O dyrektywie obiektywnie

PRAWO W KULTURZE

/ Prawo w praktyce

O dyrektywie obiektywnie

O dyrektywie obiektywnie

18.06.19

Od ponad roku jesteśmy świadkami ostrej dyskusji na temat kształtu i zasadności regulacji Dyrektywy dotyczącej Praw Autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym (dalej "Dyrektywa"). W momencie, gdy mogłoby się wydawać, że zainteresowane strony doszły do porozumienia (Dyrektywa została ostatcznie przyjęta w połowie kwietnia), Polska postanowiła złożyć skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) podnosząc, iż Dyrektywa "zagraża wolności w internecie i jest sprzeczna z podstawowymi wartościami UE dotyczącymi wolności słowa i wolności idei". Czy naprawdę jest się czego bać?

Długa droga

20 czerwca 2018 r. działającą przy Parlamencie Europejskim Komisja Prawna (JURI), zaakceptowała projekt Dyrektywy dotyczącej Praw Autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym, stanowiącej reformę obecnie obowiązujących przepisów prawa autorskiego. Był to początek medialnej burzy wokół przedmiotowej regulacji. Serwisy newsowe zostały zasypane tekstami porównującymi Dyrektywę do słynnego już porozumienia handlowego z 2010, szerzej znanego jako "ACTA". Jak wskazywał jednak wiceminister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Paweł Lewandowski, ówczesny kształt Dyrektywy został wypracowany w ramach kompromisu i stanowił łagodniejszą wersją pierwotnie zaproponowanych brzmień artykułów. Lewandowski podkreślił także, że "Projekt z września 2016 roku (pierwotny projekt Dyrektywy - przyp. aut.) był bardzo mocno skrytykowany przez rząd, uważaliśmy, że zwłaszcza art. 11 i 13 idą za daleko. Ale w toku negocjacji projekt zmienił się bardzo istotnie i można go było zasadniczo poprzeć."[1]. I to właśnie te dwa artykuły (z zastrzeżeniem, iż w ostatecznie przyjętej wersji art. 13 stał się art. 17) budzą największe wątpliwości i największe emocje. No dobrze, ale o co tak naprawde tyle szumu?



Do głównych założeń, przyświecających pracom nad przedmiotową nowelizacją, można zaliczyć m.in ułatwienie transgranicznego dostępu do treści online, zwiększenie możliwości w zakresie używania treści pod ochroną prawnoautorską w ramach edukacji, badań i działań kulturalnych oraz poprawę funkcjonowania rynku treści objętych ochroną prawnoautorską. Ponadto, jak wskazuje Stowarzyszenie Filmowców Polskich[2], do pozytywnych aspektów proponowanych zmian można zaliczyć m. in. chęć zapewnienia twórcom proporcjonalnego udziału w zyskach generowanych z korzystania z ich utworów (mowa tu o wpływach z reklam, w których twórcy nie partycypują - duże platformy zatrzymują cały zysk), wzmocnienia sytuacji prawnej autorów, np. w stosunkach umownych z producentami. Zgodnie z założeniami pomysłodawców Dyrektywy, twórca przekazując producentowi prawa autorskie do utworu, musiałby mieć zagwarantowane w umowie odrębne wynagrodzenie za każdą, dalszą formę wykorzystania utworu. Co więcej, autorzy mieliby otrzymać uprawnienia w zakresie uzyskania informacji o przychodach kolejnych dystrybutorów, tak aby umożliwić im pełne uczestnictwo w podziale zysku. Dotąd brzmi nieźle, prawda? Skąd w takim razie zarzuty o ograniczaniu wolności słowa i cenzurze?

Prawa pokrewne dla wydawców prasy

Art. 11 Dyrektywy, wprowadza nowe prawo pokrewne, którego beneficjentami, zgodnie z założeniami twórców, mają być wydawcy prasy oraz sami autorzy materiałów informacyjnych. W skrócie, chodzi o sytuację, w której strony agregujące treści innego niż własne pochodzenia (np. Google News - platforma udostępniająca linki do artykułów zamieszczonych na zewnętrznych stronach internetowych), zobowiązane będą do wnoszenia opłaty za wykorzystywanie materiałów innych wydawców, np. prasy lokalnej. Regulacja, potocznie nazwana "podatkiem od linków", stanowi pewnego rodzaju novum i jak wskazuje Joanna Mazur z Digital Economy Lab UW, może być sporym zagrożeniem dla lokalnej konkurencyjności: "Przeciwnicy tego rozwiązania podnoszą, że dotychczasowe próby jego wprowadzania negatywnie odbijały się na wydawcach: próba wprowadzenia podobnych rozwiązań np. w Hiszpanii doprowadziła Google News do wycofania się z tego rynku, co z kolei ostatecznie zaszkodziło hiszpańskim wydawcom"[3]. Jak wskazywał jednak wspomniany wyżej, wiceminister Lewandowski "Z tym, że obieg informacji będzie utrudniony, się nie zgadzam. My generalnie uważamy, że to nie od długości informacji powinna zależeć jej ochrona, tylko od oryginalności tej informacji. (…). Kryterium oryginalności spełniają np. esej, felieton, analiza czy komentarz, ale prosta informacja prasowa już taką treścią oryginalną nie jest. Oznacza to, że nie trzeba uzyskiwać licencji na wykorzystanie treści, która jest po prostu informacją prasową."[4] Znaczy to mniej więcej tyle, że dopóki konkretny serwis agregujący linki, posługuje się prostymi informacji prasowymi i podaje link do tych informacji, to żadnych negatywnych następstwach nie może być mowy. Jeśli z kolei mówimy o cudzych oryginalnych treściach tj. analizy, felietony, eseje - dyrektywa zobowiąże takie podmiot do podpisania odpowiedniej umowy licencyjnej.



