Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Zrobiliśmy ten film naprawdę bezkompromisowo

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Zrobiliśmy ten film naprawdę bezkompromisowo

Zrobiliśmy ten film naprawdę bezkompromisowo

Od wielu lat wraz z Krzysztofem Krauze tworzą niezwykle kreatywny duet artystyczny i filmy, o których nie sposób zapomnieć. Już 15 listopada zobaczymy w kinach ich wyróżnioną na festiwalu w Karlowych Warach „Papuszę”.

Z Joanną Kos-Krauze rozmawia Ryszard Jaźwiński.


Wydaje mi się, że możesz czuć się osobą spełnioną w swojej dotychczasowej twórczości filmowej. Zresztą angażujesz się nie tylko w realizację filmów, w pisanie scenariuszy, ale także w inne przedsięwzięcia związane z filmem. Jak się w tym wszystkim znajdujesz?

Nie wiem, czy to ja się znajduję, czy też pewne sytuacje znajdują mnie. Prawda jest taka, że wiele sytuacji, które wygenerowały określony rodzaj mojej działalności, wynikało z tego, że przychodzili do mnie ludzie, zwykle młodzi. Przychodzili z projektami filmowymi, z którymi mieli problemy. Różnego rodzaju, czasem artystyczne, czasem budżetowe, czy w ogóle problemy ze znalezieniem producenta...

Właśnie, często jesteś opiekunem artystycznym młodych filmowców.


Nie aż tak często. Zawsze stawiam na początku warunek. Muszę poznać twórcę i jego wcześniejsze prace. Sadzę też, że rocznie można objąć opieką najwyżej dwa projekty pełnometrażowe. Przynajmniej ja to tak czuję.

To też nie jest mało, biorąc pod uwagę niezbyt wielką produkcję filmową w Polsce.

Tak, to wystarczająco dużo. Oczywiście mówię o pewnym cyklu. To nie oznacza, że obydwa projekty, którymi się zaopiekowałam, wejdą do produkcji w danym roku. Zawsze traktuję te projekty tak, jak nasze własne prace, bo my z Krzysztofem (Krauze) przygotowujemy się do realizacji filmów bardzo długo. To jest odpowiedzialna praca, która wymaga czasu. Podobnie było z reaktywowaniem sekcji scenarzystów w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Przyszli młodsi koledzy, którzy powiedzieli, że ta sekcja jest martwa od niemalże dwudziestu lat, że nic nie dzieje się na rynku scenariuszowym w Polsce. A przypomnę, że nigdy nie było dziennych studiów scenariuszowych na przykład w łódzkiej szkole filmowej. Ten wydział Andrzej Melin powołał do życia dopiero trzy lata temu.

Wynika z tego, że jesteś nie tylko aktywna, ale i skuteczna?

Bywam skuteczna. Również w zawodzie reżysera liczy się tak naprawdę skuteczność. Niektórych rozwiązań chwilowo  nie udało się jeszcze przeprowadzić, ale proces dochodzenia do pewnych rezultatów jest bardzo długi. Rynek filmowy się reguluje. Można bardzo dużo zrobić. Dzisiaj nie da się uprawiać wolnych zawodów bez kompletnej znajomości prawa autorskiego, realiów finansowania, odpowiedzialności za budżet. To oczywiście pozornie wydaje się trudne i nużące, ale takie nie jest. Zresztą jak popatrzy się dzisiaj na kino, choćby europejskie kino autorskie, to co drugi reżyser, scenarzysta zostaje współproducentem własnych filmów. Chodzi nie tylko o pieniądze dotyczące naszych honorariów. Chodzi również o tzw. „final cut”. Chodzi o to, żeby móc sprawdzać, czy te pieniądze rzeczywiście idą na film, bo potem nie wiemy, kiedy producenci te nasze projekty obcinają plasterek po plasterku. A to zabiorą jeden dzień zdjęciowy, a to wymuszą obsadzenie jakiegoś aktora lub specjalistów w innych pionach twórczych. Oczywiście są też wspaniali producenci, ale w ilościach śladowych. Trzeba nauczyć się tego wszystkiego właśnie po to, żeby na końcu mieć twórczą wolność.

