Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Miejskie legendy i uśpione przedmieścia

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Miejskie legendy i uśpione przedmieścia

Miejskie legendy i uśpione przedmieścia

– Każde osiedle ma swój własny język - kod zrozumiały jedynie dla wtajemniczonych. I nie chodzi tu o umiejętność odczytywania planów urbanistycznych. Z pozoru nijakie miejsca: ławeczka, hydrant czy skrawek trawnika może okazać się kluczowy dla podwórkowych wtajemniczeń. Tego nie można się nauczyć, jeśli nie brało się w nich udziału. Bo to jak próbować opowiedzieć sen po przebudzeniu. Syrkusowie twierdzili, że osiedla mają własny rytm, porównywalny do muzycznej kompozycji, rozwijającej się w czasie i przestrzeni – z Beatą Chomątowską o fenomenie i historii blokowisk rozmawia Michał Sowiński.



Wyobraża sobie Pani życie w mieście, które nie ma historii, w którym wszystko jest oczywiste?

Próbuję, ale nie wiem, czy takie miasto jest w ogóle możliwe, przynajmniej w naszej części świata. Bo jak miałoby niby wyglądać? I co to znaczy: oczywiste? Istnieją miasta, które w wyniku powojennych działań architektów i urbanistów mają w pełni zaplanowaną, racjonalną strukturę, choćby Hawr, Rotterdam albo Brasilia. Ale te miejsca już mają swoje lata, więc zdążyły obrosnąć w najróżniejsze konteksty i nabrać nowych znaczeń.

A dzielnica?

Może gdyby to był zestaw generycznych biurowców? Takie twory powstają teraz w wielu miastach, zapełniając wolne przestrzenie między dzielnicami. Podobnie nowe dystrykty mieszkalne zbudowane wyłącznie z domów jedno- albo wielorodzinnych. Takie miejsca faktycznie nie mają skomplikowanej historii ani struktury, więc niczego od nas nie wymagają. I właśnie dlatego są przerażająco monotonne i nudne.

Miasteczko Wilanów?

Nie do końca, tam jednak jest klarowny urbanistyczny zamysł, a osiedle, choć z początku miało złą prasę, jest dobrze oceniane przez mieszkańców. Widać tam sporo ludzi spędzających czas we wspólnej przestrzeni. Drzewa zdążyły wyrosnąć, jest zielono. Myślę raczej o miejscach chaotycznych, ale w nijaki sposób. Albo też o przestrzeniach, gdzie wszystko jest robione od jednej sztancy, przez co całość przypomina osiedla z "Bliskich spotkań trzeciego stopnia".

Czyli bardziej Ameryka niż Europa?

Tak, amerykańskie przedmieścia, które pojawiają się także w Polsce, na przykład na obrzeżach Warszawy, ale też innych dużych miast. Długie rzędy jednakowych domów albo bloków, które na pierwszy rzut oka nie wyglądają najgorzej, ale gdy się im przyjrzymy, od razu dostrzegamy mankamenty: fatalna komunikacja czy brak podstawowej infrastruktury miejskiej. No i banalna powtarzalność… Nie ma tam miejsca na żaden indywidualny rys, który sprawia, że mieszkańcy z dumą mówią o sobie "mieszkam w falowcu", mimo jego monstrualności i różnych innych wad.


Kraków, Azory, fot. Krzysztof Skłodowski

To wszystko jeszcze jest zbyt nowe. Nie zdążyło obrosnąć żadną legendą.

Pewnie tak, dlatego warto z wielu powodów przyglądać się takim miejscom, badać ich społeczną strukturę.

Może trzeba tę mitologię stworzyć? Amerykańskie przedmieścia, przecież do bólu banalne i oczywiste, doczekały się najróżniejszych narracji - od slasherów w stylu "Halloween" po  "American Beauty".

Albo "Miasteczko Twin Peaks", którego klimat szczególnie dobrze dałby się przenieść w naszą rzeczywistość. Miasta-makiety, oczywiście mówię to w sporym uproszczeniu, już tu są i czekają na swoje opowieści. Tak jest choćby w Polkowicach na Dolnym Śląsku, mieście złożonym prawie z samych bloków dla pracowników miedziowego kombinatu, gdzie kilkanaście lat temu w ramach rewitalizacji pieczołowicie odtworzono na podstawie planów dawną starówkę. Byłam tam krótko po zakończeniu prac - surrealistyczne odczucie, siedzieć w miejscu, gdzie jeszcze niedawno nie było nic i patrzeć na te czyściutkie, idealne kamieniczki, jeszcze pachnące farbą.

