Wspólne sprawy
Czyli krótko i na temat, o sprawach, które dotyczą po prostu całej kultury. Dlaczego kulnes jest cool? Komu tak naprawdę opłaca się korzystanie z legalnych źródeł kultury? Komu może zagrażać legalizacja? Co musi się zmienić, żeby w Polsce zapanowała moda na cyfrową kulturę z legalnych źródeł?
Czy tłumacz może ingerować w teksty wielkich religii?

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Wspólne sprawy

Czy tłumacz może ingerować w teksty wielkich religii?

Czy tłumacz może ingerować w teksty wielkich religii?

Tłumacze, którzy próbują przełożyć Biblię, Koran czy Talmud, stają przed dylematem, czy do zadania podchodzić filologicznie czy komunikacyjnie. Czy tekst ma być dziełem literackim, czy dosłownym oddaniem treści objawionych? Czy ma docierać do wiernych czy do religioznawców?

Większość religii jednoczy swoich wiernych wokół pewnych wartości, a wyznawcy starają się podążać za nauczaniem, często wyrażonym na piśmie. Z pomocą przychodzą tu święte księgi, takie jak Biblia czy Koran, teksty uważane za przekaz pochodzący bezpośrednio od Boga i teksty towarzyszące, z których wierni mogą czerpać nauki moralne, jak i praktyczne informacje na temat obrządków, ubioru, odżywiania się czy zasad współżycia we wspólnocie, jak ma to miejsce na przykład w przypadku Talmudu. Tylko co w sytuacji, gdy wyznawcy tej samej religii żyją rozsiani na kilku kontynentach i posługują się różnymi językami? Co jeżeli tekst powstał kilkaset, jak nie kilka tysięcy lat temu w realiach zupełnie nieprzystających do dnia dzisiejszego?

Przed tym problemem od wieków stają wyznawcy niemal wszystkich religii. Tłumacze, którzy porywają się na święte księgi, stają przed dylematem, czy do zadania podchodzić filologicznie czy komunikacyjnie. Czy tekst ma być dziełem literackim, czy dosłownym oddaniem treści objawionych? Czy ma docierać do wiernych czy do religioznawców? Niektóre religie z góry ustalają te reguły, inne pozostawiają szersze pole do popisu, jednak na przestrzeni lat kwestie te wielokrotnie były podejmowane, często ze zgubnym skutkiem dla ich autorów. W ostatnich latach, już nieco mniej krwiożerczych, tłumacze mają coraz to nowe pomysły na dotarcie z przekładem do współczesnych wiernych, często sięgając po środki niekonwencjonalne lub nawet na pierwszy rzut oka obrazoburcze. I tak, doczekaliśmy się na przykład Biblii w wersji komiksowej o dźwięcznym tytule „Boża historia odkupienia” autorstwa Sergio Cariello, czy nawet Koranu dla dzieci w wersji aplikacji na telefon – zainteresowanym polecamy Quran4Kids, póki co tylko w języku arabskim.

Ale wracając do korzeni. Święte księgi trzech wielkich monoteistycznych religii abrahamowych: chrześcijaństwa, judaizmu oraz islamu, wywodzą się z tej samej wiary w jednego Boga i często odnoszą się do tych samych wydarzeń historycznych. Jednak ich kanon jest bardzo różny, tak samo jak i podejście do interpretacji i tłumaczenia słów przekazanych wiernym.

Według muzułmanów twórcą Koranu jest Allah, którego słowa zostały objawione prorokowi Mahometowi. Kanoniczna wersja Koranu spisana została w klasycznym języku arabskim w VII w., a ponieważ jego język jest poetycki i często niejasny, pozostawia duże pole do interpretacji. Z tego też względu, dla muzułmanów tłumaczenia Koranu nie byłyby w stanie w pełni oddać złożoności jego treści, zaś przekład, z samej swojej definicji, zawsze zawiera element interpretacji. Oczywiście z biegiem lat powstało wiele tłumaczeń Koranu (pierwsze na język perski już w VII w.), jednak muzułmanie często określają te wersje jako „przybliżone znaczenie Koranu w danym języku”, zaś słowo Koran pozostawiają zarezerwowane wyłącznie dla oryginału arabskiego (Al-Qur'ān).