Zdarza się i chyba też nie tak rzadko, że oceniasz również filmy innych twórców. Ostatnio spotkaliśmy się na festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu, gdzie byłaś jurorką konkursu głównego. Jak się czujesz w takiej roli?

Jak to się mówi - nie sądźcie, bo będziecie sądzeni... My byliśmy sądzeni w Karlowych Warach… (śmiech) Zdecydowałam się głównie, dlatego że przewodniczącym naszego składu jurorskiego został Bela Tarr, który jest legendą. Spędziliśmy z jego filmami ostatnie dwa lata przygotowując „Papuszę”.

Moim zdaniem, jest to absolutnie najważniejszy festiwal w tej części Europy. Uważam, że jest obligatoryjny. Nie tylko dla młodych twórców, ale też dla tych bardziej dojrzałych, którym wydaje się, że wiedzą już, jak robić kino. Chodzi o to, że ten festiwal otwiera głowę. Każdy z filmów w konkursie głównym miał w sobie coś wartego zauważenia. Jestem zdumiona tym, że do Wrocławia przyjeżdża tak mało kolegów z branży.

Nie rozumiem, dlaczego nie ma tam dużej grupy studentów ze szkoły filmowej w Łodzi? Moim zdaniem powinni być wręcz oddelegowywani eksperci z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej! Dlatego że kino, które możemy tu zobaczyć, jest nieszablonowe. To nie znaczy, że mamy robić wyłącznie eksperymentalne filmy, ale jeżeli ktokolwiek przyjdzie z czymś innym, co nie jest stereotypowe na naszym rynku dramaturgicznym, żeby taki ekspert umiał to rozpoznać. Ja niestety mam wiele dowodów na to, że w wypadku wielu zdolnych twórców, brakuje ekspertów, którzy są w stanie przeczytać ich scenariusze i zrozumieć, że to jest kompletnie inne myślenie o kinie. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Dla mnie takim dramatycznym przykładem, jest przypadek Kuby Czekaja, który zrobił świetne krótkie filmy, wielokrotnie nagradzane na świecie. A mnie zajęło dwa lata walczenie o to, żeby przekonać różne osoby zaangażowane w procesy decyzyjne, że to jest niewyobrażalne, żeby ten chłopiec nie zrobił debiutu pełnometrażowego. Nie potrafiono przeczytać jego scenariusza i zrozumieć jego projektu.

Na szczęście się udało, bo Kuba Czekaj wreszcie przygotowuje swój debiutancki film fabularny.

Liczy się skuteczność. Jednak moim zdaniem to jest koronny dowód na to, że system w pewnych momentach zawodzi. A chodzi przecież tylko o to, żeby kogoś nie skrzywdzić. Trzeba powiedzieć wprost: od producentów, ekspertów, urzędników również musimy wymagać odwagi, wizji i gustu! I gust to nie jest kwestia smaku. To wykształcenie, znajomość kanonu kina, literatury, kontekstów, odniesień. Znajomość nowoczesnych technologii. Tylko wtedy można rozpoznać talenty i potencjał tam, gdzie inni widzą „dziwactwa”.

Podobnie było z Tomkiem Wasilewskim, który daje nam już drugi pełnometrażowy film czyli „Płynące wieżowce”. Film nagrodzony w Karlowych Warach. W PISF eksperci nie chcieli zaakceptować wniosku o dofinansowanie, oglądając już wersję offlinową. Niestety znam recenzję. Oczywiście każdy z nas popełnia błędy. Nieuniknione. Ja nie mówię o jakiejś spiskowej teorii dziejów, ale o tym, że chodzi właśnie o te „otwarte głowy”, których brakuje.

Przypomnijmy „Płynące Wieżowce” na Nowych Horyzontach zdobyły Nagrodę Publiczności.

