurs scenopisarski dotyczył II wojny światowej.

Co to był za konkurs i kiedy to było?

Dziesięć lat temu telewizja publiczna ogłosiła konkurs na film o przesiedleniach i wypędzeniach Polaków przez Niemców podczas II wojny światowej. Napisałam wtedy scenariusz "Otto Reder", o Dzieciach Zamojszczyzny. To był temat jeszcze kompletnie nie ruszony w tamtym czasie. Ten uhonorowany nagrodą, ale wciąż niezrealizowany scenariusz jest teraz własnością telewizji.

Chciałabyś go sama zrealizować?

To trudne przedsięwzięcie, bo ten film musiałby kosztować blisko 30 milionów. Jest w nim mnóstwo wątków, tematów i bohaterów. Jest Jan Karski, są Zamojscy, obozy i tragiczne losy. Akcja filmu rozpoczyna się w 1942 roku, a kończy współcześnie. Naprawdę bardzo obszerny temat. Stąd też oceniam budżet filmu na 25 – 30 milionów. Wybrałam się nawet ostatnio do telewizji z pytaniem, co dalej z tym scenariuszem?

Mamy akurat chyba dobrą koniunkturę do realizacji filmów historycznych?

Pewnie tak. Powiedziano mi, że telewizja publiczna jest nadal zainteresowana tym tekstem. Problem polega tylko na zdobyciu potrzebnych na tę produkcję niemałych pieniędzy.


Magdalena Popławska w filmie "53 wojny", fot. Robert Jaworski

To typowy dla filmowców problem. Nie zraża Cię do realizowania filmów?

Wręcz przeciwnie, bo wkrótce przystąpię do realizacji kolejnego filmu, zresztą także wojennego. Myślę, że już późną jesienią zacznę zdjęcia do "Polowania na dzieci". To jeszcze bardziej abstrakcyjna historia, choć mocno osadzona w realizmie. Opisuje prawdziwą sytuację, która miała miejsce w 1943 roku, również na Zamojszczyźnie. W pewnym sensie wracam więc do tematu podjętego w scenariuszu "Otto Reder". Teraz opisałam jednak zupełnie inną historię, bardziej kameralną, możliwą więc do zrealizowania za mniejsze pieniądze. To taka filmowa poezja, ale połączona z okrutnym wojennym realizmem. Na pewno będzie to dla mnie trudniejszy film, niż debiutanckie "53 wojny". Artystyczny w wyrazie i przez to bardziej wyrafinowany.

Tytuł "Polowanie na dzieci" już wzbudza niepokój.

No tak, ale to jest taki plakatowy skrót całego opowiadania. To nie jest abstrakcja tylko dosłowność tego, o czym chciałabym opowiedzieć. Myślę, że temat jest bardzo ciekawy i z tego też powodu mam duże wsparcie przy przygotowaniach do tego projektu.

Wiesz już kto zagra w Twoim kolejnym filmie?

Główną rolę zaproponowałam Marcinowi Dorocińskiemu, wstępnie się zgodził. Są jeszcze dwie inne, ważne postaci, mężczyzna i kobieta. Myślę więc również o ponownym spotkaniu na planie z Magdaleną Popławską. Zobaczymy, jak to się ułoży, ale bardzo się cieszę, że już niedługo będę miała szansę zrobić następny film.

"53 wojny" zostawiasz więc już za sobą, oddajesz w ręce publiczności?

Tak. Teraz tylko obserwuję, co się z tym filmem dzieje. "53 wojny" mocno przeżyłam, już je wypłakałam i mogę zająć się kolejnym tematem. To chyba naturalne, przynajmniej tak jest ze mną, że muszę najpierw sama przeżyć wszystko emocjonalnie, żeby móc potem zrobić o tym film. Wtedy wiem na pewno, że działa to, co sobie wymyśliłam. Zauważyłam też, że "53 wojny" wywołują w widzach pewnego rodzaju szok. Nie wiem do końca, z czego on wynika. Czy z trudniejszej, gęstej narracji, czy też z tego, że to ja zrobiłam film na tak poważny temat.

Na pewno nie jest to film, który w oczywisty sposób kojarzyłby się z kobiecą wrażliwością.