Warto zwrócić uwagę na to, kto takich przekładów (interpretacji) Koranu dokonywał. Często ci, którzy tłumaczyli tekst z łaciny bądź angielskiego nie byli muzułmanami, co oczywiście odbijało się na jego treści. Albowiem o ile tłumaczenie zawsze różni się od oryginału, o tyle tłumaczenie z tłumaczenia to już klasyczny głuchy telefon. Warto też zauważyć, że nawet wśród muzułmanów istnieje wiele pisemnych interpretacji Koranu. Ich treści są istotnie różne, co przekłada się na różnice w zwyczajach i podejściu do życia. Koran doczekał się komentarzy już za życia proroka Mahometa, a przykładowo tak zwane ezoteryczne komentarze do jego treści, tak rozpowszechnione wśród szyitów i sufitów, są całkowicie odrzucane przez sunnitów.

Jeżeli nawet wyznawcy Islamu mają wątpliwości co do znaczenia oryginalnego poetyckiego języka Mahometa, nie można się dziwić, że dla ochrony świętości treści tak zdecydowanie sprzeciwiają się oni tłumaczeniu Koranu na inne języki.

Podobne podejście charakteryzuje żydów. Pięcioksiąg Mojżeszowy, czyli Torę, najważniejszy tekst objawiony judaizmu, spisano w języku hebrajskim. Czytana podczas modlitw w synagodze oraz studiowana w szkołach talmudycznych nie jest tłumaczona. Należy tu też zaznaczyć, że podobnie jak muzułmanie, żydzi uważają, że przekład świętych ksiąg mógłby prowadzić do przeinaczenia ich treści. Jednak w praktyce na przestrzeni lat zarówno sama Tora, jak i Talmud (księga spisana w języku hebrajskim i aramejskim, zawierająca zbiór nauk i praw religijnych, stanowiąca swoisty „komentarz” do biblii hebrajskiej) zostały przetłumaczone na wiele języków. Wynika to głównie z tego, że judaizm nie tylko wymaga czytania świętych ksiąg, ale przede wszystkim zrozumienia Tory, co dla wielu wiernych, nieznających świętego języka leszon hakodesz byłoby niemożliwe. Ostatnio ukazało się pierwsze tłumaczenie Tory i fragmentów Talmudu na język polski tradycyjną metodą targumu, zawierające odwołania do Tory Ustnej, czyli zbiór komentarzy, doprecyzowań i wyjaśnień, bez których Tora byłaby całkowicie niezrozumiała. Jednak póki co nie doczekaliśmy się pełnej polskiej wersji Talmudu, czemu z resztą trudno się dziwić ze względu na jego objętość (pełna wersja miałaby ok. 120 tysięcy stron!). Rabin Sacha Pecaric, autor tego tłumaczenia, w swojej książce „Czy Torę można czytać po polsku?” przedstawia wiele anegdot dotyczących wpływu tłumacza na treść tak archiwalnych ksiąg, wskazując np. jak błędna jest powszechna opinia na temat Tory, zrównująca ją z chrześcijańskim „Starym Testamentem”. Wynika ona często z niepoprawnych tłumaczeń, chociażby w kwestii tak istotnej jak Dekalog - jak pisze rabin, w oryginale przekazanym Moszemu nie ma bowiem "nie zabijaj"! Poniżej z resztą do przykazania piątego wrócimy w odniesieniu do Chrześcijaństwa, bo kwestia ta do dziś budzi emocje.