No właśnie! Chodzi przecież tylko o to, że bardzo często przesądzamy o życiu zawodowym, prywatnym innych ludzi. Mnie chodzi o pewien sposób myślenia i będę o to walczyć! Dla nas wszystkich jest miejsce, dla różnych twórców. Zarówno dla kina robionego według klasycznych, zachowawczych rozwiązań, ale też dla tych, którzy kompletnie inaczej myślą o filmie.

Porozmawiajmy więc o Twoim myśleniu o filmie. Wspomniałaś już festiwal w Karlowych Warach, gdzie sama byłaś oceniana wraz z Krzysztofem Krauze. W konkursie głównym zaprezentowaliście film „Papusza”. To właściwie było pierwsze zetknięcie z publicznością międzynarodową na dużym festiwalu. Wróciliście z wyróżnieniem...

Rok wcześniej byłam w jury festiwalu w Karlowych Warach i powiem szczerze, że jednak wolę sytuację, w której mam premierę filmu od bycia jurorem.

Jak Wasz film został tam odebrany?

Trudno mi o tym mówić. Myślę, że to jest już rola krytyków filmowych i widzów.

Mogę tylko powiedzieć w imieniu swoim i Krzysztofa, że nigdy w życiu żaden nasz film nie miał takich recenzji, mimo że nie jest filmem łatwym, lekkim i przyjemnym.

Tak dobrych?

Takich, że chce się potem robić kino. Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że „poezja rodzi poezję”. Czytając analizy własnego filmu, czytałam po prostu świetne literacko teksty. Rozpaczanie części środowiska, że jest „kryzys krytyki filmowej” jest co najmniej podejrzane...





Przypomnij, skąd w ogóle wzięło się Wasze zainteresowanie Papuszą?


Papusza wzięła się, podobnie jak Nikifor, od mojej polonistki. Byłam w liceum humanistycznym w Olsztynie i z perspektywy czasu widzę wyraźnie, jak dobrą nauczycielką języka polskiego była pani Ryszarda Sachadyn. Dzięki niej poznałam książki Banachów, Ficowskiego, analizowaliśmy wiersze Papuszy i to gdzieś we mnie zostało.

Nikifor nie przyszedł do mnie poprzez swoje obrazy, bo wtedy nie było nawet dostępu do dobrych reprodukcji. Były tylko książki Banacha, gdzie obrazki były czarno-białe, marnej jakości. Natomiast los tego człowieka odrzuconego, wykluczonego, wybitnego artysty, gdzieś pozostał...

Tak samo było z Papuszą. Jej wiersze zaczęłam doceniać dużo później, natomiast sam życiorys zrobił na nas wielkie wrażenie i przez lata nosiliśmy się z pomysłem na realizację filmu. Po „Nikiforze” wiedzieliśmy, że będziemy chcieli wrócić jeszcze w te okolice. Nie bardzo interesuje nas kino społeczne, interwencyjne. Umiemy je robić, ono jakoś wychodzi. Pokazał to „Dług” i „Plac Zbawiciela”, ale chyba wyrasta się z pewnych rzeczy… To jest proces, pewne amplitudy zainteresowań.

Sądzę, że i „Dług”, i „Plac Zbawiciela” wszyscy wciąż bardzo dobrze pamiętają. Dla Was to jest już zamknięty etap?

Może nie na zawsze, na pewno chwilowo. Mamy też taką zasadę, że chcemy, żeby każdy następny film czymś się różnił od poprzedniego. Skoro mamy jeszcze takie możliwości i nasze filmy mają wielu przyjaciół, otrzymujemy wiele wsparcia od instytucji, od twórców, od współpracowników, to chcemy, żeby każdy następny film był wyzwaniem. Reżyser nie może ciągle odcinać kuponów od tego, że sprawdził się jakiś schemat, w sensie tematu, sposobu opowieści, czy artystycznego formatu. Trzeba być też przygotowanym na porażkę, nie bać się tego. Nie ma zresztą innej drogi twórczej. Twórczość polega na zmianie. Na konsekwencji w pewnych sprawach, ale i na zmianie. Podobnie było z „Papuszą”. Chcieliśmy powrócić w okolice „Nikifora”, ale już nie powielając schematu klasycznej biografii. Długo szukaliśmy formy na opowiedzenie tego filmu. Pamiętam, jak kilka lat temu pojechaliśmy do naszego przyjaciela marszanda Piotra Zielińskiego i zwierzaliśmy się mu, że mamy pewne pomysły, ale wciąż nam brakuje wizji całości. A on na to mówi: „Słuchajcie, ale czy wy znacie „Harfy Papuszy”?” Nie znaliśmy.