Co jest fascynującego w takich miejscach?

Widać tam jak na dłoni różne aspiracje, choćby potrzebę posiadania korzeni. Bo czy miasto złożone z samych bloków nie byłoby wystarczająco ciekawe? To ten sam mechanizm, który zaowocował dziwacznym wyposażeniem hotelu Marzahn we wschodniej części Berlina, który opisuję w "Betonii". Wcześniej był on poletkiem działań artystów, którzy mieli przyciągnąć nowych lokatorów do wielkiej płyty. Spodziewałam się więc czegoś w rodzaju odsłoniętych ścian, abstrakcyjnych kompozycji - wykorzystania wszystkich możliwości, jakie daje beton. Tymczasem każdy pokój w hotelu jest fantazją na temat życia zupełnie gdzie indziej. Mamy pokój morski, pokój ekologiczny dla dzieci z meblami ze sklejki i salon z kominkiem, na którym stoi zdjęcie księcia Karola, który kiedyś odwiedził osiedle.

Jakby blok nie miał własnej mitologii…

…albo uważano ją za mało atrakcyjną, więc dopisano historie z zupełnie innych porządków, a beton opatulono na tyle szczelnie, że udaje coś, czym nie jest, choć za oknem i tak widać inne bloki, a sufit jest 2,5 metra nad głową.  Ale chyba najgorzej jest wtedy, gdy naprawdę nie ma na czym oka zawiesić, bo wszystko jest po prostu nijakie… Ale nijakość też może stymulować wyobraźnię. Obiekty pozornie monotonne albo banalne kryją w sobie zagadkę. Wszystko zależy od patrzącego, od tego, co tkwi w jego głowie. Blok czy szeregowiec na przedmieściach to tylko forma, my wkładamy całą resztę.

Warszawa z całą swoją skomplikowaną historią i alternatywnymi ścieżkami rozwoju z pewnością nie jest monotonna. Takie miejsca chyba nie mogą się znudzić?

Warszawa to przestrzenny chaos, do rozkodowania którego nie każdy chce się zmusić, bo odpycha już na wstępie. Dlatego też wydała mi się znacznie ciekawsza niż mój rodzinny Kraków, gdzie z pozoru każda ulica przemawia tysiącem historii. Zresztą fazę zainteresowania starym Krakowem, zwłaszcza Kazimierzem jeszcze sprzed ery turystycznej, też mam za sobą - wszystko się może opatrzeć. Ze względu na "Stację Muranów" i książkę o Pałacu Kultury próbowano mi przykleić etykietkę autorki "warszawskiej", ale na razie nie planuję więcej o tym mieście pisać. Mieszkam tu już 13 lat i wiele rzeczy, kiedyś intrygujących, powszednieje, choć staram się ćwiczyć uważność w obserwacji miasta. A cały czas się tu coś zmienia.

W przeciwieństwie do Krakowa?

To nie takie proste. Co prawda w Warszawie nie ma ściśle chronionej starej struktury, która determinowałaby inne działania, ale przecież ten Kraków nie jest też już Krakowem, który znałam.


Katowice, osiedle Tysiąclecia, fot. Krzysztof Skłodowski

Nad Warszawą unosi się pamięć katastrofy. Wiele dzielnic zbudowano na gruzach i szczątkach jej mieszkańców poległych w czasie wojny. To nie jest łatwa przestrzeń do zamieszkania. A w Krakowie - zostańmy przy tym porównaniu - nie czuje się tego.

Urodziłam się w Krakowie i mieszkałam tam ponad 20 lat, więc będzie on już we mnie na zawsze. Byłam jednak zmęczona obracaniem się na co dzień w tych samych dekoracjach, więc przeniosłam się do Warszawy, a trafiłam na dobry czas. Miasto akurat bardzo się zmieniało, rozpoczynał się proces budowania czy też odkrywania na nowo jego tożsamości. Powoli wracała duma z bycia warszawiakiem, pojawiały się coraz śmielej odwołania do międzywojnia, właśnie otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego.