Inaczej sytuacja wygląda z Biblią, pierwotnie spisaną w językach hebrajskim, aramejskim i greckim, której ostateczną formę Kościół Rzymskokatolicki przyjął na Soborze Trydenckim w XVI w. Obecnie szacuje się, że fragmenty Biblii dostępne są aż w 3223 językach! Jednak na przestrzeni lat powstało wiele istotnych historycznych przekładów, które następnie były wtórnie tłumaczone na kolejne języki. Pierwsze tłumaczenia powstawały już w starożytności, jak Septuaginta, czyli spisany greką przez żydów pierwszy przekład Starego Testamentu. Jednak pierwszym chrześcijańskim tłumaczeniem Biblii była Wulgata – łaciński przekład Hieronima ze Strydonu z przełomu III/IV w., który był główną liturgiczną wersją Starego Testamentu obowiązującą w średniowiecznej Europie i służył za podstawę dalszych przekładów na języki narodowe. Przez stulecia Kościół nie zakazywał tłumaczenia ani kopiowania Biblii, jednak w XII w. w obawie przed heretyckimi interpretacjami wprowadził cenzurę dotyczącą przekładów jak i posiadania świętych ksiąg. Zakazy te jednak miały skalę lokalną. Przekonał się o tym w najgorszy możliwy sposób pierwszy tłumacz Biblii na język angielski, reformator William Tyndale, który w XVI w. przypłacił swoje dzieło śmiercią na stosie, po tym jak został skazany za herezję. Nie do końca bez powodu, gdyż jego dobór słów podczas tłumaczenia był swoistym zamachem na autorytet instytucji Kościoła (by daleko nie szukać, greckie słowo ecclesia czyli Kościół przetłumaczył jako congregation – wspólnota). Do ciekawostek można również zaliczyć tzw. „Biblię cudzołożników” z 1631r. autorstwa dwóch angielskich pechowców Roberta Barkera i Martina Lucasa. Ci londyńscy drukarze zapisali się na kartach historii tym, że w wyniku błędu zecerskiego pominęli podczas druku jedno króciuteńkie słowo – not (nie). Pech ciał, że chodziło o „nie” z przykazania „Nie cudzołóż”. Pomimo że ich dzieło ukazało się w zaledwie tysiącu egzemplarzy, do dziś stanowi ono dobrą wymówkę dla sporej grupy społeczeństwa. Szczęśliwie dla drukarzy, udało im się ujść z życiem, jednak zasądzono na nich karę finansową, pozbawiono prawa wykonywania zawodu drukarza a większość egzemplarzy tzw. Fałszywej Biblii zniszczono – do czasów dzisiejszych ocalało ich zaledwie jedenaście.

Biorąc pod uwagę jak wiele kontrowersji wywołało interpretowanie Biblii przez tłumaczy i jak duże miało to znaczenie dla przyszłych pokoleń, trudno się dziwić muzułmanom, że nie pozwalają oni na igranie z treścią oryginalną. Przeciwnicy kary śmierci czy osoby o pacyfistycznym podejściu do służby wojskowej często podpierają się piątym przykazaniem. Jednak jest to wynik błędnego tłumaczenia hebrajskiego zwrotu „Lo tircach” jako „nie zabijaj” podczas przekładania Tory na łacinę (Wulgata), podczas gdy precyzyjniejsze tłumaczenie brzmi „nie morduj”, co biorąc pod uwagę czasy, w jakich powstał tekst, jest dużo bardziej zasadne, co potwierdza również to, że w wielu innych miejscach tekstu występuje przyzwolenie na obronę własną czy wykonywanie kary śmierci. Jednak błąd ten powtarza się niemal we wszystkich późniejszych przekładach, również polskich. Łatwo dostrzec, jak wielkie znaczenie etyczne ma to jedno słowo i w jaki sposób wpłynęło na kształtowanie współczesnego kanonu etycznego. Ciekawostką tłumaczeniową o znaczeniu może bardziej artystycznym niż etycznym, jest za to przyprawienie rogów Mojżeszowi przez św. Hieronima, który hebrajskie słowo qaran (promienieć) zastosowane w odniesieniu do Mojżesza właśnie, nie wiedzieć czemu przetłumaczył na łacińskie cornatus (rogaty). Brzmi zabawnie, lecz pytanie czy Mojżesz byłby szczęśliwy wiedząc, że jeden mały błąd podczas przekładu sprawi, że w setkach kościołów na całym świecie zamiast Mojżesza „promiennego” napotkamy postać kojarzącą się bardziej z rogatym diabłem niż z dostojnym mędrcem.

W Polsce dzieje przekładów również były dość barwne, a Biblia swojej pierwszej pełnej katolickiej wersji (na podstawie Wulgaty) doczekała się pod koniec XVI w. Jej autorem był jezuita Józef Wujek, a wersja ta pozostawała w powszechnym użyciu aż do połowy XX w. Dopiero wtedy Biblię w Polsce zaczęto tłumaczyć z języków oryginalnych, a najpowszechniejszą wersję stanowiła Biblia Tysiąclecia, która w praktyce liturgicznej stosowana jest do dziś, zaś katoliccy bibliści za najlepszy przekład uznali Biblię Poznańską z 1975r., która choć nie tak piękna pod względem językowym jak Biblia Tysiąclecia, jest bardzo wierna oryginałowi. Wśród protestantów zaś prym wiedzie Biblia Gdańska będąca tłumaczeniem dość dosłownym i literalnym. Jednak nawet w przypadku Biblii Tysiąclecia forma jest często mało zachęcająca dla współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do obcowania z portalami internetowymi, mediami społecznościowymi czy blogami.  Podejmowano próby „oswojenia” Biblii i podania jej młodym czytelnikom tak, by wzbudzić w nich zainteresowanie. Próby takie podejmował już Jan Kochanowski, jego „Psałterz Dawidów” będący parafrazą Księgi Psalmów ze Starego Testamentu, miał zachęcić czytelnika swoją rytmiką i rymami. Jednak powracając do czasów nam bliższych, do prób odważnych można z pewnością zaliczyć zbiorową pracę młodych ludzi o hip-hopowo brzmiącym tytule „Dobra Czytanka wg św. ziom'a Janka” – jak sami autorzy przyznają, był to rodzaj eksperymentu, mający na celu przybliżenie Biblii środowiskom z pozoru niezainteresowanym ewangelizacją. Projekt wzbudził wiele kontrowersji, jest jednak pewną oznaką, że granice interpretacji tekstu oryginalnego z całą pewnością będą coraz bardziej naginane i kto wie, czy niebawem nie doczekamy się wersji Biblii, w której chiński tłumacz nada Matce Boskiej skośne oczy a Hindus ubierze ją w sari. Poczekamy, zobaczymy, na pewno czeka nas na tym polu jeszcze wiele niespodzianek.

Trzeba jednak zaznaczyć, że na przestrzeni lat kierunek interpretacyjny był raczej odwrotny, autorzy wielu tłumaczeń Biblii na języki narodowe starali się za pomocą doboru odpowiedniego języka nadać tłumaczonej treści więcej powagi lub bardziej „starożytne” brzmienie, w związku z czym sztucznie dodawali liczne archaizmy, wypaczając niekiedy treść. Pytanie więc, czy aby na pewno dowolność przekładu jest słuszną drogą?

A jak wyglądała sytuacja na przykład z buddyjskimi sutrami? Zapotrzebowanie na tłumaczenie nauk Buddy rozwinęło się już w IV w. wraz z rozkwitem buddyzmu w Chinach i od razu stało się źródłem wielu problemów. Przede wszystkim z powodu obszerności samych sutr, a po drugie ze względu na olbrzymie różnice językowe. Podczas gdy Hindusi preferowali język prosty, Chińczykom zależało na kwiecistości. Hindusi dla podkreślenia znaczenia niektórych treści stosowali liczne powtórzenia (wynikające również z tradycji mówionej), Chińczykom to zdecydowanie nie odpowiadało. W rezultacie przekłady chińskie były bardzo dalekie od oryginału, pełne taoistycznych naleciałości, a na linii Chiny – mnisi indyjscy dochodziło do licznych konfliktów. W rezultacie w V w. Kumaradżiwa - mnich i propagator buddyjski – założył swego rodzaju „biuro tłumaczeń”, mające na celu udoskonalenie procesu tłumaczenia sutr na chiński, dzieląc go na wiele etapów, m.in. z wielokrotną korektą.

Śledząc powyższe dzieje świętych ksiąg i ich przekładów można dojść do wniosku, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest ich studiowanie w językach oryginalnych. Ewentualnie odpowiednia doza rozsądku, podejście z szacunkiem i zrozumieniem do czasu i miejsca powstania danej księgi, zajrzenie w historię kultury wiernych i pewna poprawka na to, że najprawdopodobniej mamy do czynienia z tłumaczeniem wcześniejszego przekładu. Zwykłym zjadaczom chleba zdecydowanie zalecamy to drugie podejście, pierwsze pozostawiając językoznawcom.


Anna Kolasa,

wspólnik i założyciel
Biuro Tłumaczeń Diuna



Do góry!