Janek Kanty Pawluśkiewicz napisał w 1994 roku pierwszą w historii operę, której libretto powstało w języku romskim. Tym librettem są wiersze Papuszy. Zrozumieliśmy, że mamy klucz, bo ta poezja jest już przetworzona na poziomie sztuki wyższej, w dodatku w genialnym wykonaniu. Potem musieliśmy szukać języka obrazu. W dużej mierze względy finansowe sprawiły, że ten film musiał być czarno-biały. Wiedzieliśmy, że nie starczy nam ani pieniędzy, ani czasu, żeby te nieistniejące światy zrekonstruować.

Jak więc sobie z tym poradziliście?

Używaliśmy właśnie starych fotografii. Niektóre z początku wieku, tak jak kadr otwierający z Kamieńca Podolskiego, który był jeszcze zrobiony na szklanych negatywach... Składaliśmy je komputerowo, wiedząc jednocześnie, że to jest wyzwanie, bo ten film musi być w pewnym stopniu epicki. To nie jest opowieść tylko o Papuszy i Ficowskim. To jest również opowieść o prawie 100 latach historii Romów w tej części Europy. Musieliśmy zrekonstruować świat, który zniknął już z europejskiego pejzażu i trzeba było znaleźć na to sposób. Pomogła nam technologia.

Tutaj kolejna refleksja, kolejna rzecz, którą trzeba zmienić w polskim systemie produkcji. Producenci nie znają się na technologii, dzisiejszych możliwościach kina. Co gorsza tak naprawdę nikt nie uczy tego również studentów szkół filmowych. Nie zdajemy sobie sprawy, ile jest możliwości obniżenia kosztów produkcyjnych, poprawienia jakości naszych obrazów.

Mieliście już za sobą film „Mój Nikifor”. Opowieść o twórczości malarskiej pewnie była łatwiejsza do pokazania w kinie. Tutaj z kolei mamy kolorowy świat cygański w filmie czarno-białym i opowieść o poezji, czymś nieuchwytnym. Jakbyś porównała pracę przy tych dwóch filmach?

Trudniejsza była „Papusza”, ponieważ zrobiliśmy ten film naprawdę bezkompromisowo. Przy każdym problemie, który pojawiał się, nakładaliśmy sobie jeszcze większe ograniczenia. Przeczuwaliśmy, bo nie mieliśmy do końca pewności, ale wierzyliśmy, że to musi się sprawdzić i stworzy na końcu formę, również języka filmowego. Postanowiliśmy, że w „Papuszy” nie będzie ani jednego zbliżenia, ponieważ niezależnie od ogromu pracy, który włożyliśmy my, aktorzy, reszta ekipy, nie jesteśmy w stanie przeniknąć do tego świata. Dlatego ten świat jest trochę w wychłodzonych kadrach, bo jest zapisem pewnej epoki, świata, którego już nie ma. Taka jest natura. My nie możemy kłamać, nie mamy też takich narzędzi, jak na przykład Tony Gatlif, który jest Cyganem.





Wspomniałaś o aktorach, a tu trzeba powiedzieć, że wielu aktorów bardzo dużo Wam zawdzięcza. Niektórzy zostali dzięki Waszym filmom odkryci w zupełnie nowy sposób. W „Papuszy” wróciliście do pracy z aktorką, która bardzo mocno zaistniała w Waszym „Placu Zbawiciela”, za co została uhonorowana wieloma nagrodami. Jowita Budnik znowu zagrała główną rolę. To od początku był Wasz wybór?