To prawda. Mimo, że opowiada o kobiecie. Pewnie dlatego musiałam zostać reżyserem.

Przekwalifikowałaś się i zaistniałaś w nowym zawodzie. Nie zapominajmy jednak o tym, że z wykształcenia jesteś aktorką. Porzuciłaś już całkiem tę profesję?

Tak potoczyło się moje życie. Muszę jednak przyznać, że nigdy nie czułam się komfortowo w tym zawodzie.

To dlaczego podjęłaś kiedyś studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie?

Nie wierzyłam w to, że mogłabym być reżyserem. Owszem, już wtedy pojawiała się we mnie myśl, że powinnam studiować reżyserię, ale to było dla mnie zupełnie nieosiągalne. Wszyscy na tym kierunku wydawali mi się tacy wielcy i wspaniali. Nie znałam wtedy swoich możliwości, uważałam więc, że to jest granica nieprzekraczalna dla mnie. I znowu czysty przypadek sprawił, że napisałam ten pierwszy scenariusz i nagle okazało się, że potrafię to zrobić, że nie sprawia mi to żadnych trudności. W dodatku nie muszę szukać ciekawych tematów, te tematy same do mnie przychodzą. Tak właśnie to się dzieje, bo ja nie siedzę i myślę. Zawsze piszę w amoku. A ten nowy etap w moim życiu zaczął się właśnie od pisania.

A zaczął się już wiele lat temu?

Tak, miałam dwadzieścia kilka lat, gdy zaczęłam pracować jako recenzentka scenariuszy. Później sama tworzyłam scenariusze programów telewizyjnych i wreszcie seriali. To była jednak zwykła, codzienna praca. Natomiast napisanie scenariusza filmu fabularnego wciąż wydawało mi się bardzo poważnym wyzwaniem. Kiedy jednak powstał ten pierwszy, miał od razu początek, środek i koniec. Miał właściwą konstrukcję. Są ludzie, którzy korzystają z poradników, czy też rozrysowują sobie film i to jest bardzo ciekawe. Sama zresztą próbowałam tak pracować. Okazało się jednak, że to nie jest właściwa metoda dla mnie. Wręcz przeciwnie, psuje mi wszystko, cały wyjściowy pomysł. Ja po prostu siadam, zaczynam pisać, mam tylko mniej więcej określony temat i jestem ciekawa, co się wydarzy dalej. Wciąż jeszcze tego nie wiem, ale moja ciekawość mnie prowadzi. A w czasie tego procesu pisania tworzy się od razu konstrukcja.

Wcześniej wspomniałaś o tym, że sama musisz przeżyć to, o czym chcesz opowiedzieć. Czy takie podejście do pisania wynika właśnie z wcześniejszych doświadczeń aktorskich?

Nie, nie sądzę. Właściwie nigdy nie miałam możliwości zagrania ciekawych, złożonych ról. Coś tam sobie grałam, ale nigdy nie spotkałam na swojej drodze reżysera, który zaproponowałby mi bardziej skomplikowaną postać. Natomiast z moich aktorskich doświadczeń wynika to, że umiem na planie rozmawiać z aktorami. Wiem, jakie uwagi im przekazać. To tylko tyle. A może aż tyle. Wiem, czego oczekuje aktor, bo wiem, czego mnie samej zawsze brakowało. Poza inscenizacją umiejętność rozmowy z aktorem jest bardzo ważna, bo powoduje, że on otwiera się całkowicie i wtedy można czerpać z niego najbardziej.

Zaczęłaś robić swoje autorskie filmy. Nie obawiasz się, że będą one później rozpowszechniane nielegalnie?

Oczywiście byłoby świetnie, gdyby wszystko działo się tylko legalnie. Sama nigdy nie łamię prawa. Muzyka, której słucham, czy filmy, które oglądam pochodzą wyłącznie z legalnych źródeł. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, a słucham i oglądam naprawdę dużo. Chociaż pamiętam jeszcze ten czas, kiedy interesujące, zachodnie filmy były bardzo trudno dostępne i to zapewne powodowało, że ludzie sięgali po nie w każdy możliwy sposób. Na szczęście te czasy już dawno za nami, więc nie można rozgrzeszać zachowań niezgodnych z prawem, także z prawami autorskimi twórców kultury. Jeśli chodzi konkretnie o "53 wojny" to chyba bardziej obawiałabym się, że może być nielegalnie rozpowszechniana muzyka Natalii Fiedorczuk. A stworzyła moim zdaniem wybitne kompozycje.