Przeprowadziłam się tuż przed pierwszym listopada i pamiętam swoje zaskoczenie, gdy wyszłam tego dnia z mieszkania na pobliską aleję Jana Pawła II, gdzie wzdłuż torowiska prowadzącego w stronę Powązek, jak okiem sięgnąć, paliły się znicze. To był pierwszy dowód na to, jak bardzo II wojna światowa jest wciąż wpisana w każdy metr kwadratowy tej przestrzeni. Gdzie się nie pójdzie, zawsze trafi się na pomnik czy tablicę pamiątkową.

To widać szczególnie z perspektywy przyjezdnego.

Zniszczenia w Krakowie były niewielkie, dlatego też wojna nie zostawiła tak mocnych śladów w zbiorowej pamięci. A przecież skala eksterminacji Żydów czy Romów była podobna. W Warszawie dzielnica żydowska zniknęła z powierzchni ziemi, a w Krakowie Kazimierz i miejsce po getcie na Podgórzu zostały właściwie nietknięte. Może to jest klucz dla zrozumienia tej różnicy? Tu ciągle potykamy się o rany, kikuty, blizny.

W Warszawie, co paradoksalne, ta pamięć, zamiast się stopniowo zacierać, staje się coraz dotkliwsza.

Parę lat temu na rocznicę Powstania Warszawskiego miał premierę spektakl Garbaczewskiego i Cecko "Kamienne niebo zamiast gwiazd", w którym pada pytanie, które zadaję również sobie: jak długo jeszcze będziemy zmagać się z powojennym bólem i traumą? Dorasta już czwarte pokolenie, a my wciąż jesteśmy otoczeni bardzo żywą pamięcią o tamtym cierpieniu. Z jednej strony to oczywiście niezwykłe i poruszające, z drugiej jednak mocno obciążające naszą zbiorową psychikę.

Jak sobie z tym radzić?

Inne podejście wybrał Berlin - miasto o podobnie podziurawionej tkance urbanistycznej w centrum, równie zniszczone w czasie wojny. Przez wiele lat rozwijał się równolegle z Warszawą - dobudowywano kolejne warstwy, między które wkradał się podobny chaos. Daleka jestem od idealizowania Berlina, jak często się robi, pokazując jego najbardziej atrakcyjne turystycznie oblicze. Niemniej w przestrzeni symbolicznej - choć nie obeszło się bez kontrowersji i dyskusji - udało się przepracować traumę, a w Warszawie wciąż znajduje się ona w centrum wszelkich narracji tożsamościowych.

Zestawianie Warszawy i Berlina w tym kontekście pokazuje, jak mocno Polska włączona była w globalne procesy kulturowe i historyczne - w tym przypadku architektoniczne i urbanistyczne. Często się o tym zapomina.

To prawda - weźmy choćby naszych przedwojennych architektów, którzy byli częścią międzynarodowej awangardy. Trwała wtedy wymiana opinii, pomysłów, wzajemnie pracowano nad rozwiązaniami, które miały odmienić oblicze europejskich miast. To była nie tylko współpraca zawodowa, ale i wieloletnie przyjaźnie, jak Syrkusów z Le Corbusierem czy Gropiusem. Zarażenie się podobnymi ideami. Drażni mnie natomiast, gdy mówi się, że Warszawa to drugi Berlin. Na pierwszy rzut oka te miasta wiele łączy, ale mają bardzo różną dynamikę. W Warszawie wciąż sporo jest pozostałości po pierwszej dekadzie kapitalizmu: praca do utraty tchu, przyspieszony puls, próby dowartościowania się powierzchownym blichtrem. Pod względem mentalności Berlinowi już bliżej byłoby do Krakowa, gdyby zdjąć z niego konserwatywny nawis. Kiedy jednak przyglądamy się bliżej temu miastu, zaczynamy mówić o osiedlach i blokach jako szerszym zjawisku, które nie było wcale specyfiką średniej wielkości kraju za żelazną kurtyną, tylko czymś, co kształtowało na co dzień byt milionów Europejczyków - oraz ludzi w innych częściach świata. Zaczynamy rozumieć, skąd się to zjawisko wzięło, jak wpływały na niego nie tylko prądy kulturowe w rodzaju modernizmu, ale również polityka, gospodarka i przemiany społeczne.