Nie. Bardzo długo szukaliśmy romskiej aktorki. Przyszło do nas mnóstwo wspaniałych dziewczyn, nawet nie na castingi, bo my nie robimy castingów. Przyszły na spotkania, rozmowy przed kamerą. Wróciliśmy jednak do punktu wyjścia, do najbliższej nam aktorki… Szukaliśmy przecież po prostu wrażliwego człowieka. Stwierdziliśmy, że okitowało nam mózgi, bo przestraszyliśmy się tego, że Jowita nie jest prawdziwą Cyganką. Oczywiście bardzo pomogli charakteryzatorzy. Najważniejsze jest jednak, co aktor ma w oczach.

Na długo przed oficjalną premierą kinową Papuszy zaczęliście myśleć o kolejnym filmie. Rzeczywiście bardzo długo przygotowujecie swoje projekty, bo słyszałem o nim po raz pierwszy już kilka lat temu. Wreszcie ma szansę na realizację?

Mamy nadzieję w listopadzie rozpocząć zdjęcia do filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”. Wiosną przyszłego roku chcielibyśmy skończyć część ruandyjską zdjęć. Prawda jest taka, że byliśmy w przededniu zdjęć do tego filmu już pięć lat temu, przed „Papuszą”, ale wtedy rozpadła się nam konstrukcja finansowa tego projektu. Wówczas interesowali się nim Amerykanie. Koniecznie chcieli robić część zdjęć w Ameryce, resztę w Afryce Południowej. Przyszedł jednak kryzys i mimo, że polska strona dała wszystkie gwarancje bankowe, Amerykanie wycofali się. Wtedy była to dla nas katastrofa, dramat, bo rzeczywiście byliśmy w przededniu zdjęć, ale dzisiaj, patrząc na to z perspektywy czasu, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jesteśmy ludźmi głęboko chronionymi przez siłę wyższą... (śmiech)

Wyszło na dobre?

Oczywiście. Są olbrzymie zmiany scenariuszowe. My dorośliśmy. Dzisiaj nie chcielibyśmy już realizować scenariusza w takiej formie, w jakiej był napisany niemalże siedem lat temu. To będzie kompletnie inna opowieść. Bardzo dużo się zmieniło. Właśnie podczas festiwalu Nowe Horyzonty zrozumiałam, jak wiele znaczy siedem lat w kinie. Dzisiaj seksualność w kinie gejowskim przestała być tematem. Ona jest tematem pod warunkiem, że staje się metaforą, na przykład rozpaczliwej samotności nas wszystkich.

Mówisz o francuskim filmie „Nieznajomy nad jeziorem”?

Tak, między innymi. Także o „Życiu Adeli”. I tak jest też z naszym tematem.

Wtedy weszlibyśmy w schemat postkolonialnego traktowania Afryki, a my chcemy zrobić film o spotkaniu dwojga ludzi. Każde z nich jest z innej kultury. W dodatku jedno z nich przeszło traumę zagłady, ludobójstwa. Pojawiają się więc pytania, czy w ogóle jest możliwe przekazanie takiego doświadczenia, jak potem żyć, jak odbudować świat wartości? Jak odbudować język porozumienia zerwany na każdym poziomie komunikacji ludzkiej, metafizycznej, religijnej? To film o spotkaniu. O tym jak z człowieka Obcego uczynić Innego, Bliskiego.

W Waszym nowym filmie również zagra Jowita Budnik, ale obsada, jak sądzę, będzie międzynarodowa, bo to w dużej części afrykańska historia. Zagrają aktorzy polscy i afrykańscy?

Tak. Główną rolę musi zagrać dziewczyna, która jest Ruandyjką. Mam nadzieję, że uda nam się taką znaleźć. Szukamy jej w Belgii i Francji, ale też w Ruandzie, ponieważ część akcji tam się właśnie rozgrywa. Większość filmu zostanie zrealizowana w Polsce. Tu planujemy dwadzieścia parę dni zdjęciowych, a w Ruandzie około dziesięciu.