Michał Żurawski w filmie "53 wojny", fot. Robert Jaworski

Pamiętamy je po seansie, warstwa dźwiękowa "53 wojen" jest rzeczywiście wyjątkowa.

I właśnie dlatego, obawiam się, że utwory muzyczne są w tym wypadku najbardziej narażone. Oczywiście film też, bo ta muzyka niesamowicie współgra z obrazem. Pod koniec filmu Natalia śpiewa też fantastyczną piosenkę. Na razie nie wiem jeszcze, kiedy ukaże się płyta z jej muzyką i kiedy te utwory będą dla wszystkich dostępne.

To nie była Twoja pierwsza współpraca z Natalią Fiedorczuk?

Nie, przy krótkiej fabule "Powrót" również współpracowałam z Natalią. Jej muzyka po prostu wypełnia mnie kompletnie. Natalia jest bardzo ciekawą, wszechstronną utalentowaną osobą, nie tylko muzykiem, ale i pisarką. Z tego powodu zawsze wysyłam jej wszystko, co piszę.

Czy sądzisz, że zmienia się społeczna świadomość i coraz bardziej szanujemy prawa autorskie twórców?

Na pewno zmienia się i na szczęście idzie w dobrym kierunku. Pamiętajmy jednak o tym, że kradzież istniała zawsze i pewnie w mniejszej czy większej skali zawsze będzie istniała. Nawet jeżeli ludzie są nasyceni dobrami, to niektórym z nich kradzież przynosi dreszczyk emocji. Nie sądzę więc, żeby udało się ją wyeliminować całkowicie. Leży w naturze ludzkiej.

Ty również, jako twórca możesz być okradana z należnych Ci pięniędzy.

Oczywiście! I jest mi z tego powodu bardzo przykro. Jednak każdy odpowiada sam za siebie, w zgodzie z własnym sumieniem. Także za swój poziom kultury osobistej, bo ona również wyklucza pewne naganne zachowania. Jeśli mama wcześniej nie nauczy, to później człowiek musi nauczyć się sam hamować i kontrolować.

Stawiasz więc w tej kwestii na edukację?

Absolutnie! Edukacja jest najważniejsza. Uczymy się przecież całe życie.

"53 wojny" reprezentują właśnie nasz kraj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. Film zakwalifikował się do konkursowej sekcji "East of the West". Z jakimi emocjami i oczekiwaniami jedziesz do Czech?

Oczekiwań nie mam żadnych. Raczej nadal chcę obserwować percepcję filmu. Myślę, że specyfika każdego miejsca determinuje odbiór. Tam na pewno jest inna publiczność, niż w Polsce i jestem jej bardzo ciekawa. Film jest mocny i niezależnie od tego czy wywołuje w ludziach dobre, czy złe emocje, to zawsze wywołuje po projekcji dyskusję. Ciekawa jestem, jak "53 wojny" zostaną przyjęte w takim międzynarodowym towarzystwie.

Wiem, że wcześniej pokazywałaś film selekcjonerom zagranicznych festiwali. Jaki był ich odbiór?

Odbiór był właśnie świetny, nawet kiedy pokazywałam tylko obszerne fragmenty filmu, jeszcze w ubiegłym roku w trakcie Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Selekcjoner pewnego wielkiego międzynarodowego festiwalu zareagował wręcz entuzjastycznie. Mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. To studium samotności i szeroki kontekst filmu robi jednak na widzach wrażenie.

Znalazłaś je już w książce Grażyny Jagielskiej?

Tak, chociaż trzeba zauważyć, że ta książka jest mało filmowa. A jednocześnie od razu po lekturze pomyślałam, że to świetny materiał na film. Musiałam więc znaleźć właściwy pomysł. Wszystko w tej książce dzieje się przecież w głowie głównej bohaterki. Trzeba było przełożyć te sytuacje na działanie. Długo na przykład szukałam sposobu na to, by pokazać w filmie upływ czasu, a to przecież dwadzieścia lat. To było niezwykle trudne.