W "Betonii", Pani najnowszej książce, uwaga przesunięta jest przede wszystkim na kwestie mieszkalne. Rodzaj domu, w którym mieszkamy determinuje nasze życie. A o blokach mówimy wciąż mało.

Bloki otaczają nas zewsząd, nie uciekniemy przed nimi, bo jak dotąd nikt nie wymyślił lepszego sposobu, by budować szybko, tanio i masowo. Ale nie zgodzę się, że mało o nich mówimy. Co jakiś czas temat powraca. W latach 90. szeroko dyskutowano o "blokersach", zaczęto wiązać nowe subkultury właśnie z osiedlami, rozpowszechniło się określenie "blokowisko", używane nie zawsze w adekwatnym kontekście - bo nie każde osiedle jest bezładnym, źle zaprojektowanym, nieludzkim "blokowiskiem".

Potem była druga fala zainteresowania: wystawy o blokach, prace artystyczne, działania rewitalizacyjne, choćby Pawła Althamera na warszawskim Bródnie. O blokach powstała masa artykułów, prac naukowych i specjalistycznych. Ale faktycznie, jak dotąd nikt nie napisał książki pokazującej historię bloków i osiedli w szerszym kontekście, uwzględniającym ich genezę. "Betonia" jest taką próbą. 


Berlin, Mitte, fot. Krzysztof Skłodowski

Bloki rzadko też pojawiają się w polskiej kulturze popularnej. Seriale czy telenowele o największej oglądalności dzieją się albo w domach, albo osiedlach deweloperskich.

Rzadko oglądam polskie seriale, ale jeśli istotnie tak jest, to zapewne dlatego, że te produkcje mają pokazywać świat, do którego aktualnie aspirują masy. W polskiej kulturze bloki mają jednak mocne miejsce: od "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego poprzez "W domach z betonu" Jakubowicz, aż po "Pieczeń dla amfy" Salci Hałas czy "Ostatnią rodzinę". W "Body/Ciało" Małgorzaty Szumowskiej też pojawia się mieszkanie w bloku, pokazane niestereotypowo. Więc nie tylko patologiczne rodziny i nieletni narkomanii bez perspektyw.

"Betonia" to historia XX wieku napisana z perspektywy nawet nie urbanistycznej, ale konkretnego materiału budowlanego. Co nowego możemy w ten sposób zobaczyć?

To że bloki i osiedla nie są owocem eksperymentu społecznego, prowadzonego tylko po naszej stronie żelaznej kurtyny, jak przyjęło się sądzić. Potrzeba znalezienia sposobu, by budować tanio, szybko i dla mas, była uniwersalna. Napędzała ją konieczność. Po rewolucji przemysłowej do miast ściągały rzesze ludzi, którym trzeba było zapewnić dach nad głową. Budownictwo z cegły, jak berlińskie czynszówki - Mietskazerne - było wciąż kosztowne, a pod względem jakości bytowania pozostawało wiele do życzenia.

Zwykliśmy uważać Le Corbusiera za ojca bloków i koncepcji współczesnej zabudowy mieszkaniowej, tymczasem był on tylko jednym z wielu w długim szeregu wynalazców, którzy od XIX wieku głowili się, jak wykorzystać beton jako tworzywo do wznoszenia domów. Wysiłki te przyspieszyła pierwsza wojna światowa i postęp technologiczny związany ze zbrojeniami. Potem doszła ideologia osiedli społecznych, Karta Ateńska: powietrze, światło i zieleń dla każdego.

Dlaczego tak rzadko pamiętamy o architektach i urbanistach, którzy przecież w tak mocny i znaczący sposób wpłynęli na kształt naszego świata. Upamiętniamy romantycznych poetów z XIX wieku, a nie ludzi, którzy sformatowali nasz świat.