Pechowa trzynastka

Krytycy zapisów Dyrektywy, zgodnie podnoszą, że największe niebezpieczeństwo czai się jednak w treści art. 17 (uprzednio art. 13), zobowiązującego podmioty, które przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów zamieszczanych przez swoich użytkowników (np. YouTube), do podejmowania kroków w celu zapobiegania naruszeniom praw autorskich. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a Dyrektywa nakłada na dostawców obowiązek korzystania z prewencyjnych, zautomatyzowanych systemów rozpoznawania treści. Jak wskazują eksperci rynku cyfrowego - są niedokładne i niezwykle kosztowne, jak podnoszą internauci - mogą doprowadzić do sytuacji, w której niemożliwe będzie udostępnienie mema, ponieważ system powiąże zdjęcie z oryginalnym źródłem. Eksperci uspokajają jednak, że nowe przepisy nie dotkną zwykłych użytkowników takich serwisów jak Facebook, Twitter czy YouTube, gdyż to po stronie właścicieli tych platform będzie leżała odpowiedzialność za pilnowanie zgodności udostępnianych treści z prawami ich twórców. Co więcej, internauci nie będą, jak obecnie, narażeni na zarzuty naruszenia praw autorskich, nawet jeśli będą udostępniać treści bez zgody uprawnionych - wszelkie ryzyko ma zostać przeniesione na serwisy. Należy również pamiętać, iż Dyrektywa nie wyłącza stosowania przepisów w zakresie prawa cytatu i tworzenie oraz udostępnianie treści objętych tym prawem, nadal pozostanie dozwolone. "W praktyce mechanizm ten wymusza stosowanie przez serwisy automatycznych algorytmów, które będą kontrolować treści internetowe. Prowadzi to w naszym przekonaniu do wprowadzenia rozwiązań, które mają cechy cenzury prewencyjnej. Taka cenzura jest zakazana zarówno przez polską konstytucję, jak i przez prawo unijne - Karta praw podstawowych Unii Europejskiej gwarantuje swobodę wypowiedzi. Podnosimy zarzut naruszenia tego prawa - stwierdził minister Gliński.



Co ciekawe zupełnie inaczej patrzą na Dyrektywę m. in. wydawcy prasowi oraz zrzeszające ich organizacje. Gdy w zeszłym roku Parlamencie Europejski miał debatować nad dyrektywą, takie tytuły jak "Dziennik Gazeta Prawna", "Rzeczpospolita", czy"Puls Biznesu", zostały wydane z pustymi pierwszymi stronami. Taki zabieg miał na celu podkreślenie, jak istotnych kwestii, przedmiotowa regulacja dotyczy. Warto również przypomnieć, iż w końcówce listopada 2018 r. trzy organizacje - polska Izba Wydawców Prasy, ENPA (Europejskie Stowarzyszenie Wydawców Gazet) oraz EMMA (Europejskie Stowarzyszenie Wydawców Czasopism) - we wspólnym liście otwartym zaapelowały o przyjęcie przepisów w ówczesnym kształcie. "Obecna reforma musi zniwelować istniejącą nierównowagę polegającą na słabej pozycji negocjacyjnej prasy względem wielkich platform internetowych". Na początku kwietnia z kolei, większość dzienników ogólnopolskich i regionalnych w Polsce ukazało się z pustymi pierwszymi stronami oraz apelem redaktorów naczelnych do europosłów, żeby zagłosowali za przyjęciem dyrektywy o prawach autorskich. "Tym, którzy nas wesprą, podziękujemy Tych, którzy pozwolą dalej nas okradać, zapamiętamy" - zaznaczyli naczelni.



Paweł Kowalewicz

W artykule wykorzystano serię grafik przygotowanych przez Stowarzyszenie Kreatywna Polska i udostępnionych na licencji CC BY ND (możliwość rozpowszechniania w celach niekomercyjnych)


[1] http://www.pap.pl/aktualnosci/news,1467156,wiceminister-lewandowski-w-sprawie-dyrektywy-o-prawach-autorskich-musielismy-szukac-zlotego-srodka.html



Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Do góry!


Społeczna kampania edukacyjna Legalna Kultura realizowana przez Fundację Legalna Kultura

W 2019 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego