Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Między słowiańską nutą a nowojorską energią

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Między słowiańską nutą a nowojorską energią

Między słowiańską nutą a nowojorską energią

Nie jestem jazzowym radykałem. Lubię piosenki i nie zawahałbym się postawić Paula McCartney’a obok najwybitniejszych jazzmanów - mówi gitarzysta Marek Napiórkowski. O płytach, książkach, Chinach, Nowym Jorku i pracy w międzynarodowym składzie muzyków rozmawiamy tuż przed trasą koncertową promującą album "WAW-NYC".


Pochodzisz z miasta, które ma bogate tradycje teatralne, najstarszy festiwal teatrów ulicznych w Polsce odbywa się w Jeleniej Górze. W ostatnim czasie Twoja muzyka pojawiła się w kilku spektaklach. To nietypowe jak na jazzmana.

Obecność Festiwalu Teatrów Ulicznych w moim mieście była czymś zupełnie niezwykłym. To, że w  szarej rzeczywistości z minionej epoki mogłem oglądać tych wszystkich „freeków” z całego świata – muzyków, aktorów, twórców – wpływało na moją wyobraźnię i po części odpowiada za to, czym się dziś zajmuję. Poza tym jako licealista chadzałem do teatru, choćby na sztuki Krystiana Lupy, który pracował wtedy w Jeleniej Górze. Kilka lat temu zostałem poproszony przez Lenę Frankiewicz o napisanie muzyki do spektaklu „Plastusiowy pamiętnik”, wystawianego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Na początku z pewną obawą podchodziłem do tematu, ale Lena chciała, by muzyka odnosiła się do klimatu muzyki tworzonej przez Krzysztofa Komedę do filmów dla dzieci czy do takich obrazów jak „Smarkula”. Jako, że jestem muzykiem jazzowym, bardzo mnie to zainspirowało i chętnie sięgnąłem do tego świata. Później Lena poprosiła mnie o muzykę do spektaklu „W dolinie Muminków” w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu. To już zupełnie inna muzyka, magiczna, pełna nowoczesnych brzmień. Obie te kooperacje były dla mnie bardzo interesujące i  okazały się wielką frajdą. Lena uwielbia muzykę w  swoich przedstawieniach, więc jest jej w  spektaklach całkiem sporo (w „Plastusiu” jest 48 minut muzyki, a w „Muminkach” aż 64). W tej chwili najważniejszy jest dla mnie spektakl-koncert „Szukaj w snach” realizowany w urokliwym Teatrze Starym w Lublinie. Dyrektorka teatru, Karolina Rozwód, zwróciła się do mnie z propozycją dopisania muzyki do tekstów kołysanek lubelskiego autora Włodzimierza Wysockiego – zbieżność nazwisk przypadkowa – które stworzył dla swoich dzieci. Do współpracy zaprosiliśmy Natalię Kukulską i powstał program złożony z  sympatycznych utworów z pogranicza jazzu, ale na tyle prostych, by lubili je i dorośli i dzieci.


Z Natalią Kukulską na próbie do spektaklu "Szukaj w snach", fot. Dorota Awiorko / Teatr Stary w Lublinie

Planujesz wydać swoją muzykę teatralną?

Miałem taki zamysł, ale komputer zjadł mi tracki do „Plastusia”. Był  też pomysł by wydać „Muminki”. Mam nadzieję, że wiosną ukaże się, firmowana przeze mnie wspólnie z Natalią, płyta kołysankowa.

Podkreślasz, że jesteś muzykiem jazzowym, tymczasem współtworzyłeś już trzy spektakle dla dzieci. Próbujesz jakoś odczarować jazz, przybliżyć go?

Zdecydowanie, tym bardziej, że nie jestem jazzowym radykałem. Bardzo lubię piosenki, przez lata grywałem w różnych zespołach, w których  się je grywa, pisałem je dla Doroty Miśkiewicz, Anny Marii Jopek, Karoliny Kozak czy Krzysztofa Kiljańskiego. Mam wielki szacunek do dobrze napisanej piosenki. Nie zawahałbym się, by postawić Paula McCartney’a, którego twórczość wielbię, obok najwybitniejszych jazzmanów. Zawsze staram się tworzyć muzykę, która będzie zrozumiała dla odbiorców, dlatego cieszą mnie te kooperacje „dziecięce”. Ale mam apel do wszystkich twórców kina i teatru, że jakby ktoś miał wreszcie dla mnie jakąś propozycję dla dorosłych, to proszę dzwonić. (śmiech)

Jakiej muzyki, poza jazzem, słuchasz?

Kiedyś zaczynałem każdy dzień od puszczenia sobie czegoś. Teraz cenię ciszę i rzadziej sięgam po nagrania. Jeżdżąc samochodem słucham głównie klasyki w radiowej Dwójce. Lubię też muzykę wokalną w wydaniu Joni Mitchell, Prince’a czy Beatelsów. To nie zawsze są rzeczy stricte piosenkowe, ale uważam, że muzyka wokalna ma ogromną siłę. Pomijając fakt, że to jest to zazwyczaj zjawisko literacko-muzyczne, to śpiew jest  najbardziej naturalną i pierwotną formą muzycznej ekspresji. Dlatego staram się by moje granie było bliskie śpiewu.

I to słychać w Twojej grze, łatwo wyłapać w niej pewną rzewną nutę.

Myślę, że to wynika bardziej z tego skąd pochodzę. Chopinowska wierzba i tęskna nuta tkwi we mnie, choćbym nie wiem jak starał się to ukryć. Słuchając po czasie swojej ostatniej płyty zauważam, że jest w tej muzyce słowiańska melancholia z naszej części świata.

Nawet sporo, ale w tytule – poza słowiańską Warszawą – mamy też Nowy Jork. Jak łączy się tak odmienne światy? I czy płyta jest bardziej polska czy amerykańska?

Jest zdecydowanie bardziej polska, bo to ja stoję za konceptem tej płyty. (śmiech)  Najpierw napisałem muzykę, ale nie mając jeszcze skonkretyzowanej wizji, umówiłem się z wymarzonym przez siebie składem, że pojedziemy w trasę zwieńczoną nagraniem płyty. Po raz pierwszy narzuciłem sobie deadline, z którym spotykałem się wcześniej w pracy teatralnej. Pracowałem nad zupełnie nowym materiałem i pierwszy raz w życiu usłyszałem brzmienie tej muzyki dopiero na próbie poprzedzającej pierwszy koncert. Zazwyczaj przy międzynarodowych, specjalnych projektach, najpierw się nagrywa, a potem jedzie w trasę. Tym razem odwróciliśmy tę kolejność. Czy jest bardziej nowojorska? Wiadomo, tytuł zobowiązuje! Płyta symbolicznie odnosi się do tych dwóch miast złączonych muzyką ich przedstawicieli. Nowy Jork – stolica sztuki, stolica jazzu. Z drugiej strony rozwijająca się prężnie i wspaniale Warszawa. Wszyscy, grający na płycie, jesteśmy w podobnym wieku, słuchaliśmy tych samych płyt Milesa Davisa, Johna Coltrane’a czy Jimiego Hendrixa. Przez to, że mieszkamy gdzie indziej, to postrzegamy muzykę nieco inaczej. Polacy ewidentnie mają w sobie słowiańską nutę, rodzaj melancholii, tkliwości. W wydaniu amerykańskim liryka jest bardziej szorstka. Z drugiej strony Amerykanie, którzy zagrali na płycie, reprezentują niesamowitą tradycję i głębię tamtejszej muzyki. Nowojorscy muzycy grają z dużą intensywnością co przejawia się w trudnych do opisania słowami subtelnościach. Nowy Jork jest stolicą sztuki, bo ludzie z całego świata przyjeżdżają spróbować tam swoich szans. Ilekroć jestem w Nowym Jorku czuję pewnego rodzaju przyspieszenie. Nie chodzi mi tylko o tempo życia, nie imponuje mi bieganie co rano z kubkiem kawy w wyścigu szczurów. Mam na myśli rodzaj bardzo inspirującej, twórczej energii, którą nie do końca potrafię zdefiniować. Ci, którzy potrafią ten niełatwy zawód uprawiać na takim poziomie, jak moi amerykańscy koledzy, żyją tam w bardzo kreatywnym środowisku.


Fot. Jacek Poremba

Mówisz o warszawsko-nowojorskim zespole, ale tak naprawdę nie ma w nim nikogo z Warszawy czy Nowego Jorku.

Bo to zespół „słoików”. (śmiech) Bazą, wokół której konstruowałem zespół, jest perkusista Clarence Penn, jeden z najwybitniejszych jazzowych perkusistów na świecie. Jest „prawdziwym” nowojorczykiem, ale urodził się w Detroit. Na fortepianie gra nominowany do Grammy, a urodzony w Hawanie, Manuel Valera, nowojorczyk od 20 lat. Warszawę reprezentuje Robert Kubiszyn z Krakowa, wybitny basista, z którym współpracuję od pierwszej płyty. A ja jestem takim warszawiakiem, który się urodził w Jeleniej Górze. Cieszę się bardzo, że do tej kompanii udało się dobrać Chrisa Pottera. Pojechałem do Nowego Jorku specjalnie po to, żeby go nagrać. To dla mnie wielka nobilitacja, bo to saksofonista, który zdobi okładki gazet jazzowych na całym świecie, niesamowicie aktywny i wspaniały muzyk. Zagrał świetne solo w utworze „The Way”. Chris to też „słoik”, bo choć mieszka w Nowym Jorku, to wychował się w Północnej Karolinie.

Jakie są dla Ciebie te miasta? Porównujesz je jakoś ze sobą?

Wiadomo, że Warszawa jest „wolniejsza”. Gdy byłem pierwszy raz w Nowym Jorku i wyszedłem z metra, to prawie wpadłem na Mariah Carey. (śmiech) Potem przez cały tydzień nie spotkałem już nikogo takiego. Ale wracając do rzeczy, Nowy Jork to miasto niesamowitych możliwości w niemal każdej dziedzinie. Jeśli odniesiesz sukces w Nowym Jorku, odnosisz sukces światowy. Jeśli odniesiesz sukces w Warszawie, odnosisz prawdopodobnie sukces krajowy. Stąd też rodzaj presji i ciśnienia, który odróżnia te miasta. W skali naszego kraju Warszawie najbliżej do Nowego Jorku. Tu się dzieje najwięcej, oczywiście nie tyle, co w Nowym Jorku. W Nowym Jorku można codziennie iść na setki koncertów z przeróżnych dziedzin, można zobaczyć największych artystów grających w klubach jazzowych.

Warszawa też w tej kwestii się bardzo rozwinęła, pojawiło się kilka nowych klubów.

Nawet świetnych. Warszawa też daje możliwości i ma energię, dlatego to tutaj zjeżdżają ludzie z całej Polski, by spróbować swoich sił. Ale tam odbywa się to w skali światowej, a tu polskiej. Aczkolwiek, choć bardzo lubię Nowy Jork, to uwielbiam tam być tylko jako turysta. Nie chciałbym brać udziału w tamtej pogoni, dobrze się tu czuję, w tym naszym coraz bardziej rozwijającym się europejskim mieście. Ta prędkość mnie satysfakcjonuje.

Dużo podróżujesz po świecie, masz kontakt z odmiennymi kulturami. Niedawno odwiedziłeś Chiny?

Po raz pierwszy z własnym projektem. Z moim najeżonym gwiazdami sekstetem (Adam Pierończyk, Henryk Miśkiewicz, Michał Tokaj, Robert Kubiszyn, Paweł Dobrowolski i ja) pojechaliśmy na dwa koncerty do Xian, byłej stolicy Chin. W moim odczuciu to jedno z najładniejszych miast w tym kraju, maleństwo, ledwie 6 milionów mieszkańców. Zagraliśmy dwa koncerty w prestiżowych salach Konserwatorium i głównej koncertowej sali miasta. Obie były duże, jak u nas Kongresowa. Publiczność przybyła licznie. Graliśmy jazz, który w Chinach nie jest zbyt popularny. Wiem, że dopiero rozwija się tam ta dziedzina, choć mają już świetne festiwale. Chińczycy aspirują we wszystkich dziedzinach życia do bycia naj. Xian wyglądało prawie jak nieco mniej sterylna Japonia. Mimo ustroju politycznego, rozwój ekonomiczny w tej części świata bardzo poszedł do przodu.


Z Sextetem w Xian (Chiny). Od lewej: Robert Kubiszyn, Michał Tokaj, Henryk Miśkiewicz, Adam Pierończyk, Marek Napiórkowski, Paweł Dobrowolski. Fot. Marta Sołtys

Chiny znane są też z tego, że nie respektuje się tam praw autorskich.

Nawet nie pytałem o te kwestie, ale faktem jest, że do ichniego ZAIKS-u nikt moich utworów zgłaszać nie chciał. Ale nie trzeba aż tak daleko szukać, byłem ostatnio z międzynarodowym projektem na Ukrainie. Z rozmów z kolegami wywnioskowałem, że rynek płytowy umarł tam przez piractwo. Ja wciąż kupuję płyty, gdy muzyka mi się podoba. Prawa autorskie w krajach byłego Związku Radzieckiego nie działają w cywilizowany sposób...

Niestety prawa autorskie zawsze są w tyle za technologią.

Oj tak! Wszystko się zmieniło za sprawą mp3 i serwisów streamingowych, których działanie przyniosło rozczarowanie i zmieniło drastycznie  sposób wynagradzania muzyków. Oczywiście dzisiaj akceptuję ten stan rzeczy, bo w takim świecie żyjemy. Żyjemy w najlepszym możliwym świecie, który teraz odczuwamy i współtworzymy. Natomiast wydaje mi się, że jesteśmy o krok przed rewolucją związaną ze sposobem dystrybucji tych dóbr. Chyba, że płyta zniknie nie tylko jako nośnik, ale w ogóle jako twór?

Nie wydaje mi się, to jednak jest zamknięta całość, jak książka.

Dlatego tworząc płytę piszę książkę, coś, co ma początek i koniec. Wiadomo, że można napisać świetne opowiadanie, ale to jest inna dziedzina, ciągle kochamy wielkie powieści. MP3 popsuło rynek także dlatego, że brzmi gorzej. Jeśli odtwarzasz tylko na telefonie, to może tego nie zauważysz. Nagrywam płyty z wielką dbałością o brzmienie, nie jest to snobizm, który ma zadowolić posiadaczy kabli i kolumn po 20 tysięcy, po prostu chcę, żeby moja muzyka brzmiała jak najlepiej. Technologia mp3 z definicji ograbia nas z tego. Serwisy streamingowe sprawiły, że muzyka jest dostępna dla wszystkich, a z drugiej przedefiniowały model, w którym za wytworzenie produktu dostaje się stosowną zapłatę. Wiadomo, że to jest legalne i nie buntuję się przeciwko temu. Ale produkcja płyty to niemały wydatek...

Dzisiaj 50 tysięcy to już sprzedaż, o której można pomarzyć.

15 tysięcy to jest złota płyta w muzyce popularnej. Wiadomo, że muzycy żyją z koncertów. Mam nadzieję, że to się przedefiniuje. Gdy stolarz zrobi szafkę, wkłada w to pracę, to dostaje zapłatę. A w muzyce? Bardzo dziwnie jest to obecnie dystrybuowane. Z drugiej strony serwisy streamingowe dają szansę na obecność na całym świecie. Być może właśnie teraz ktoś słucha jakiegoś mojego nagrania w Nowym Jorku, Mongolii czy Chinach. Tego bym sobie bardzo życzył. I to jest dobre, zasięg jest teraz bardzo duży. Ale jak przypomnę sobie wielkości sklepów płytowych w Nowym Jorku czy Tokio sprzed lat… Czasy się zmieniły a ludzie, którzy mają 20 lat  prawdopodobnie nie mają żadnej płyty w domu.

Coraz częściej popowe gwiazdy buntują się, choć na streamingu zarabiają. Adele sprzedała 20 milionów albumów, nie puszczając płyty w streaming, wcześniej Taylor Swift wycofywała swoje utwory ze Spotify…

No właśnie! To się na pewno jakoś zmieni, choć nie za sprawą muzyków jazzowych, którzy w tym przewodzie pokarmowym są w innym punkcie niż Adele. Zadziwiające są wyniki, jeśli chodzi o wpływy z fonografii. O ile muzycy jako grupa są poszkodowani w tym rozdaniu, o tyle wielkie wytwórnie, które stoją za założeniem tych serwisów, notują całościowy wzrost sprzedaży muzyki. Jakoś to się pewnie poukłada, cieszę się, że mogę ciągle nagrywać płyty konwencjonalne i – mówiąc przenośnie – pisać książkę, tworzyć całość. Nie chciałbym, żeby moja muzyka funkcjonowała jako zbiór osobnych utworów. Oczywiście, jakby się komuś któryś spodobał to fajnie, ale staram się stworzyć jakąś opowieść.

Promujący „WAW-NYC” utwór „The Way” został wydany jako samodzielny singiel w serwisach streamingowych, można na niego nawet głosować na Liście Przebojów Trójki.

Faktycznie próbujemy dotrzeć z tą muzyką do jak największej grupy odbiorców. Agora, wydawca płyty, wpadł na pomysł singla z osobną okładką. Ale zupełnie nietypową rzeczą jest to, że powstał teledysk.



Chyba pierwszy polski teledysk jazzowy? Nawet za granicą rzadko robi się teledyski do utworów instrumentalnych.

To faktycznie nieczęsta praktyka. Tak jak muzyka jest abstraktem, tak też próbowaliśmy ją przedstawić w obrazie i powstała taneczna impresja do utworu „The Way”. W klipie wystąpili wybitni aktorzy: Danuta Stenka (Ambasadorka Legalnej Kultury), Piotr Adamczyk, Krzysztof Stelmaszyk, Iza Kuna, Grzegorz Małecki i Hanna Konarowska. Wchodzą oni w interakcje z tancerką Iloną Bekier, ale nie doszukiwałbym się tu jakiejś misternie skonstruowanej fabuły. To cieszàca oko, barwna impresja. Teledysk wyreżyserowała Olga Czyżykiewicz. Ciekawie było obserwować jak każdy z tych wspaniałych aktorów traktuje swoją pracę bardzo serio. Danuta Stenka tarza się po podłodze, Iza Kuna jest zlana do ostatniej nitki przez straż pożarną. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że wybitni aktorzy podchodzą do swojej roboty tak samo jak muzycy, z którymi mam szczęście grać. Cieszę się, że zgodzili się wesprzeć tę  akcję i dzięki temu mam niezwykły teledysk.

Sam też zagrałeś w tym teledysku, jesteś obserwatorem całej sytuacji?

Ja tylko gram ogony, na Oscara nie liczę, ale cieszę się, że zagrałem z samą Danutą Stenką!


Z Danutą Setnką i Iloną Bekier na planie teledysku "The Way". Fot. Marta Sołtys

Mówisz, że muzyka jest abstraktem, ale jednocześnie piszesz książkę?

Opowiadam historię abstrakcyjnym językiem muzyki i liczę, że każdy dopisze do niej swoje własne znaczenia. Ważna jest też konstrukcja. Gdy Marquez zaczynał „Sto lat samotności”, to podobno przez rok pracował nad pierwszym zdaniem. „Anna Karenina” też zaczyna się  nieprawdopodobnie. Nie chcę powiedzieć, że początek mojej płyty jest oszałamiający, ale że dbam o konstrukcję i staram się by kolejne utwory dopełniały się wzajemnie i zabierały słuchacza w podróż, dlatego długo się zastanawiam  nad kolejnością utworów na płycie. Mówiąc krótko traktuję płytę jako całość, a nie jako zbiór utworów.

Kiedy słucham „WAW-NYC” mam właśnie wrażenie, jakbym słuchał kontynuacji Twojej debiutanckiej płyty „NAP”.

Ciekawe bardzo, co mówisz.

Może dlatego, znów nagrałeś płytę w klasycznym kwartecie?

Na pewno wpływa na to zespół, ale i podobne brzmienie, gdyż obie płyty zrealizował Leszek Kamiński. Poza tym ciągle, na różne sposoby opowiadam tą samą historię i nie uciekam od tego. Płyta „NAP” wyszła w 2005 roku i trudno byłoby opisać to, co się od tamtej pory wydarzyło. Zagrałem mnóstwo koncertów, nagrałem  sześć własnych płyt, pisałem dla innych, współpracowałem  z wieloma artystami. Przeszedłem bardzo długą drogę, jestem kompletnie w innym miejscu i inaczej postrzegam świat, ale szczęśliwie jest jakaś dominanta w moim stylu, która wyróżnia te kompozycje. To co piszę staram się opakowywać w różne formy i stąd płyta „UP!” jest nagrana w osób 14, a „Celuloid” w dwie. Teraz uznałem, że nadszedł czas by wrócić do formuły kwartetu. Myślę, że jakby zrobić wnikliwą analizę, to zachowując analogię do książek, wszystkie je napisał ten sam autor, mimo że są różne w wielu aspektach.


Fot. Jacek Poremba

Odniesienia do książek też u Ciebie występują, jeden z utworów na płycie „UP” miał nawet tytuł zapożyczony z książki. Co czyta Marek Napiórkowski?

Chodzi pewnie o „Szkice piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. To jedna z takich książek, które można brać ze sobą na każde wakacje i czytać od początku wiele razy. Wielki erudyta, wspaniały pisarz, piękna rzecz. Mam ciągły kontakt z literaturą najczęściej czytając w podróży. Ostatnio czytałem „Czarodzieja” Vladimira Nabokova, którego wielbię za finezję języka. Ilekroć go skonfrontujesz z jakimkolwiek dobrym „czytadłem”, to jest porażająca różnica. Waga słowa, kunszt literatury najwyższej. Choć nierzadko czytam kilka książek naraz, to lubię mieć na czytanie czas i poświęcać im należytą uwagę. Często też wracam do „Rzymskiej komedii” Jarosława Mikołajewkiego, zbioru esejów, w którym tropem „Boskiej komedii” Dantego przemierzamy Rzym wraz z autorem, który spędził wiele czasu w Wiecznym Mieście. To książka napisana przepięknym, poetyckim językiem, literatura najwyższej próby. Inna grupa książek, które zaczęły mnie bardzo kręcić ostatnio, to teksty popularnonaukowe dotyczące świadomości. Jestem absolutnym wielbicielem Davida R. Hawkinsa, najbardziej lubię jego „Siłę czy moc” i „Technikę uwalniania”. Są to książki analizujące mechanizmy działania ludzkiej świadomości w oparciu o wieloletnie badania, przeprowadzonego przez tego niezwykłego autora. Bardzo to mądre i głębokie rozważania, które mogą wpłynąć realnie na poprawę jakości życia. Duże wrażenie zrobiła też na mnie „Potęga teraźniejszości” Eckharta Tolle.