Zainteresowanie architekturą jako dziedziną życia - nie tylko sztuki - dopiero się w Polsce zaczyna, a mamy tu spore braki. O modernizmie nie uczono w szkołach. Odkrywamy na nowo nazwiska, które mogłyby stać się naszym znakiem firmowym, jakim w Finlandii stał się Aalvar Alto. Tylko że w przeciwieństwie do Polski, nie wypiera się tam chłopskich korzeni, zaś z designu i architektury uczyniono narodową markę.

A mamy przecież świetne tradycje - pisze Pani o nich dużo w swojej książce.

Pokolenie lewicowo zorientowanych, awangardowych architektów z Polski, których życiorysy są często gotowymi scenariuszami na filmy czy powieści, miało pecha. Byli zbyt nowocześni i śmiali, by przebić się szerzej ze swoimi projektami, a gdy władze wreszcie ich doceniły i zaczęły zapraszać do udziału w państwowych konkursach, wybuchła wojna. Potem, gdy wydawało im się, że skorzystają z szansy projektowania na surowym korzeniu, nowa władza szybko pozbawiły ich złudzeń. Musieli dostosować się do realiów systemu. Z kolei po 1989 roku, w okresie radykalnego kwestionowania wszystkiego, co było związane z przeszłością, okazało się, że ich poglądy na architekturę, niekiedy połączone z politycznym zaangażowaniem, eliminuje ich ze zbiorowej pamięci. To przypadek Bohdana Lacherta, który nie ma szans na ulicę w Warszawie, w przeciwieństwie do swojego nieodłącznego kompana sprzed wojny, Józefa Szanajcy.

Który nie dożył PRL-u…

Architekci i urbaniści, którzy projektowali bloki w nowej rzeczywistości - z nielicznymi wyjątkami - szczególnie się tym nie chwalą. Częściowo kryje się za tym wstyd i świadomość, że niewiele od nich zależało, bo byli tylko częścią systemu. Zawód architekta upaństwowiono i nie można było się twórczo rozhulać, bo wszystko rozbijało się albo o decyzję Komitetu Wojewódzkiego czy Miastoprojektu, albo o dostępność materiałów i umiejętności wykonawców. Trudno było wówczas być dumnym ze swojego dzieła. Zwłaszcza że powszechna uważa się, że bloki to wielka płyta, która przyszła ze Związku Radzieckiego. Tymczasem technologie do jej produkcji kupowano na Zachodzie, zaś systemy wielkoblokowe i wielkopłytowe opracowywali polscy architekci i inżynierowie w oparciu o to, co widzieli za zachodnią granicą podczas poodwilżowych wyjazdów.

Osiedla i blokowiska potrzebują wciąż nowych narracji, które pozwolą nam oswoić tę trudną przestrzeń. Jakiej wyobraźni do tego potrzeba?

Jest wielu twórców, których ta przestrzeń nie krępuje, wręcz przeciwnie. Widać to choćby u Olgi Tokarczuk w dwóch opowiadaniach z "Gry na wielu bębenkach" - w jednym dźwięki wydawane przez śpiewaczkę otwierają zupełnie nowy świat przed sąsiadką z piętra wyżej. W drugim oglądamy blokową rzeczywistość okiem naukowca z zagranicy, uwięzionego na warszawskim osiedlu wskutek wybuchu stanu wojennego. Miron Białoszewski nasłuchując blokowych odgłosów, obserwując świat z okna mrówkowca, codziennie uruchamiał teatr wyobraźni.


Warszawa, ulica Łucka. fot. Krzysztof Skłodowski

Czyli bloki poniekąd same opowiadają swoje historie. Jak zatem nauczyć się je odczytywać?

Każde osiedle ma swój własny język - kod zrozumiały jedynie dla wtajemniczonych. I nie chodzi tu o umiejętność odczytywania planów urbanistycznych. Z pozoru nijakie miejsca: ławeczka, hydrant czy skrawek trawnika może okazać się kluczowy dla podwórkowych wtajemniczeń. Tego nie można się nauczyć, jeśli nie brało się w nich udziału. Bo to jak próbować opowiedzieć sen po przebudzeniu. Syrkusowie twierdzili, że osiedla mają własny rytm, porównywalny do muzycznej kompozycji, rozwijającej się w czasie i przestrzeni.