Magdalena Popławska i zdjęcie Michała Żurawskiego w filmie "53 wojny", fot. Robert Jaworski

Upływający czas w życiu bohaterów filmu zauważamy na ekranie, gdy w relacjach telewizyjnych pojawiają się zdjęcia z kolejnych wojen.

No właśnie, to kolejne wojny określają czas akcji. Scenariusz miałam napisany w formie linearnej i chronologicznej. Od razu jednak zakładałam, że mogę z nim pracować na planie w dowolny sposób. Ta linearna forma stwarzała mi pewien porządek podczas zdjęć, ale to nie musiał być klucz do ostatecznej wersji filmu. Normalnie, by opowiedzieć o dwudziestu latach z życia bohaterki trzeba byłoby mieć znacznie większy budżet i zrobić dwugodzinny film. Musiałam więc zdecydować się na pewien skrót myślowy i na to, co najbardziej lubię czyli pewien rodzaj abstrakcji. 

Tematy przychodzą do Ciebie same. Na kolejne filmy i scenariusze również Ci ich nie brakuje?

Na pewno nie. Wojny wojnami, bo to rzeczywiście tak do mnie przychodziło, ale mam już gotowy kolejny scenariusz na inny temat. Myślałam nawet, że to będzie mój następny film, ale wcześniej zrobię jednak wspomniane "Polowanie na dzieci". Akcja zawarta w nowym tekście rozgrywa się na wielu poziomach czasowych, ale generalnie to film współczesny z życia jednej kobiety. To historia, w której nie ma już wojny, chociaż dotyczy przemocy.

To już chyba Twój plan na 2019 rok?

No tak, nie wszystko naraz. Chciałabym też kiedyś zekranizować drugą książkę Grażyny Jagielskiej, z której skorzystałam w końcówce "53 wojen", czyli "Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku". Ta książka jest napisana o wiele bardziej "filmowo", jest łatwiejsza do przeniesienia na ekran i na pewno chciałabym jeszcze kiedyś do niej wrócić. "53 wojny" powstały tylko na motywach prozy Grażyny Jagielskiej, właśnie ze względu na trudną dla filmu formę tej literatury. A jej kolejna książka to już taki polski "Lot nad kukułczym gniazdem". Być może powstanie więc pewnego rodzaju kontynuacja "53 wojen". Opowiedziałabym dalsze losy małżeństwa Anki i Witka, więc znów miałabym okazję pracować na planie z Magdaleną Popławską i Michałem Żurawskim. To jednak już dalsza przyszłość. Mam nadzieję, że do końca życia zrobię jeszcze przynajmniej dziesięć filmów. Jestem bardzo szybka i bardzo szybko piszę.

Czy równie szybko pracujesz na planie? Jak długo powstawały "53 wojny"?

Mieliśmy 26 dni zdjęciowych. Plan był bardzo przeładowany, bo miałam do zrealizowania wiele scen. Za mało było tych dni. Myślę, że to był scenariusz na dwugodzinny film i 35 dni zdjęciowych. Generalnie pracuję szybko, ale przy kolejnym filmie nie chcę się już tak spieszyć. "Polowanie na dzieci" wymaga idealnego skupienia, bo to niezwykle precyzyjny film historyczny. Napisałam mniej scen, więcej tym razem opowiadam obrazem. I zapowiedziałam już mojemu współproducentowi, że jedną scenę będziemy kręcić przedpołudniem, drugą popołudniu i nic ponadto w ciągu dnia. Musimy mieć komfort pracy, bo wtedy jesteśmy w stanie osiągnąć tę najwyższą jakość. Inaczej po prostu biegniemy. "53 wojny" tak naprawdę były zrobione w biegu.

Oglądając film i tak się tego nie czuje. Może zwolnisz trochę w Karlowych Warach?

Cieszę się ogromnie, że pokażę mój film światu. Mam nadzieję, że zainteresuje również czeskich widzów. A już teraz chciałabym zaprosić do kin polską publiczność. Premiera "53 wojen" zaplanowana jest na 19 października. Wcześniej film będzie pokazywany na Nowych Horyzontach we Wrocławiu i na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdynia.

Rozmawiał: Ryszard Jaźwiński
Zdjęcie główne i slider: Robert Jaworski



Do góry!