Dzięki temu, że planowaliście tę realizację już kilka lat temu, pewnie jesteście do niej dobrze przygotowani. Pomogły w tym podróże do Afryki?

Tak, dokonaliśmy rewolucyjnych zmian w scenariuszu, ale w kontekście całej historii. My się zmieniliśmy, świat się zmienił, język kina w pewnych sprawach się zmienił. Interesują nas inne rzeczy. W Ruandzie byliśmy wielokrotnie, to były trudne podróże. Jeździliśmy tam na ekshumacje, w rocznicę tragicznych wydarzeń 1994 roku.

Cieszymy się, że wreszcie możemy wrócić do tego projektu. Kulisy produkcji tego filmu, zebrania budżetu, historii prawnych są bardzo ciekawe i kiedyś na pewno je opiszę. Pouczająca historia o branży filmowej, ludzkich charakterach, przypadku i konsekwencji.

Dla nas wielka lekcja.

Taka też jest natura projektów filmowych, że jedne wydaje się, powstaną, a nie powstają, natomiast inne podnoszą się po latach, jak Feniks z popiołu.

Twórcy kina artystycznego często biorą teraz sprawy producenckie w swoje ręce. Są koproducentami swoich filmów, bywają też dystrybutorami. Czy autorzy filmów niekomercyjnych też mają problem z ich nielegalną dystrybucją w Internecie?

Każdy twórca ma! Na pewno boleśniej dotyka to projekty o dużym potencjale komercyjnym niż niszowe artystyczne przedsięwzięcia. Ale to tylko skala. Istota problemu pozostaje. I wymaga zdecydowanych rozwiązań prawnych.

Szokujące jest jak w ciągu ostatnich trzech lat wzrosła intensywność technologicznego piractwa. W tym roku na festiwal w Gdyni zażądano od nas 12 kopii DVD. Chodziło o to, że cały komitet organizacyjny musi dostać film do obejrzenia. Ja intuicyjnie zdałam sobie sprawę, że to jest jakieś szaleństwo, bo jak można wypuścić film przed premierą na 12 kopiach DVD?! To może sprawić, że za dwa tygodnie film będzie już na rynku. Nawet zakładając uczciwość całego komitetu, może zdarzyć się, że kopia trafi przez przypadek w niepowołane ręce i za chwilę film pojawi się w sieci. To jest ogromny problem, który wymaga wielkiej solidarności środowiska filmowego. A najbardziej szokujące było to, że nikt (!) z producentów zrzeszonych np. w KIPIE nie zwrócił na ten fakt uwagi! Przecież to oni najwięcej tracą przy potencjalnym spiratowaniu. To producenci powinni byli wymusić zmianę w zapisach regulaminowych festiwalu w Gdyni!

Solidarność Twoim zdaniem wystarczy, czy potrzebne są też inne działania?

Również zabezpieczenia prawne. Dzisiaj ten rynek zmienia się w tak nieprawdopodobnym tempie, że trudno jest przewidzieć, jak on będzie wyglądał za rok. Nikt tak naprawdę nie wie, jak ewoluuje prawo autorskie, jakie w nim zmiany pojawią się za trzy lata. To jest fantastyczne, że powstał taki projekt, jak Legalna Kultura. Moim zdaniem to jest projekt, który wymusi też zmiany prawne na poziomie legislacyjnym. Ma niebywałą rolę edukacyjną, a o tym trzeba mówić! Uważam zresztą, że z problemem piractwa wiąże się konflikt sztucznie wygenerowany przez providerów - niepotrzebne konfliktowanie odbiorców z twórcami. Nam chodzi o to samo, a zarabia na tym ktoś inny. Trzeba też ludziom uświadamiać, że nie „ściągam” film z sieci, ale zwykle KRADNĘ...


Premiera kinowa „Papuszy” już 15 listopada 2013 r.

fot. Krzysztof Krauze, Wojciech Staroń. Dystrybutor NEXT FILM


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!