Dorosło już nowe pokolenie, które chyba nauczyło się nie tylko tolerować tę przestrzeń, ale też używać jej w nowy sposób.

Osoby, które wybierają mieszkanie w blokach świadomie, to wciąż mniejszości. Ale coraz częściej zdarza się, że bloki czy osiedla wybiera się z powodów czysto praktycznych. Bo jest bliżej do centrum niż z przedmieścia, bo więcej placów zabaw niż na osiedlu deweloperskim, bo w pobliżu jest park, bo taniej i z widokiem na miasto z wysokiego piętra… To rzeczy, których próżno szukać w nowej deweloperce, gdzie liczy się każda sprzedana piędź ziemi. Dlatego przestrzenie wspólne, duże odległości między blokami, dobre nasłonecznienie czy zieleń wygrywa. Powoli zaczynamy kwestionować dogmaty z pierwszych dwóch dekad po transformacji. Widzimy, że mieszkanie w apartamentowcu różni się od mieszkania w bloku często tylko nazwą, a bywa, że ma więcej minusów. Dobrze też mieć dookoła znajome twarze, kogoś, kto podleje nam kwiaty. To sprzyja patrzeniu na bloki trzeźwo, bez uprzedzeń czy popadania w nadmierną euforię.

Bloki faktycznie wykształciły własny model relacji sąsiedzkich, które wraz z transformacją znalazły się w odwrocie. Odczarowanie bloków to recepta na atomizację, anonimowość i grodzone osiedla?

Bloki powstają cały czas, nawet jeśli pod innymi, bardziej prestiżowymi nazwami. A starsze polskie osiedla bynajmniej nie opustoszały. To że coraz rzadziej rozmawiamy ze sobą na klatkach schodowych, że na przyblokowych podwórkach widać mniej bawiących się dzieci, wynika z czego innego. Pojawiły się nowe technologie, jesteśmy bardziej mobilni. Zmienił się styl życia - w PRL wszyscy, niezależnie od wykonywanych zawodów, pracowali mniej więcej w tych samych godzinach, było o wiele mniej możliwości wyboru sposobów spędzania wolnego czasu. Na to nakładają się aspiracje. Zwłaszcza w latach 90., kiedy osiedla zbudowane 20, 30 lat wcześniej już zszarzały i spowszedniały - kojarzyły się z poprzednią epoką, z jej niedostatkami, uniformizacją, jedyną dostępną w sklepie sofą, "która zawsze jest bordowa", jak pisał Barańczak. Smutnym, szarym życiem szarych ludzi.

W domach z betonu nie ma wolnej miłości?

Nieprzypadkowo we wszystkich blokowych oknach migały wtedy telewizory z "Dynastią". Wielu mieszkańców bloków, udręczonych przymusową ciasnotą i brakiem prywatności, pragnęło odbić sobie te niedostatki, zafundować sobie polską wersją amerykańskiego snu - domek na przedmieściach. Zwykle zbyt duży na realne potrzeby, fantazja o dworku z "Pana Tadeusza", odgrodzony od świata. O ile było stać. Podobnie było w innych krajach postsocjalistycznych.

To, że kiedyś wszyscy sąsiedzi z jednej klatki przyjaźnili się ze sobą, a teraz - zwłaszcza na nowych osiedlach - nawet nie mówią sobie "dzień dobry" w windzie, to jednak mit. Ludzi na szczęście wciąż jednoczą różne rzeczy. Psy, małe dzieci, przyblokowe ogródki, sprawy związane z remontami czy nowymi inwestycjami w sąsiedztwie. Doszły też nowe elementy - kwestia własności mieszkania czy miejsca parkingowe. Bo nawet w czasach internetu i mediów społecznościowych nic nie zastąpi kontaktu na żywo z drugim człowiekiem. No i co ciekawe, nie tylko mieszkańcy "apartamentowców", czyli nowych bloków z monitoringiem odgradzają się od reszty świata. Mieszkańcy starszych osiedli też mają tendencje do stawiania płotów i dzielenia przestrzeni.

Czy możliwa jest architektura, która wymykałaby się ideologii?