Książka papierowa czy elektroniczna?

Tylko papier, jestem starej daty. Chociaż jestem posiadaczem czytnika ebooków, który sobie elegancko leży i czeka na swój czas. Lubię książki miętosić…

A jeśli chodzi o filmy?

Nie mam telewizji od lat, tylko odbiornik telewizyjny do oglądania filmów. Tak jak lubię płyty z muzyką, to nie mam szczególnego sentymentu do płyt DVD i nie jestem kolekcjonerem. Najbardziej lubię oglądać filmy w kinie. Ostatnio korzystam często z Netflixa, który otwiera nowe możliwości, choć mam nadzieję, że niebawem oferta filmowa kierowana do polskiego widza dorówna ofercie z zagranicznych wersji tego serwisu. Chciałbym, żeby  pojawiła się w nim historia kina, czyli nie sięgasz tylko po „Grę o tron”, którą nota bene lubię oglądać, ale też po filmy Felliniego czy Antonioniego. Sporo czasu spędzam w hotelach i muszę się przyznać, że czasem rzucam się na TV jak wygłodniałe zwierzę.

Spędzasz dużo czasu w hotelach przy okazji koncertów. Zaraz ruszasz w trasę promującą „WAW-NYC”. Jak zbiera się taki zespół jak na płytę?

Najpierw musisz sobie coś wymarzyć. A potem, jak to w życiu, wszystko się dzieje dzięki znajomościom. (śmiech) W 2008 roku zaprosiłem na swoją płytę "Wolno" wybitnego harmonijkarza Gregoire’a Mareta, z którym późniejszych latach grywał Robert Kubiszyn. W zespole Gregoire’a grał w tym czasie na perkusji Clarence Penn, z którym Robert stworzył bardzo dobrą sekcję rytmiczną. Robert zarekomendował mi Clarence’a, który z kolei polecił Manuela Valerę. To naturalny proces. Oczywiście można zdobyć numer telefonu czy maila do kogoś, zapłacić mu taczkę pieniędzy, ale w muzyce idzie to naturalnym tropem wzajemnych poleceń.

I potwierdza się, że wbrew temu, co się u nas myśli, polscy muzycy nie są gorsi od amerykańskich.

Nie wiem czy jesteśmy gorsi, na pewno fajne jest to, że jesteśmy inni, że mamy naszą słowiańską nutę. Cieszę się, że mogę się spotykać z takimi muzykami, muzycznie rozmawiać i ta rozmowa ma sens. Solą dziedziny, którą się zajmuję jest improwizacja. Rozwijam cały czas swój język muzyczny i staram się wyartykułować ten głos by był jak najbardziej mój, żeby mnie wyrażał, ale z drugiej strony staram się otaczać otwartymi, kreatywnymi muzykami by wchodzić z nimi w interakcję, która jest kluczem do naszego muzykowania.


Z Natalią Kukulską w traksie spektaklu "Szukaj w snach". Fot.Wojciech Nieśpiałowski / Teatr Stary w Lublinie

Trasa koncertowa Marka Napiórkowskiego promująca album „WAW-NYC”:

31 października 2017 - NOSPR, Katowice
2 listopada 2017 - Zaduszki Jazzowe w Blue Note, Poznań
3 listopada 2017 - Winnica Turnau, Baniewice
4 listopada 2017 - JGJ Fetival, Jelenia Góra
5 listopada 2017 - Teatr Muzyczny ROMA, Warszawa

więcej informacji na: www.mareknapiorkowski.com

Rozmawiał: Krzysztof Zwierzchlejski

zdjęcie tytułowe: Jacek Poremba




Do góry!