Obawiam się, że nie i to niezależnie od epoki. Panuje przekonanie, że po wschodniej stronie żelaznej kurtyny budowanie domów z betonu wymusiła ideologia, podczas gdy na Zachodzie mechanizmy kapitalistycznej gospodarki. Tymczasem nie było to takie proste. Na wschodzie, dzięki intensywnemu programowi zbrojeń, dostarczającemu stal i beton, powstawały nadwyżki materiałów, które najlepiej było wykorzystać w budownictwie. A na zachodzie, bloki z prefabrykatów budowano tylko dopóty, dopóki dopłacano do nich z publicznych środków - czyli za ich popularność odpowiadali politycy. Głównie socjaldemokratycznych partii, które nie chciały utracić poparcia, więc za pomocą kolejnych programów dotowanego budownictwa podtrzymywały wrażenie aktywności społecznej, nie podejmując w istocie rzeczywistych reform. W tle jest jeszcze mnóstwo różnych odcieni, zależnych od realiów danego kraju. Tyle że dziś każdy chce prostych odpowiedzi - bloki mają być dobre albo złe. A to przecież dużo bardziej skomplikowana historia.

Jest Pani aktywistką miejską, zajmującą się animowaniem życia artystycznego i społecznego. Dziś to chyba łatwiejsze niż kiedyś - można się skrzykiwać przez internet, dyskutować, konsultować itp. Tak zresztą powstała Stacja Muranów.

Stowarzyszenie Stacja Muranów istotnie powstało w sposób dość nietypowy, jako "wypadek przy pracy" podczas zbierania materiałów do książki. To że istnieje już prawie dziewięć lat, chwilami zadziwia mnie samą - tak niestandardowe były jego początki. Powoływanie stowarzyszenia po to, żeby zrealizować pomysły powstałe podczas warsztatów Future City Game, na zebraniu założycielskim, na które przyszły osoby nie znające się bliżej, odpowiadając na ogłoszenie na stronie internetowej, to brzmi jak przepis na porażkę. Ale choć popełniliśmy wszystkie możliwe błędy i uczyliśmy się sami wszystkiego od zera, włącznie z pisaniem wniosku do KRS-u, a potem pierwszych wniosków grantowych, Stacja istnieje i stale rozwija się. Być może, paradoksalnie, by stworzyć coś długofalowego, potrzebna jest czasem spontaniczność i zaufanie, którego podobno brakuje w polskim życiu publicznym.

A jaki jest Pani stosunek do piractwa? Z jednej strony jest Pani pisarką i dziennikarką, która wkłada olbrzymi wysiłek w przygotowanie swoich książek, z drugiej, większe zasięgi książek społecznie ważnych, nawet jeśli nie do końca legalnie, jest jakoś społecznie korzystne. Jak to wygląda z Pani perspektywy, również jako kierującej pracami stowarzyszenia?

Nie będę zgrywać świętej, zdarzało mi się w życiu oglądać np. filmy z nielegalnych źródeł, nie mówiąc o kupowaniu - jeszcze w czasach licealnych - pirackich kaset (te usługi przegrywania na kasety muzyki z płyt CD w różnych punktach, które działały wówczas w majestacie prawa!). Zdarzyło mi się też pobrać jakąś niedostępną książkę z chomika, choć zwykle szukam ich na allegro lub w antykwariatach. Jednak od dłuższego już czasu, odkąd sama zarabiam na życie przede wszystkim pracą twórczą, i wiem, jak wyglądają realia w tej sferze, zwracam uwagę na to, skąd pochodzą treści. Przykładowo: kwota 20 zł miesięcznie na prenumeratę cyfrową gazety nie jest aż tak wygórowana, żebym nie mogła sobie na nią pozwolić. Gdy nie chcę kupować książki-kota w worku, mogę skorzystać z biblioteki, a wtedy autor dostanie procent od wypożyczeń. Zarobki w sferze kultury w Polsce - pomijając wyjątki - są wciąż żenująco niskie i niewspółmierne do wysiłków, jakie wszyscy wkładamy w naszą pracę. Jeśli zwłaszcza my, ludzie z tej samej branży, nie będziemy dbać na co dzień o to, aby płacić innym, sami podcinamy gałąź, na której siedzimy.

Rozmawiał: Michał Sowiński
Zdjęcie główne i slider: archiwum prywatne Beaty Chomątowskiej



Do góry!